07

03.2014

Jakimi samochodami jeżdżą Fridomiaczki i Fridomiacy?

autor: Sławek Muturi|kategoria: Blog autorów, Życie postkorporacyjne

ilość komentarzy: 45

Samochód jest dla wielu facetów (i może również kobiet) naturalnym wyznacznikiem statusu społecznego. Często stosowany skrót myślowy brzmi: masz droższy samochód od mojego, to znaczy, że osiągnąłeś większy sukces.

Dlaczego tak jest? Może dlatego, że samochód z daleka widać i łatwo rozpoznać. Może dlatego, że rynek samochodowy jest dość uporządkowany – istnieją cenniki precyzyjnie opisujące wartości poszczególnych modeli. Może dlatego, że samochód często bywa przedmiotem marzeń młodych (i też tych starszych) chłopców. Może jest to efekt działań firm reklamujących samochody. Branża auto sporo wydaje na reklamę i rozbudza wyobraźnię, tworzy pożądania. Targi motoryzacyjne przyciągają wielu entuzjastów, a także dziennikarzy. Ci ostatni dostają do testowania nowe egzemplarze, po to by je opisywać w gazetach, w radiu, w tv.

W ostatnim numerze „Manhattan Business” przeczytałem, że Larry Ellison (założyciel firmy Oracle z majątkiem wartym ponad USD 43 mld) jeździ ponoć McLarenem F1 o wartości 4 100 000 dolarów. Zaś jego konkurent na liście najbogatszych ludzi świata, właściciel Facebooka, Mark Zuckerberg wierny jest swojej Hondzie Accord,  za którą zapłacił USD 30 tysięcy.

Jak widać, nawet w świecie tych, dla których nie istnieje pojęcie „samochodu nieosiągalnego”, zarówno rozrzut cenowy, jak i różnice w wyobrażeniach o aucie jako wyznaczniku pozycji bywają znaczne. Czytałem, że założyciel IKEA jeździ starym Volvo. Podobnie jak Warren Buffett oraz jeden z najbogatszych Hindusów. Z kolei Cristiano Ronaldo posiada flotę około 30 luksusowych limuzyn.

Ja jeżdżę 5-letnią Mazdę MX-5, ale wkrótce – gdy tylko zrobi się cieplej – planuję się przesiąść na mój skuter. Ma 2-3 lata, 50 cm3 silnik (na większy potrzeba by oddzielnego prawa jazdy, którego nie mam) i jest marki Piaggio. A jakimi samochodami Wy jeździcie? i dlaczego takimi? Jestem ciekaw.

Komentarze:

  1. Piotrek pisze:

    Ja nie mam samochodu. Jeżdżę autobusem i metrem :-)

    Dlaczego? Powodów jest wiele: mieszkam w Londynie gdzie komunikacja publiczna działa dobrze; nie chcę wydawać kasy na coś co traci na wartości; nie chcę wydawać kasy na wynajem miejsca postojowego; nie chcę kolejnej rzeczy która wymaga mojego czasu (naprawy, ubezpieczenia, przeglądy, mycie)…

  2. Adam G pisze:

    BMW 330d z 2004r
    Jestem fanem tej marki chyba od 15tego roku życia i tak już 18lat (z roczną przerwą na Seata Toledo jako pierwsze auto w Anglii).
    Zapewne mógłbym już pomyśleć o 3y – 4o letniej BMW, ale po pierwsze w tej mi wygodnie po drugie jakbym myślał o zmianie auta co 2 – 3 lata ciężko byłoby osiągnąć wolność finansową w najbliższych 8 – 10lat.

    P.S.
    MX-5, popularne na wyspie szczególnie w cabrio :)

    Pozdrawiam

  3. Patryk pisze:

    Dobry wieczór Sławku.
    Znajomi podesłali nam niepokojący artykuł i zaczynamy mieć wątpliwości czy inwestować w trzeci lokal w Łodzi?

    http://biznes.pl/magazyny/nieruchomosci/mieszkania-beda-tracic-na-wartosci,5607638,magazyn-detal.html

    Proszę o (po)dpowiedź

    Pozdrawiam

    • Sławek Muturi pisze:

      Patryk, na temat zagrożenia demograficznego wypowiadałem się już na łamach fridomii wielokrotnie. Nie mam nic nowego do dodania w tej sprawie:-)

  4. Prezes pisze:

    Jestem pierwszy!
    Też ponoć mam takiego McLarena F1 w garażu ale dawno tam nie wchodziłem cha cha cha

  5. Sławek S. pisze:

    Fabia combi z 2005, przede wszystkim jeździ się tanio (spalanie do 8 litrów gazu), części są kompatybilne z VW i zapewnia dostateczną przestrzeń ładunkową (dziś wiozła szafę do mieszkania, w którym kończymy remont, a na co dzień wozi dosłownie tony książek w antykwariacie), no i OC na cały rok to niecałe 300 zł.

    podzielam pogląd Warrena Buffeta, że nie stać mnie na nowe auto, bo wydać kilkadziesiąt tysięcy na coś, co pochłania kilkaset złotych miesięcznie zamiast wydać na mieszkanie, które da kilka stówek to jak nie mieć tysiąca miesięcznie. pomijam kwestię, że za 10 lat auto będzie mocno wyeksploatowane, a mieszkanie zyska na wartości :)

    pozdrawiam, Sławek S.

    • Adam pisze:

      Hej, napisz coś więcej co to za silnik i model, i jak masz tam gaz założony.
      Możesz podać dokładniejsze parametry spalania w mieście, poza miastem?
      Zaintrygowało mnie to niskie spalanie:)

  6. qba pisze:

    Jak miło się dowiedzieć Sławku, że też jeździmy tym samym co Mark Zuckerberg, Hondą Accord. Nasz też amerykański model, który jest o wiele fajniejszy niż jego europejski odpowiednik, dlatego doskonale rozumiem wierność temu autu. 6-cio letni, oniegdyś kosztował 30k USD. Moja żona by pewnie zapytała jaki kolor ma jego Hondzia .
    Jak już tak czule o autach, kolega jeden nazywał swoja Mazde Madzią . Nie wiem, skąd taka czułość, ale coś w tym jest. Z angielskiego slangu, car & ship to one (rodzaj żeński) – SHE. Mąż żonie na pytanie co robił tak długo w garażu odpowiada, I’ve been washing her.  . Dlatego uważaj komu odpowiadasz po umyciu swojej Madzi MX-5 ;)
    Nasza męska latorośl, „jedźi” tylko zig zag mcqueen-ami  – też urocze autko z oczkami jak on to powiada.

  7. MG pisze:

    Osobiscie przygladalem sie wielokrotnie tejze zaleznosci dotyczacej posiadanego pojazdu a zajmowana pozycja spoleczna. Zauwazylem, ze wystepuje cos w rodzaju oczekiwan w kierunku ludzi zarabiajacych stosunkowo wiecej, ludzi na wysokich stanowiskach itp.
    Generalnie uwazam, ze pojazd jest mi potrzebny tylko do przemieszczania sie z punktu A do punktu B oraz ze samochod to zadna inwestycja a wrecz przeciwnie.
    Jestem przedsiebiorca i jak do tej pory jezdzilem samochodami specjalnie nie wyrozniajacymi sie i.e: Ford Mondeo etc. Choc moja firma sukcesywnie sie rozwija to ludziom z otoczenia oraz pracownikom ciagle brakowalo (czego sie dowiadywalem po komentarzach) materialistycznej formy sukcesu czego najprostszym przykladem jest wlasnie samochod.
    Pare miesiecy temu postanowilem to zmienic i zakupic Mercedesa CLS Shooting Brake w wersji AMG. Tym oto sposobem ‚zaspokoilem’ w pewnym sensie oczekiwania innych, rowniez musze przyznac ze komfort jazdy jest zdecydowanie lepszy. Wady to oczywiscie kwestie finansowe oraz to, ze przyciaga zbyt duza uwage przechodniow do czego jeszcze nie zdazylem sie przyzwyczaic…
    Reasumujac, czy przy kolejnej wymianie samochodu znow kupie model tej klasy?Pewnie nie, czesc jego wartosci wole przeznaczyc na prawdziwe aktywo. Pozdrawiam

  8. JacekP pisze:

    Gratuluję wyboru samochodu, Sławku. Mazda MX5 to pojazd dający wielką radość z jazdy, świetnie prowadzący się w zakrętach, a przy tym prosty konstrukcyjnie i co za tym idzie plasujący się w czołówce wszelkich rankingów bezawaryjności.
    Sam miałem kiedyś fiata barchettę, który również dawał mi dużą frajdę z jazdy. Niestety szwankował w nim tzw. variator czyli zmieniacz faz rozrządu, co powodowało, że na wolnych obrotach auto brzmiało jak traktor. W końcu nie wytrzymałem i pozbyłem się go.

    Obecnie jeżdżę odziedziczoną po moim tacie toyotą corollą 1.6 GLi liftback z 1992 roku. Otoczenie wywiera na mnie ciągłą presję, żebym ten samochód zmienił na nowszy, ale pozostaję w tej kwestii niewzruszony. W przeciwieństwie do o wiele młodszego fiata, toyota jest bezawaryjna. Przejeżdżam nią rocznie ok. 20 tys. km, w tym kilkuset kilometrowe dystanse.

  9. Pierwszy Sekretarz pisze:

    Ja, jak na pierwszego sekretarza przystało, jeżdżę długimi limuzynami tylko najlepszych marek. Są to: SOLARIS, MAN, MERCEDES lub VOLVO. Oczywiście w asyście szofera. Niestety ze względu na ich długość i gabaryty należało zawżeć pewne porozumienia z trójmiejskimi aglomeracjami i wybudować specjalne przystanki w najważniejszych punktach Trójmiasta tak, abym mógł swobodnie do swoich limuzyn wsiadać i z nich wysiadać. Koszty utrzymania całej mojej floty są niskie i wynoszą 102zł miesięcznie.

    A powód?
    Brak prawa jazdy od zawsze predestynował mnie do posiadania szofera ;)

  10. Robert pisze:

    Ja jeżdżę Hyundai i40, mam też firmowego Hyundaia i20. Bardzo dobra marka, cenowo i jakościowo wypada według mnie lepiej niż np. VW Passat, Toyota Avensis, Mazda 6 czy Honda Accord. Żona jeździ natomiast Toyotą Yaris. Wszystko 2-3 letnie. Planuję przez najbliższe kilka lat nic nie zmieniać, po co zmieniać coś co dobrze działa.

  11. Artur pisze:

    Toyota Yaris, 1.0, 2000r

    Dlaczego?
    Tani w utrzymaniu, niezawodny i praktyczny.

    Mieszkam w Irlandi, gdzie podatek drogowy i ubezpieczenie sa drogie, a jezdzic nie ma gdzie, bo wyspa jest mala.

    Koszt zakupu auta to mniej niz srednie miesieczne zarobki i poki co nie widze potrzeby, zeby ten stosunek zmienic.

  12. Szymon pisze:

    Ja też jeżdżę – podobnie jak JacekP – samochodem odziedziczonym po tacie. A konkretnie Nissanem Almerą z 1997 roku (w przyszłym roku obchodzimy osiemnastkę hehe). Jest to mój pierwszy samochód, dostałem go w 2008 roku. Jeździ mi się nim od zawsze bardzo dobrze i dopóki spełnia swoje podstawowe (i jak dla mnie jedyne) zadanie, tj. dowiezienie mnie z punktu A do punktu B bez awarii, nie zamierzam go zmieniać. Fakt, że od czasu do czasu trzeba coś wymienić z powodu naturalnego zużycia części zupełnie mi nie przeszkadza. Pomimo, że autko trochę przeszło (kolizję z krową, uderzenie w bok przez inny samochód jadący ca. 130 km/h, zalanie do połowy siedzeń itd), to trzyma się mechanicznie bardzo dobrze. Co prawda blacharka trochę gorzej, ale to mam zaplanowane do zrobienia w ciągu najbliższych kilku miesięcy.

    Dla mnie samochód nie jest żadnym wyznacznikiem statusu materialnego. A często jest wręcz odwrotnie – bardzo mnie dziwi, że są ludzie, którzy decydują się na kupno nowego samochodu na kredyt wiedząc, że za kilka lat i tak samochód zmienią na inny, a stary sprzedadzą za połowę albo mniej niż za niego zapłacili. Znam też ludzi, którzy zmieniają samochody regularnie co 3-4 lata, zawsze kupując nowe – co kto lubi. Ja osobiście wolę – podobnie jak wielu Fridomiaków wypowiadających się wcześniej – kupować aktywa. A samochód z pewnością aktywem nie jest (chyba, że jest się taksówkarzem, ma się firmę transportową albo kurierską itp.). Dodatkowym minusem są korki – zawsze jak muszę z jakiegoś powodu jechać przez Kraków samochodem zamiast tramwajem, muszę się nastawiać na przynajmniej 30 minut niepotrzebnego stania. Dlatego zdecydowanie wolę wydać 90 zł na bilet i poruszać się po mieście komunikacją.

  13. Przemek pisze:

    Moj samochod to tzw. carsharing. Otwieram applikacje w telefonie, patrze jaki samochod stoi w poblizu i bookuje go na np. 3 godziny. Podchodze do niego, przykladam moja karte klienta do szyby i samochod sie otwiera, w srodku sa kluczyki, odpalam i jade. Koszt to 1 lub 2 euro za godzine – zalezy od pory dnia – i 24 centy za przejechany kilometr. Nie musze tankowac, ubezpieczac, naprawiac itd. Place tylko za czas i przejechana droge. Pozniej odstawiam samochod w poblizu gdzie go odebralem, przykladam karte i samochod sie zamyka. Po jakims czasie dostaje maila z faktura, a kwota jest mi odciagana z karty kredytowej. Rewelacja.

    Dzieki Slawku jeszcze raz, ze przyjechales do Frankfurtu. Bylo super z Toba sie spotkac i przy tym zapoznac nowe znajomosci. Do zobaczenia wkrotce w Lodzi.

    • Sławek Muturi pisze:

      Przemku, dzięki za pokazanie mi jak ten system działa. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Zapomniałem zapytać czy może wiesz ile samochodów posiada w swej flocie firma City Car, której samochód widzieliśmy zaparkowany obok restauracji, w której się spotkaliśmy? I czy wszystkie ich samochody do Kia?

      Dzięki też za zorganizowanie bardzo miłego spotkania w przemiłym gronie. Do następnego!

      • Przemek pisze:

        Citeecar http://www.citeecar.com jest obecnie w Berlinie, Hamburgu, Frankfurcie i Monachium. W karzdym tych miast jest chyba okolo 40 do 50 samochodow w roznych lokalizacjach. Mozna powiedziec ze z kazdego miejsca mozna dojsc w 15 min do jakiegos wolnego samochodu. Citeecar ma flote skladajacych sie wylacznie z Kia z pelnym wyposarzeniem, klima, nawigacja i nawet kamera z tylu jak cofasz samochod. Uzywam i polecam rowniez http://www.flinkster.de. Jest to carsharing od Deutsche Bahn i prawie na kazdej duzej stacji w Niemczech jaki i w centrach miast mozesz wynajmowac rozne samochodow, od elektrycznego az do transportera. Koszt jest troche wiekszy niz w citeecar ale i tak sie oplaca. Flinkster posiada tez swoja flote w niektorych miastach w Holandii, Wloszech, Austrii i Szwajcarii. Karte klienta do flinkster mozesz wyrobic na kazdej duzej stacji kolejowej w Niemczech w okienkach, gdzie mozna kupic bilet. Karte Citeecar mozna zamowic online, lecz chyba trzeba miec zameldowanie w Niemczech – tego jednak nie wiem do konca. Najlepiej jak bedziesz kiedys w Berlinie to wybiez sie do ich biura na Rosa-Luxemburg-Straße 19. Jest tez jeszcze pare innych firm, ktore oferuja carsharing w Niemczech ale ich jeszcze nie testowalem. Pozdrawiam i do zobaczenia w krotce :)

        • piotr z. pisze:

          W Londynie też bardzo dobrze sprawdzają się tego typu wypożyczalnie aut.
          Jest kilka firm, które mają dosyć pokaźną flotę np. City Car lub Zip Car. Za kilka funtów na godzinę można wynająć samochód: bez opłat za paliwo, bez opłat za wjazd do centrum miasta, nie trzeba serwisować, jeździć na myjnię itp. Kluczy też nie da się zgubić, bo samochód można otworzyć za pomocą aplikacji w telefonie :) Bardzo proste i wygodne.
          Ja od wielu lat mam możliwość korzystania z samochodów służbowych i to jest dla Mnie zdecydowanie najlepsze rozwiązanie. Tym bardziej, że firma ponosi wszelkie koszty związane z obsługą i podatkami :))

          Pozdrawiam

        • Sławek Muturi pisze:

          Piotrze, słyszałem takie stwierdzenie: Jaki jest najlepszy samochód na „S”? Służbowy!

        • qba pisze:

          Był taki dowcip jakie auto podjedzie pod największy krawężnik? też służbowy ;).
          Fridomiacy opisujecie tutaj tak w większości auto swoje jako pasywa, jako coś z czego warto zrezygnować w imię wolności finansowej, bo lepiej zamiast tracić na aucie odłożyć na nieruchomość itp. itd. Chciałbym Wam przedstawić mój przypadek, w którym zjadłem ciastko i miałem ciastko. A dlatego, że każdemu komu o tym mówię, głównie współpracownikom dziwnie się na mnie patrzą. Oceńcie sami.
          Kilka lat temu zamiast jeździć służbówką, poprosiłem o cash allowance, czyli zamiast samochodu gotówkę. Za ok, 20 tys down payment, kupiłem samochód w leasingu za 110 (lease to own), za które raty płaciła firma w postaci cash allowance (ratę można właśnie regulować ich ilością). Po 4-rech latach skończyły się raty, firma „kupiła” nam samochód, a samochód zaczął zarabiać dla nas, bo nie było już raty, utrzymanie to parę % całej kwoty, stał się naszym aktywem. Współpracownicy po 4 latach oddawali samochód i wymieniali na nowszy model, zwykle gorszy, bo oszczędzanie itp., a nasz nadal zarabiał na siebie służąc nam, dając radość jazdy i wygodę. I tak jest po dzień dzisiejszy. Mimo, że jego wartość gdybym sprzedał to pewnie 40 tys, to mój zwrot z tej inwestycji jest nieskończony, bo wciąż zarabia, no i ma jakąś wartość, co rok coraz mniejsza, ale jednak. Miesięczny cashflow po podatkach to 1 tys, więc po co sprzedawać takie aktywo ;). Oczywiście za parę lat ono się zużyje i nie będzie zarabiać i proces pewnie będzie trzeba powtórzyć.
          Oczywiście ktoś mi powie, że jest to częścią mojego wynagrodzenia itp., zgodzę się, ale nie zawsze służbowy samochód jest najlepszy wbrew temu co się mówi. Dodam, że często służbowe mają kółka, ale nie są to auta komfortowe, czy takie jakie lubimy.
          Snuję taką koncepcję, może warto dziś ten samochód zamienić na wkład własny na kolejne mieszkanko. Starczyłoby na 20% wkładu własnego, 80% kredytu zjadłby cashflow z najmu, ale po 20 latach pojawiłby się ekwiwalent dzisiejszego 1 tys, który zarabia samochód. Mógłbym oczywiście tak ustawić wysokość wkładu własnego, by z 40 tys opłacić notariusza, PCC, i wszystkie koszty wejścia, kredyt spłacałby najemca. Więc nasz udział w tej inwestycji byłby zerowy, bo przypomnę samochód „kupiła” nam firma z cash allowance.
          A współpracownicy…? No cóż wciąż podjeżdżają pod najwyższe krawężniki w mieście ;)
          qba

        • Sławek Muturi pisze:

          Qba, super patent na zamianę pasywa w aktywo. Wydaje mi się, że zwrot nie jest nieskończony, bo jak rozumiem wniosłeś PLN 20 tys gotówki jako down-payment, ale i tak jest lepiej niż dobrze.
          Robiłem coś podobnego gdy pracowałem w Andersenie. Tam zakupiony przez firmę samochód służbowy można było wykupywać poprzez intensywne … jeżdżenie nim. Już nie pamiętam wszystkich szczegółów, ale pamiętam, że ponieważ miałem kilku klientów równolegle w różnych częściach Polski. Robiłem po kilka tysięcy kilometrów tygodniowo i mój samochód spłacał się wręcz błyskawicznie. Stałem się jego właścicielem bardzo szybko. A potem dalej zarabiałem na … jeżdżeniu.

  14. Tomek Kordaszewski pisze:

    Witam,
    Jeżdżę Fiatem Seicento, rok 2000, kupiony od pierwszego właściciela. Samochód w moim przypadku na siebie nie zarabia, w związku z czym mogę podejść do sprawy dość minimalistycznie. Wyznaję zasadę „minimum dwa z trzech” – na koszty eksploatacji pojazdu wpływają trzy główne czynniki (zużycie paliwa, koszty serwisowe i opłaty – OC i ewentualnie AC), minimum dwa muszą być spełnione jeśli szukam samochodu. Aktualnie nie jeżdżę więcej niż 7 – 8 kkm rocznie, dlatego miejskie wozidełko sprawdza się idealnie. Samochód jest jednym z najtańszych w serwisowaniu, AC siłą rzeczy mogę sobie odpuścić, obowiązkowe ubezpieczenie kosztuje mnie niewiele z racji małej pojemności i ‚niskiej rangi’ pojazdu. Stosunek zużycia paliwa do możliwości silnika jest średnio satysfakcjonujący, jednak nie ma dramatu, a i pozostałe 2 elementy mieszczą się w moich normach ;)
    Wyznaję również zasadę, troszkę rozbieżną od niektórych ludzi których znam. Wolę samochód, który potencjalnie częściej może ulegać awariom, które można łatwo, szybko i tanio usunąć niż taki, którego podzespoły mogą wytrzymać dłużej, ale gdy już coś padnie to koszta są znaczne. Po prostu wolę zakładać ten gorszy scenariusz :) Muszę również przyznać, że wolę tanie ale ‚dopieszczone’ niż droższe ale w średnim stanie. Mowa oczywiście tylko o samochodach z drugiej ręki i temu przekonaniu raczej pozostanę wierny – lepsza kawalerka niż nowe 4 kółka ze średniej wyższej półki.

    • Sławek Muturi pisze:

      Zauważyłem, że stwierdzenie „Lepsze 4 kąty, niż 4 kółka” przewinęło się w wielu Waszych wypowiedziach:-)

      Kilka lat temu mój przyjaciel jeszcze z czasów podstawówki chciał zmienić swoją starą Toyotę Carina na nieco nowszą Toyotę Avensis. Namówiłem go do tego, by zamiast zmieniać samochód, pieniądze przeznaczył na zakup kawalerki. Kawalerkę nadal ma i czerpie korzyści z jej najmu. A stara Carina, która miała już się rozsypać przejechała z nim kolejne 5 czy 6 lat:-) Postękuje mu to prawda, ale pytanie czy o kilka lat młodsza Avensis by mu sprawiała mniej kłopotów. Nie jest to wcale pewne.

      • nibul pisze:

        Moja Carina jest z 1997 roku. W zeszłym roku już szukaliśmy już nowego auta ale w końcu kasa poszła na wkład w 2 kawalerki… Często słyszę pytanie dlaczego nie zmienię wreszcie auta. Przypominam sobie wtedy, że nie oglądałem jeszcze najnowszych ogłoszeń sprzedaży nieruchomości:)

  15. TX pisze:

    Slawku, zadam podchwytliwe pytanie – jakimi kryteriami kierowales sie kupujac MX5?

    • Sławek Muturi pisze:

      TX, moje kryteria przedstawiały się następująco:

      1. szukałem kabrioleta, bo był dla mnie symbolem większej wolności. Teraz widzę, że jeszcze większąwolność daje mi skuter. Niestety nie jest to w Polsce pojazd całoroczny:-( Ale ponieważ niedługo, ja tez nie będę spędzał w Polsce całego roku, to skuter będzie dla mnie optymalnym rozwiązaniem
      2. bałem się tych modeli kabrioletów z dachami z płótna, więc kilka marek odpadło
      3. podobała mi się klasyczność sylwetki roadstera
      4. na 4-tym miejscu przekonała mnie cena. Nie najniższa ze wszystkich rozważanych modeli, ale – ciekawostka – za samochód zapłaciłem PLN 80.000, a za swoje stare BMW, którym przedtem jeździłem dostałem PLN 85.000:-) Pomimo downgrade’u cenowego, tak naprawdę przesiadając się do kabrioleta czułem,że się upgrade’uję

      • TX pisze:

        Dzięki za odpowiedź. Tak zapytałem, bo też jeździłem MX5, ale poprzednią generacją (NB). Nawet do ślubu pojechałem tym autem. Potem przesiadłem się na Hondę S2000, bo mi ciągle mało mocy. Przejeździłem 7 lat – zima, lato, zawsze top down gdy nie padało. W tym sezonie żegnam się z autem, rodzina przestała mi się do niego mieścić ;) Zgadzam się z Tobą, że roadster ciężko pobić w doznaniach z jazdy.

        • Sławek Muturi pisze:

          TX, masz rację. Roadster to taka mała zabawka dla dużych chłopców. Ktoś kiedyś mądrze powiedział – the difference between men and boys is the price of the toys:-)))

  16. Artur Banach pisze:

    Ja jezdze japonczykiem: Toyota camry. Jeszcze ani razu mnie nie zawiodl :-) Ale teraz zaczynam rozgladac sie za samochodem elektrycznym. Zamierzam umowic sie na jazdy probne Nissan Leaf oraz BMW, ktory tez wprowadzil w pelni elektryczny samochod. Zasieg 200km. Plusem takiego rozwiazania dla mieszkajacych w Warszawie byloby mozliwosc calkowicie bezplatnej jazdy (jest kilkanascie punktow, gdzie mozna naladowac auto bezplatnie). Byc moze zanim kupie auto elektryczne zdecyduje sie na rower… elektryczny. Mozna takowym przejechac nawet do 80 km :-)

  17. wojtek pisze:

    Kilka lat temu kupiłem od teścia, pierwszego właściciela, Toyotę Corollę ‚2000. Auto, nie licząc rzeczy ekspoatacyjnych (fabryczny akumulator wymieniony po 11 latach, tłumik wciąż fabryczny!), przez 14 lat miało wymienioną cewkę za 180 zł i nic więcej. Samochód został wyprodukowany w Japonii, i zapewne w tym tkwi tajemnica sukcesu, do tego dochodzą małe przebiegi, ok, 12 kkm/rocznie. Już od roku, gdy moja rodzina zmieniła się na model 2+1, co jakiś czas powraca temat zmiany auta i za każdym razem dochodzimy do wniosku, że nic nie zmieniamy. Jedyne co w naszym aucie chcielibyśmy zmienić to brak klimatyzacji – poprzedniego lata dłuższe trasy z dzieckiem pokonywaliśmy tylko nocą, co też nie było takie straszne jak myśleliśmy.
    Co się tyczy ogólnego podejścia wyznaję zasadę, że Porsche w garażu szybko powszednieje. Moje auto jest niezawodne, spełnia swoją rolę. Kupując nowe nie zaspokoję żadnej prawdziwej (nie szutcznie wykreowanej) potrzeby, może nie licząc klimatyzacji, z której obecnie świadomie rezgnuję korzystając w zamian z niezawodności posiadanego pojazdu. A pieniądze które mógłbym przeznaczyć na zmianę auta spokojnie wystarczą na np. kolejny garaż na wynajem :-).
    Pozdrawiam zza korporacyjnego biurka w słonecznym Poznaniu,
    Wojtek

  18. pawel bak pisze:

    Ja w zeszłym roku pozbyłem się samochodu. Troche nie ze swojej woli, gdyż było to wynikiem kolizji drogowej i szkody całkowitej. Pieniądze z ubezpieczenia AC leżą wpłaciłem na konto opisane jako „na samochód” ale postanowiłem spróbować czy życie bez samochodu jest mozliwe. Weekendowo i na dłuższe wyjazdy używam auta żony, ale na codzień przesiadłem się do tramwaju i płacę za to 64zł/miesiąc. Jak okaże się że jednak nie daję rady bez auta to wezmę pieniądze z odszkodowania i je kupię ale na razie nowy system sprawdza mi się świetnie. Myślałem o tym jakiś czas, ale nie zdobyłem się na sprzedanie posiadanej wtedy Hondy Civic, można powiedzieć że kolizja była szczęśliwym zbiegiem okoliczności, szczególnie że mam wątpliwości czy udałoby mi sie sprzedać auto za taką cenę na jaką było ubezpieczone.

    • Sławek Muturi pisze:

      Paweł, podziwiam Twoją umiejętność dostrzeżenia w wypadku samochodowym, który skasował Ci samochód, „szczęśliwego zbiegu okoliczności”. Always look on the bright side of life…

  19. Marcin pisze:

    Większość pieniędzy które zarobiłem na początku zarobkowania poszła w realizację marzeń motoryzacyjnych. Ostatnie dwa „weekendowce” to Porsche (pierwszy siedmiolatek a po nim 3latek), wcześniejsze też należały do podobnej grupy nietypowych na polskie drogi pojazdów. Zaspokoiło to mój głód pokazania osiągnięcia jakiegoś drobnego sukcesu w dość młodym wieku ale obecnie ta potrzeba tymczasowo :) ustąpiła (ale bynajmniej nie moja motoryzacyjna pasja). Sprzedałem Porsche i drugi pojazd do jazdy dziennej i rozglądam się za kolejnym mieszkaniem. Kupiłem sobie teraz samochód za 10 tys, który spełnia wszyskie moje potrzeby (mały, szybki i dobrze wyposażony) i już nie kłuje tak w oczy. Drogie auto powoduje niestety różnego rodzaju problemy w Polsce. Obiecałem sobie, że przez najbliższe kilka lat nie będę marnował na to zasobów. Ale na 35 urodziny chciałbym coś kolejnego z „listy marzeń”..

  20. PAndy pisze:

    Jeden z noblistów ekonomicznych powiedział kiedyś: „kupujcie tanie, używane samochody, bo na nich tracicie, a drogie mieszkania, bo one zyskują” (mniej więcej coś takiego). Czysty rachunek ekonomiczny. Mam dobry przykład ze swojej rodziny w USA (wójkowie i ciotki), pomimo że dość zamożna, zawsze, bez wyjątku jeździli używanymi autami. No i mają po kilka, kilkanaście domów w dniu dzisiejszym na wynajem. Ale ludzie uwielbiają czuć się ‚lepszymi’. Tylko Ci, którzy potrafią nad tym zapanować, mogą faktycznie zapanować nad swoim życiem. Bo jak często wpominasz Sławku, najpierw trzeba dobrze zarządzać ‚wydatkami’ i wsoimi finansami.
    Ale fajnie było by mieć super samochód i piękny, ogromny dom. Tylko to przeszkadza w osiąganiu wolności finansowej i to bardzo. A wręcz wiąże nas i krępuje na lata. Dlatego ‚życie poniżej możliwości finansowych’ to rzecz fantastyczna, bo daje nam możliwości a dodatkowo, w moim przypadku, pozwala wciąż wyczekiwać nagrody w przyszłości. Gdybym miał piękne, nowe BMW w wieku 20 lat, to później musial bym kupować większe, droższe, piękniejsze auta, żeby satysfakcja pozostała na tym samym poziomie. Ktoś to fajnie opisał właśnie na przykładzie samochodów: „żeby następne auto dało nam tą samą satysfakcję co poprzednie, powinno być o 30% lepsze’. Można się sprzeczać o cyfry, ale prawda jest taka, że apetyt wzrasta w miarę jedzenia, a więc i koszt zaspokojenia tego apetytu podąża za nim. Często szybciej niż wzrastają dochody.
    Mam wrażenie, że wszyscy czytelnicy niniejszego bloga rozumieją świetnie, przez skórę, te mechanizmy. Aczkolwiek, jesteśmy w zdecydowanej mniejszości, niestety.

  21. pio pisze:

    audi a5 sportback s-line quattro plecam , jeszcze lepiej jeździ niż wygląda

  22. Przemek pisze:

    Dzisiaj rano w banku jakaś zapłakana pani rozmawiała z pracownikiem banku i pytała się czy w banku maja jakieś kamery, które są skierowane na parking koło banku. Okazało się ze w nocy skradziono jej samochód. Pani ta była bardzo zdenerwowała i mówiła głośno, że właśnie ktoś jej ukradł 20.000 Euro, czyli wartość samochodu i ze na pewno jej pojazd jest już za granica gdzieś w Rumuni. Współczułem tej pani, ale w tym samym momencie pomyśleli sobie ze czy nie lepiej było kupić sobie tańszy samochód a resztę zainwestować w cos, co przynosi dochód pasywny np. mieszkanie, bo tego tak łatwo ukraść nie można ;)

  23. Mariusz pisze:

    Nie wierzę w te medialne bajki że Buffet, Kamprad jeżdzą takimi autami. napewno je mają dla mediów a obok kilka porządnych aut i samolot :)

    Ja jeżdzę byle czym na budowę żeby budowlańcy pracowali za normalne pieniądze ale jeżdżę nim tylko na budowę. W Polsce jak szef ma dobre auto to kradnie i dorabia się kosztem biednego pracownika a na zachodzie jak szef ma dobre auto to pracownik patrzy że szef ma dobre auto to znaczy ma dochodową firmę to jak będę w niej pracował to będę miał stabilną pracę.

    • Sławek Muturi pisze:

      Mariusz, zgadzam się, że należy zachować pewien sceptycyzm wobez różnego rodzaju doniesień medialnych. Nie znam też oczywiście osobiście ani Kamprada ani Buffeta. Ale miałem przyjemność blisko poznać dwóch polskich milionerów z listy 100 najbogatszych Polaków Wprost. Obaj byli moimi klientami gdy pracowałem jeszcze w Andersenie. Ich wybór samochodów bardzo mi imponował.

      Pierwszy to nieżyjący już niestety Mariusz Łukasiewicz, założyciel kilku biznesów, w tym Systemu ratalnego SL, a potem na jego bazie Lukas Banku oraz Eurobanku. Bardzo kulturalny i bardzo skromny bogacz, który osiągnął sukcesy swoją ciężką pracą i systematycznością. Do pracy (w której siedział do późnych godzin nocnych, a także czasami w weekendy) przyjeżdżał prostym, nie najnowszym modelem BMW serii 3. Ja miałem wtedy służbowy samochód – chyba Alfę Romeo 155 (czyli podobny segment cenowo), albo może już nawet Audi A6. Partnerzy w Andersenie jeździli wówczas co najmniej BMW serii 5.

      Drugi, to szef dużej firmy giełdowej. Nie chcę podawać nazwiska, bo gdy ostatnio sprawdzałem Listę Forbes czy Wprost to już Go tam nie widziałem, prawdopodobnie dlatego, że wolał z listy zniknąć poprzez schowanie swoich udziałów w jakiś spółkach by się nie afiszować swoją zamożnością. Bowiem jest to osoba jeszcze skromniejsza niż p. Łukasiewicz. Mimo, że był jednym z najbogatszych Polaków, to jego gabinet mieścił się na piętrze dużego magazynu. Okna w jego gabinecie zaczynały się ok 3 – 3,5 metra nad podłogą. Gdy przechodził korytarzem obok toalet to wchodził do nich tylko po to by zgasić niepotrzebnie palące się światło. Żaden z moich Klientów nie targował sie tak ostro ze mną o nasze honorarium. Jeździł starym, kilkunastoletnim Volvo, wprawdzie z kierowcą (by mógł przeglądać w trakcie jazdy dokumenty), ale stać go było na wielokroć droższe auto. Mój menadżer na projekcie, który dla Niego realizowaliśmy, jeździł nowiutkim i droższym modelem Volvo.

      Ostatnio spotkałem swojego byłego Klienta w samolocie do Bukaresztu. Przywitaliśmy się serdecznie i sporo pogawędziliśmy. Dziękował mi, że kilka lat temu namawiałem go na pewne przedsięwzięcie, które teraz jest jego oczkiem w głowie. Byłem pozytywnie zaskoczony tym, że w ogóle pamiętał o mojej skromnej roli w początkach tego przedsięwzięcia. Ale najzabawniejsze było to, że my z nim oraz z Dyrektorem Finansowym jego spółki wsiedliśmy do klasy ekonomicznej, a bankowcy inwestycyjni, którzy towarzyszyli mu w wizycie do Bukaresztu lecieli klasą biznes. Do Bukaresztu leci się zaledwie 2 godziny:-) i to Klient zwracał im koszty podróży. Nie widziałem na jego twarzy ani śladu irytacji czy złośliwości pod adresem rozrzutności jego dostawców:-)

      Przyznam, że skromność tych dwóch osób była dla mnie ogromną inspiracją. Myślę, że to również dzięki nim, udaje nam się w Mzuri pilnować firmowych kosztów z żelazną konsekwencją. W biznesie tak już jest, że za nasze biura w prestiżowych biurowcach, za nasze reklamy w mediach, za nasze markowe garnitury i za nasze wypasione bryki płacilibyście Wy, nasi Klienci. Wolimy się bez tego wszystkiego obejść:-)

      W życiu osobistym też stać by mnie było na o wiele wyższy niż obecnie standard życia. Jedyną ekstrawagancją w moim budżecie domowym są dalekie podróże (bez tego życie straciłoby dla mnie dużą część sensu) oraz garnitury od krawca (tylko dlatego, że w sklepach nie da się – póki co – kupić garnituru w moim ulubionym pomarańczowym kolorze, a garnitur czasami potrzebują odziać by nie sprawiać wrażenia że lekceważę gospodarzy spotkań, na które jestem zapraszany). Za to jeżdżę starą Mazdą, albo wręcz skuterkiem (planowałem dziś rozpocząć sezon, ale obawiałem się ostrych podmuchów wiatru:-), wynajmuję niedrogie mieszkanie w centrum Warszawy, noszę tanie zegarki, mam najtańszy model Samsunga jaki był dostępny w markecie, nie kupuję najdroższych miejsc w teatrze, latam klasą ekonomiczną i wybieram najtańszy dostępny hotel. I czuję się z tym wszystkim świetnie.

      W niedalekiej przyszłości, całkowicie zrezygnuję z posiadania samochodu, własnego mieszkania, szafy ubrań, kolekcji monet, itp obciążników. I nie mogę się tego doczekać:-) Będę wtedy jeszcze bardziej wolny:-) Jedyne rzeczy, z których nie zrezygnuję całkowicie to mój portfel mieszkań na wynajem oraz Mzuri, czyli gwarantów mojej wolności. Nie zrezygnuję z czytania książek, z ciągłego uczenia się, z nawiązywania nowych znajomości, z podróżowania, z pomagania ludziom, z uśmiechu, z optymizmu, z młodości. Postanowiłem – zgodnie z dewizą, którą usłyszałem od Małgosi na ostatnim spotkaniu Fridomiaków we Frankfurcie – że umrę młodo. Nie ważne czy będę miał wtedy lat 50, 70, 90 czy 120.

      • Mariusz pisze:

        Mam do wyboru: niewiele robić i żyć na średnio-niskim poziomie albo pracować ciężko (bardzo względne) i żyć na porządnym poziomie. Skoro pracować ciężko to po to żeby żyć bardziej komfortowo fizycznie. Mam na myśli posiadanie samochodu takiego który mnie cieszy a nie takiego który mnie przewiezie sprawnie tam gdzie chcę dotrzeć oraz posiadanie komfortowego domu zamiast mieszkania. Na razie wybieram to drugie.

        Bardzo ważny jest też komfort psychiczny. Mam taką zasadę że mniej mnie interesuje ile co kosztuje (oczywiście bez przesady) ale bardzo mnie interesuje ile to kosztuje w utrzymaniu. Potrafię kupić bardzo drogą drukarkę byle tonery były tanie, żarówki po 200 zł byle brały mało prądu, samochód który mnie cieszy byle nie palił więcej niż 10l/100 a gdyby palił 6l/100 to może kosztować ile chce :)

        Zanim cokolwiek kupię za jakąś kwotę to zastanawiam się czy źle bym się czuł jakbym taką kwotę stracił jednego dnia np. na giełdzie i jeżeli ból jest z umiarem to kupuję jeśli nie do zniesienia to nie kupuję.

        Dla mnie liczą się głównie stałe koszty utrzymania mnie i moich „gadżetów”, jeżeli ich utrzymanie niewiele kosztuje to mogą sobie być w dowolnej ilości i mnie cieszyć.

        Zawsze mam też w głowie że jutro może wszystko (biznes i stan finansowy) trafić szlag i czy poradzę wszystko utrzymać pod względem miesięcznie generowanych kosztów.

  24. Jord pisze:

    10 lat jeździłem Oplem Kadetem i jeździłbym nim dalej gdybym nie źle nie dokręcił korka od chłodnicy, przez co wyparował płyn chłodzący, a co za tym idzie poszły uszczelki i od tamtej pory wodo dostawała się do silnika.
    Potem kupiłem peugeota ale pojeździłem tylko 1,5 roku, ciągłe z nim problemy. Nie kupujcie Peugeotów!!
    No i teraz jeżdżę Oplem Astra kupiony tanio ale za to jestem z niego bardzo zadowolony. Powróciłem do Opla :)

    A jak ktoś ma tyle samochód i płaci taką kasę za auto to jest bufonem i snobem. Można mieć 2 auto na wypadek gdyby tamto było zepsute, ewentualnie 3 dla żony. Ale 30 auto to jakieś chore jest. Więcej by zrobił gdyby tą kasę wydał na cele charytatywne. Chociaż z tego co słyszałem Ronaldo bierze udział w akcjach charytatywnych.

  25. Mike pisze:

    Suzuki Grand Vitara 2007
    Mitsubishi Lancer 2004

  26. Tosenka pisze:

    Witajcie Fridomiaki! Jestem tutaj po raz pierwszy. Niemożliwie cieszy mnie fakt że większość z Was myśli o tym w jaki sposób rzeczy materialne mogą pracować na Was a nie Wy na nie.Jak nie stać się niewolnikiem tego co się posiada. Moi znajomi nie potrafią zrozumieć dlaczego jeżdżę Golfem III z ’97 zamiast kupić nowy samochód a inwestuje w mieszkania , w których nawet sama nie mam zamiaru mieszkać. Obecnie korzystamy z samochodu wspólnie z mężem, co oznacza że trzeba się dzielić i czasami używać transportu publicznego i więcej chodzić piechotą. Dla przykładu dziś po syna do przedszkola w obie strony 10 km. Niezły trening i kilka kilo mniej na wadze. Pozdrawiam Was serdecznie życząc sukcesów.

    • Sławek Muturi pisze:

      Tosenka, witaj na fridomii. Rzeczywiście fajni ludzie się tu zebrali:-)Zapraszam częściej:-)

      • Sławek Muturi pisze:

        W kwietniowym numerze WBJ Observer pojawił się artykuł nt sprzedaży luksusowych marek samochodów w Polsce. W 2013 dealerzy sprzedali 61 luksusowych samochodów za łączną kwotę PLN 59,9 mln. Średnia cena sprzedanego Ferrari wyniosła PLN 1,28 mln czyli równowartość 36 Fiatów Panda:-) Liderem sprzedaży w tym segmencie było Maserati z 17 sztukami (w 2012 były to tylko 2 sztuki). Drugie to Bentley z 16 sztukami (2 w 2012)), a trzeci z 15 egzemplarzami było Ferrari (11). Dalej uplasowały się Aston Martin z 9 sztukami (4), Rolls Royce 3 (3), oraz Lamborghini 1 (1).

        Sprzedaż większości luksusowych marek bardzo istotnie podskoczyła w porównaniu z rokiem 2012. Czy to dobrze? Z jednej strony naprawdę cieszy mnie, że większej liczbie Polaków powodzi się na tyle dobrze by wydać milion złotych na samochód. Z drugiej, kupowanie drogich samochodów źle mi się kojarzy. Gdy mieszkałem w Rumunii (jest tam o wiele więcej Bentley’ów czy Maserati niż w Polsce) doszedłem do wniosku, że im więcej w danym kraju bogactw naturalnych (ropy, gazu, minerałów) oraz korupcji, tym więcej super-bogaczy i ostentacyjnej konsumpcji. Widać to na ulicach Bukaresztu, Moskwy, Kijowa, Ałma Aty czy Baku. Widać to też na ulicach Londynu (tam bogactwem są bonusy bankierów inwestycyjnych), ale już nie na ulicach Oslo (ropy jest dużo, ale nie ma korupcji)

Dodaj swój komentarz:





Chcesz, aby koło Twojego komentarza pojawiła się Twoja ikona lub zdjęcie?
Kliknij tutaj i dowiedz się jak to zrobić.

Powiadom znajomego o tym wpisie:

Friend Email
Enter your message
Enter below security code
Subskrybuj komentarze do tego wpisu

NAJBLIŻSZE SPOTKANIA FRIDOMIACZEK I FRIDOMIAKÓW

23.11, środa – Bangkok, Tajlandia, godz 15:00. Rejestracja tutaj: http://www.event.biznesponadgranicami.pl/#program

26.11, sobota – Warszawa, moja prezentacja w trakcie Kongresu organizowanego przez Businesswoman & Life

Ze względu na moje zimowanie w tropikach (w tym roku lecę do Afryki), kolejne spotkania przewiduję dopiero na wiosnę 2017 roku. Chyba, że ktoś miałby ochotę się spotkać ze mną w Kenii, Tanzanii, Gabonie (Mistrzostwa Afryki w piłce nożnej), Namibii, RPA, Mozambiku, Etiopii lub na wyspie Mayotte (ze względu na to, że jest to zamorskie terytorium Francji, to można tam polecieć bez paszportu:-). Być może wyskoczę też na dzień-dwa do stolicy Somalii, Mogadiszu, ale tam nikogo nie zapraszam ze względów bezpieczeństwa:-)

 

 

Archiwum - miesiąc po miesiącu

Najwyżej cenione

Zatrzymaj czas, by wreszcie mieć go więcej

„Czas to pieniądz”. Każdy z nas zna to pojęcie, na którym bazuje racjonalny system produkcji, który został z powodzeniem wdrożony przez pioniera motoryzacji Henry Forda. Wiele osób zauważyło, że hasło to spowodowało niekorzystną zmianę sposobu myślenia. Już od małego uczymy się, że czas jest cennym dobrem, które można „oszczędzać” lub „trwonić”. Całkiem zwyczajne czynności „pochłaniają” nasz czas. Menadżerowie bez przerwy wdrażają rozwiązania mające zwiększyć efektywność wykorzystywania naszego czasu w pracy. Śruba czasowa jest coraz mocniej [...]

Najnowsze komentarze

  • Sławek Muturi: Artur, nie miałem wpływu – bezpośredniego – na wysoką jakość komentarzy na fridomii, poza...
  • ArturSt: Mam już wyrobioną opinię po paru komentarzach których nie poprawiłeś. Niestety dużo gorzej się to...
  • Sławek Muturi: Zgadzam się. W Warszawie mamy 16 czy 17 dzielnic i w zasadzie prawie w każdej z nich (może oprócz...
  • Robert W: Wydaje mi się, że ewidentne ortografy należy poprawiać, jak tylko masz czas… Dzisiaj przykładowo...
  • Robert W: Dzielnica jakich wiele. O powodzeniu inwestycji będzie decydować pewnie cena zakupu tej kawalerki oraz...
  • kolo: nie no proszę was , tego języka neandertalsko-jaskiniowego nie da się czytać, skoro skończyliście szkoły,...
  • Sławek Muturi: Tomek, Mirosław, Bolo, dzienki sa fasze komętaże i suowa otuhy. F takiem razje bende fszystko pószczau...
  • Tomek: Ja bym zostawiał błendy takimi jakie one som, w oryginale. Jakby nie patżeć, sposub wypowiedzi i pisowni terz...
  • Mirosław Tomasz Borucki: Mam dwa blogi prywatne, nie pisane pod imieniem i nazwiskiem i zawsze moderuję treści, ale...
  • Bolo: Myślę, że ten blog mógłby być wzorem dla innych portali jeśli chodzi o kulturę prowadzonej dyskusji. Po co to...
  • Sławek Muturi: Doktorze, ciekawy pomysł, ale obawiam się, że sam będziesz musiał przeprowadzić swój eksperyment...
  • Sławek Muturi: Robert, dzięki za linka do ciekawego artykułu. W uzupełnieniu do treści przedstawionych w artykule,...
  • Sławek Muturi: Sałata, masz rację. Ja też staram się nie outsource’ować myślenia do maszyn, które mają mnie w...
  • doktor21: Panie Sławku bazując na Pana wpisie znalazłem swój sposób na utrzymanie mózgu w dobrej kondycji Sex...
  • karol: Wszystkiego najlepszego w nowym roku dla wszystkich fridomaniaków! Mam pytanie do fachowców troche innej...
  • Michal52: Dzięki za komentarze. Sam obecnie puki co mieszkam w Toruniu, ale planuje się przenieść do większego miasta...
  • Robert W: http://www.rp.pl/Wynajem/30113 9914-Mieszkanie-na-wynajem-Jak -inwestowac.html#ap-1
  • Sałata: Mieszkam w Warszawie i już naturalne stało się dla mnie używanie nawigacji w celu skrócenia drogi i...
  • Sławek Muturi: Jacek, rzeczywiście dwór był bardzo rozbudowany, aż groteskowy. Ale widziałem jego pałac – choć...
  • Sławek Muturi: Jacek, rzeczywiście dwór był bardzo rozbudowany, aż groteskowy. Ale widziałem jego pałac – choć...

Najnowsze wpisy

created by Water Design