06

02.2016

Czy warto uczyć się języków obcych?

autor: Sławek Muturi|kategoria: Blog autorów, Co czytaliśmy, Podróżowanie po świecie, Refleksje nad mijającym czasem, Różne, Rozwój osobisty, Życie postkorporacyjne

ilość komentarzy: 17

Języki obce są moją pasją. Nie do końca wiem skąd się to u mnie wzięło, ale chyba źródłem tej pasji była moja rodzina. Moi Dziadkowie poznali się w trakcie Drugiej Wojny Światowej gdy oboje przymusowo pracowali u niemieckiego bauera. Czasami w domu, dla żartów lub by ukryć jakąś informację przede mną, rozmawiali ze sobą po … niemiecku. Moja Mama poznała mojego Tatę dlatego, że studiowała orientalistykę (czyli różne zapomniane języki, m.in starą grekę, język używany w Etiopii przed amharskim oraz swahili). Wykładowca swahili zaprosił mojego Tatę na kilka zajęć jako native speakera i tak się spotkali moi rodzice. Sam Tata znał biegle 5 języków. W kilku innych potrafił się jako tako dogadać. Moi kuzynowie w Kenii też znali po kilka języków każdy. Można powiedzieć, że wychowałem się w rodzinie poliglotów.

Moim pierwszym językiem był język polski. Potem w wieku 4 lat przeprowadziliśmy się do Kenii i tam nauczyłem się biegle mówić po angielsku, swahili, kikuyu (język plemienia, z którego wywodzi się mój Tata), ale za to zapomniałem – niestety – mówić po polsku. Język ojczysty  odzyskałem po powrocie do Polski w wieku 6-7 lat.  Ale za to całkowicie zapomniałem języka angielskiego, swahili czy kikuyu (tego ostatniego do dziś nie odzyskałem w pełni). Będąc w podstawówce w Polsce, zacząłem – tak jak wszyscy – uczyć się języka rosyjskiego oraz – rok później – niemieckiego. Moja nauka nie trwała jednak zbyt długo. Przed ukończeniem podstawówki wróciliśmy znów do Kenii i tam musiałem szybko odnaleźć znajomość angielskiego. O kontynuacji nauki rosyjskiego czy niemieckiego nie było mowy – nie są to w Kenii bardzo popularne języki.

Pierwszym językiem, którego zacząłem się uczyć z mojego w pełni własnego wyboru był język francuski. Podczas studiów w Warszawie trochę mi się nudziło. Szukałem dodatkowych zajęć. Pomyślałem o językach. Początkowo myślałem o języku włoskim (ładnie brzmi), ale wybrałem francuski, bo jest bardziej praktyczny. Pół Afryki mówi w tym języku, a ja chciałem przecież zostać dyplomatą. Przydatność włoskiego ogranicza się do niedużego Półwyspu Apenińskiego. Włosi tylko na krótko podbili część Somalii, a próby podboju Etiopii zakończyły się dwukrotnymi klęskami militarnymi.

Nauka francuskiego poszła mi nad wyraz dobrze. Tak dobrze, że koleżanki mojego kolegi z pokoju w akademiku, rodowitego Kolumbijczyka, postanowiły nauczyć mnie też języka hiszpańskiego.  Ze wsparciem koleżanek z Hiszpanii, Meksyku oraz – przede wszystkim – Kolumbii, z hiszpańskim też się dość szybko uporałem. „Uporałem” na tyle, by móc się w miarę swobodnie dogadywać.

Nie wiem ile godzin spędziłęm na nauce języka francuskiego czy hiszpańskiego. Nie jestem tego nawet w stanie dobrze oszacować. Francuskiego uczyłem się w Polsce przez 3 miesiące na superintensywnym kursie w l’Institut Francais (może łacznie było to około 300 godzin). Po lekcjach rozmawiałem często z senegalskimi kolegami z akademika oraz pewną koleżanką z Maroka (powiedzmy, że dało mi to kolejne 300 godzin nauki). W czasie wakacji kontynuowałem przez miesiąc w paryskim Alliance Francaise (80 godzin). Wprawdzie mieszkałem u francuskiej rodziny, ale więcej tam było cudzoziemców niż Francuzów (może 20 godzin). Wcześniej szkoliła mnie nieco pewna Francuzka spotkana na farmie w Anglii gdzie zbieraliśmy w wakacje truskawki (100 godzin). Przez okres tych kilku miesięcy osiągnąłem mój dzisiejszy poziom znajomości francuskiego. Pomimo późniejszych kursów, pracy w ONZ, itp mój francuski raczej pozostał na niezmienionym poziomie. Ostatnio może nawet nieco się cofnąłem.

W sumie daje to około 800 godzin nauki. Hiszpańskiego uczyłem się raczej poza kursami. Jeszcze trudniej oszacować liczbę godzin, ale czuję, że więcej czasu poświęciłem na naukę jeżyka francuskiego. Dziś posługuję się tym drugim z minimalnie większą swobodą.

Po co mi te szacunki liczby godzin poświęconych nauce języków? Z jednej strony, na stronie onet.pl (którą otwieram by dotrzeć do mojej skrzynki mailowej), ostatnio pojawiają się ogłoszenia typu „w tym bloku, 60% Polek i Polaków nauczyło się języka niemieckiego w 14 dni!, Bez żadnego wysiłku, dzięki naszej cudownej metodzie!”. Nie otwierałem tych ogłoszeń i reklam.

Z drugiej strony, spotkałem ostatnio w Singapurze pewnego Amerykanina z Atlanty, który od 8 lat mieszka tutaj i uczy języka angielskiego. Dość długo rozmawialiśmy i w rozmowie rzucił, że po to by opanować język obcy należy mu poświęcić około 5 000 godzin nauki oraz obcowania. By osiągnąć mistrzostwo – potrzeba w sumie 10.000 godzin. Wow!!! – pomyślałem, to sporo! 5 000 godzin to pełne 200 dni, zakładając, że w ogóle nie śpisz, nie mówisz w ogóle w swoim własnym języku oraz w nim nie myślisz. Nawet przy moich największych staraniach, w tym roku nie uda mi się zgromadzić pewnie więcej niż 500 godzin na naukę języka mandaryńskiego.

Nauka języka to spora inwestycja czasowa. Zgadzam się raczej z tym Amerykaninem (choć chyba nieco przesadził, być może coś niecoś zależy też od indywidualnych predyspozycji do nauki języków) niż ze sprzedawcami cudownych metod nauczania. Z trzeciej jednak strony, przeczytałem w The Straits Times, ciekawy artykuł w tym temacie. Opisywano w nim  zmiany zachodzące w technologii elektronicznych tłumaczeń. Dziś tłumaczenia te często brzmią jeszcze koślawo, dalekie są od jakości tłumaczeń robionych przez ludzi. Natomiast technologie te są wciąż doskonalone. Im szybciej rośnie pula tłumaczeń dostępnych w bazie danego software’u, im więcej osób zada sobie trudu by poprawić błedy w tłumaczeniach elektronicznych, tym szybsze będzie tempo doskonalenia jakości tłumaczeń.

Autorzy artykułu snuli następującą wizję przyszłości. Nieodległej przyszłości. Za 20-25 lat, jadąc za granicę kupujesz program tłumaczeniowy wraz ze słuchawkami i mikrofonem. Będąc w Kambodży, mówisz po polsku, a Twoi rozmówcy od razu, a czasie rzeczywistym słyszą Twoje pytania w języku khmerskim. I na odwrót. Przetłumaczone nie tylko poprawnie, ale wręcz doskonale. Z uwzględnieniem lokalnych idiomów, akcentu, poczucia humoru, itp. Co wiecej, głos który będą słyszeć, nie będzie głosem mechanistycznego komputera. To będzie dokładnie Twój głos, tyle że mówiący po… khmersku. Lub ich głos mówiący po … polsku. A jeśli rozmówców będzie kilku, mówiących kilkunastoma różnymi językami, to Ty dalej będziesz mówić po polsku, a każdy usłyszy Twój głos w swoim własnym języku. W czasie rzeczywistym. Czyli będziesz – jednocześnie – mówić w kilkunastu językach świata. A praktycznie we wszystkich tych, które obejmie oprogramowanie.

Powstaje zatem pytanie czy w ogóle warto się uczyć języków obcych i poświęcać każdemu z nich po kilka tysięcy godzin? O wydatkach finansowych nie wspominając? Pewnie możecie się domyśleć mojej odpowiedzi na to pytanie, ale bardzo chętnie usłyszę Wasze opinie:-)

Komentarze:

  1. Artur napisał(a):

    Tłumaczenie na żywo już jest w Skypie. Na razie działa średnio, trzeba dość wolno i wyraźnie mówić. Ale to tylko kwestia czasu jak dojdzie do perfekcji.

    Sami w firmie w oprogramowaniu mamy podłączone auto tłumaczenie z Google i z każdym rokiem działa coraz lepiej.

    Myślę jednak że warto się uczyć. Bo nie chodzi tylko o komunikację, ale język niesie też historię i kulturę.

    Sławku, jak uczysz się języków? Czytasz w ogóle gramatykę? Czy tylko imersja i konwersacja?

    Mógłbyś napisać coś więcej?

    Na ten rok mam zaplanowany hiszpański :)

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Artur, dzięki za info. Nie znałem tej funkcjonalności Skype, zresztą bardzo rzadko korzystam z tego narzędzia.

      A co do moich sposobów nauki, to gramatykę omijam zawsze szerokim łukiem. Nie wiem skąd w Polsce takie zamiłowanie nauczycieli do stawiania gramatyki w centrum procesu nauczania – chyba zaczerpnięte z metod starożytnych mnichów klasztornych. Zawsze staram się jak najwięcej gadać, nawet niepoprawnie, byle zrozumiale. Wychodzę z założenia, że nad poprawnością będę pracował gdy już będę umiał coś powiedzieć.

      Z nauką mandaryńskiego jest nieco inaczej. Gramatyki na szczęście chyba tutaj nie ma. Przynajmniej po 3,5 tygodniach nauki jeszcze nie dostrzegłem. Za to komunikacja nie jest łatwa. Gdy coś mówię do nieznajomej mi osoby, to się okazuje, że albo nie zna mandaryńskiego (niestety nie wszyscy Chińczycy znają język mandaryński), albo nie rozumie mojej wymowy. Gdy po kilku razach powtórzę dane słowo w różnych tonacjach i nic i wreszcie powiem po angielsku, to ta osoba powtórzy to słowo po mandaryńsku dokładnie tak jak ja je powiedziałem (a przynajmniej tak mi się zdaje), choć na początku nie mogła mnie zrozumieć. Konwersacje po mandaryńsku nadal są dość trudne dla mnie. Zasób słów coraz większy (to cieszy), ale nadal nie przebrnąłem bariery tonacji.

      A może po prostu powinienem zacząć mówić z większą pewnością siebie w głosie? Spróbuję:-) Możliwe, że podchodzę do tego języka ze zbytnim respektem:-)

      Powodzenia z językiem hiszpańskim!

  2. Darek napisał(a):

    no cóż, komputerek, który „mówi za nas” ??? to raczej bajka…. język to coś więcej niż tylko super technologia… moim zdanieniemjak najbardziej warto sie uczyć języków. sam czasami zadaję sobie pytanie ile „przeciętny” człowiek jest w stanie sie ich nauczyć (mam na myli coś więcej niz tylko aby sie dogadać, tak np poziom C1)?

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Darek, z tego co pisał Artur o Skype wynika, że ta wizja już przestaje być bajką… A co dopiero w perspektywie kolejnych 20-25 lat:-)

      • Darek napisał(a):

        raczej chodzi mi nie tylko techniczne przetłumaczenie, ale bardziej o to jak dane zdanie lub zwrot wypowiesz…. tempo modulacje głośniej ciszej – oddanie emocji – a jak dodasz do tego jeszcze mimikę…

        a przy okazji spytam czy Ty Sławku lub może ktoś z Fridomiaków słyszał/korzystał/ wie czy w ogóle istnieją możliwości darmowej lub prawie darmowej nauki angielskiego w USA lub Kanadzie? chodzi o roczny lub 10 miesięczny wyjazd. Oczywiście nie chodzi o darmowe mieszkanie lub życie ;-)

        gdzieś czytałem, ze niektóre uczelnie mają cos takiego ale nie znalazłem szczegółów….
        dzięki za ewenulne podpowiedzi….

        • Łukasz napisał(a):

          Darku,

          polecam wyjazd do pracy w USA/Kanadzie. Nie do każdej, oczywiście. Do takiej, w której będziesz miał stały kontakt z tubylcami – np. jako kelner/host w restauracji. Mi się udało dodatkowo znaleźć pracę jako sprzedawca time share’ów (zaznaczam: time share’y w USA znacznie się różnią od polskich). Ale UWAGA!: w ten sposób wyszkolisz tylko biegłość w posługiwaniu się angielskim na poziomie mniej więcej FCE. Jeśli myślisz raczej o CAE czy CPE, to będziesz musiał dodatkowo sam się uczyć. Ale o materiały, przecież, dzisiaj nie jest trudno.
          Pozdrawiam i powodzenia!

  3. Łukasz napisał(a):

    Sławek:你好!
    Ten Amerykanin z Atlanty 5 i 10 tysięcy godzin zaczerpnął zapewne od Malcolma Gladwella z „Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu” (książka naprawdę godna polecenia jak i inne tego autora). Powołuje się on w niej na Beatlesów czy Billa Gatesa i pisze właśnie, że tym i (co ważne!) wielu innym mistrzom zajęło/zajmuje około 10 tys. godzin dojście do poziomu na którym są odnosząc sukcesy w swoich dziedzinach.
    Pozdrowienia i życzenia wytrwałości od nowego czytelnika-sinologa!
    Łukasz

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Łukasz, ni hao! Dzięki za dodatkowe info oraz za polecenie książki Gladwella. Czytałem dwie z jego książek (jeszcze w czasach przed rozpoczęciem pisania fridomii i stad brak ich recenzji tutaj) i rzeczywiście są doskonałe.

      Ciekaw jestem ile godzin spędza się na nauce języka na sinologii. Szacuję, że w ciagu 8 miesięcy studiów na jednym roku (33 tygodnie razy 30 godzin tygodniowo daje) około 1000 godzin. Czyli po 5 latach studiów dochodzi się do poziomu mistrzowskiego, czy tak? Oczywiście jakieś zajęcia dodatkowy, wyjazd na wymianę do Chin czy inne tego typu atrakcje mogą istotnie zwiększyć liczbę przepracowanych godzin.

      Mam też pytanie do Ciebie jako fachowca. Amerykanie po polsku mówią często z bardzo dziwnym akcentem, a mimo to da się ich zrozumieć. Czy możliwe jest mówienie po mandaryńsku z silnym amerykańskim akcentem i dalej być zrozumiałym przez Chińczyków? Mam wrażenie, ze pod tym względem mandaryński jest dość „unforgiving” i albo łapiesz odpowiednią tonację, albo się nie dogadujesz. Czy tak?

      • Łukasz napisał(a):

        Sławku,

        To make a long story short: rzeczywiście, idealnie by było, gdybyśmy po 5 latach osiągali poziom mistrzowski. Ale niewiele znam osób, którym to się udało :/

        Długo myślałem jak odpowiedzieć na Twoje pytanie. Według mnie, to czy dana osoba (native speaker chińskiego) zrozumie obcokrajowców jest wypadkową dwóch czynników: jej poziomu i, co chyba ważniejsze, tego, z jak wieloma dialektami chińskiego się zetknęła. Poza tym, moim zdaniem, czasami łatwiej zrozumieć Chińczykowi obcokrajowca (bo ten mówiąc używa bardzo ograniczonego słownictwa), niż Chińczyka z innej części Chin, nie mówiącego dobrze 普通话 (putonghua).

        Pozdrawiam,
        Łukasz
        P.S. Wybacz, proszę, zwłokę w odpowiedzi na Twoje pytania.

        • Sławek Muturi napisał(a):

          Łukasz, dzięki. To idę walczyć dalej. Choć teraz akurat jestem w Bangkoku. W marcu chyba pojadę na wyspę Hainan by tam kontynuować swoje zmagania z językiem mandaryńskim (putonghua). Czuję do niego coraz większą sympatię:-). I zupełnie jak pierwszoklasista, nie mogę się doczekać powrotu do szkoły:-)

        • Mark2 napisał(a):

          Wychowałeś się w rodzinie wielojęzycznej, podobnie jest z moją córka. Ma 4 lata, jest 3-języczna, rozumie 4 język i w międzyczasie już zdążyła zapomnieć innego języka, którego używała w żłobku, do dzisiaj pamięta tylko jedną piosenkę w tym języku. Ma logiczne wyjaśnienie swojej sytuacji językowej, „ja mówię wieloma językami, bo się tak urodziłam”. Ty Sławku pewnie też się tak urodziłeś, a zwykli ludzie jak ja latami wkuwali słówka.

        • Sławek Muturi napisał(a):

          Mark2, masz rację, że o wiele łatwiej jest się uczyć języków jako dziecko. Później z wiekiem stajemy się zbyt świadomi popełniania błędów. Mi teraz na przykład, w nauce języka mandaryńskiego przeszkadza świadomość tego jak dużym wyzwaniem jest jego nauka. Czuję do niego zbyt duży respekt. Trudno jest mi przeskoczyć tę barierę pomimo tego, że wiem, że istnieje.

        • Tomek napisał(a):

          Dokładnie Sławku, gdyby niemowlę z podejściem chociażby wyniesionym z szkoły podstawowej, nie mówiąc już o dorosłym życiu, uczyło się chodzić, to nikt na świecie nie posiadłby tej umiejętności. Nie wiem jak to się dzieje, że z wiekiem tracimy tą dziecięcą ciekawość nauki mimo błędów i można powiedzieć upór nauki mimo porażek. Dziecko w swych próbach nie ustaje, mimo że z jego perspektywy nauka zajmuje całe życie (8-mies. nauki chodzenia dla 8-mies. niemowlaka, to tak jak dla nas 30 lat nauki języka obcego).

          Najgorsze jest to, że nawet jak mamy świadomość tych zjawisk to ciężko je wyłączyć na poziomie mentalnym, podświadomym. A to niepotrzebnie nas blokuje.

  4. Karolina napisał(a):

    Oczywiscie, że warto! Przez całe zycie nalezy poszerzac swoja wiedze, na nauke nigdy nie jest za późno! A w wyborze szkoły na pewno pomaga wyszukiwarka langzie.pl – wpisujemy interesujacy nas jezyk oraz miasto i od reki mamy cala liste szkół :)

  5. Jocko napisał(a):

    Oczywiście, że warto :) tyle , że jednym przychodzi to z dużą łatwością innym już nie.Ja miałam to szczęście, że mogłam się uczyć żywego języka od tubylców – i taka metoda wg. mnie jest najprzyjemniejsza i najszybsza, niestety nie dla wszystkich dostępna. Pierwszy wyjazd Rodziców do pracy do Moskwy – miałam 5 lat – Rodzice zapisali mnie do przedszkola i….nie pamiętam jak nauczyłam się mówić po rosyjsku :) po prostu pewnego dnia zaczęłam gawarit. Zaletą takiej nauki jest akcent, uczysz się na słuch. Zaczęły się jednak wtedy schody z polskim hahaha bo rozmawiałam po polsku tylko z Rodzicami. I oczywiście wtrącalam słowa po rosyjsku.
    Wróciłam do Polski w wieku 10 lat i mówiłam po polsku z pięknym rosyjskim akcentem :) Pamiętam jak rusycystka w podstawówce sadzała mnie za swoim biurkiem i prosiła żebym czytała opowiadania. Byłam bardzo dumna :) Piąteczka z rosyjskiego była co roku:) bez wysiłku :).
    Potem był wyjazd do Jugosławii …. kolejnych pięć lat i ups znam nowy język. Teraz po rozpadzie Jugosławii już dwa bo serbski i chorwacki, który wtedy był serbochorwackim:) Nauka była również przyjemna bo po prostu poszłam do serbskiej szkoły II licealna, ambicja nie pozwoliła mi nie dać rady i nie zdać do III w zasadzie II półrocze zaliczyłam już samodzielnie. Pamiętam pierwszą klasówkę z serbskiego w III LO dostałam 6 :) ani jednego błędu.Nieźle się oberwało moim kumplom z klasy, rodowitym Serbom, którzy narobili błędów.
    W obu przypadkach nie uczyłam się gramatyki jako takiej, wszystko szlo intuicyjnie i na ucho. Po prostu chciałam się szybko dogadać z równolatkami.Nauka była przyjemna i niestresująca. żałuję trochę, że nie podróżowałam dalej no ale….może jeszcze kiedyś gdzieś.
    Z angielskim już były schody zwłaszcza, że uczyłam się go i po polsku i po rosyjsku i po serbsku :) normalnie multi kulti. Na kursach i z gramatyką:). Wg. mnie jest też coś w tym, że im więcej języków znasz tym szybciej łapiesz kolejne.
    Mam jeden wyznacznik osiągnięcia perfekcji w nauce języków obcych – jak zaczynam myśleć w danym języku – to znak, że znam go już perfect :)
    Puno pozdrava za sve Fidomanjake :) i ćujemo se.
    Всего хорошего Всем.

  6. Agata napisał(a):

    Ale zazdroszczę znajomości i zacięcia w nauce obcych języków. Ja ledwo nauczyłam się angielskiego :c Tyle czasu mi to zajęlo, a to dalej nie perfekcja. teraz próbuję francuskiego i szukam idealnej szkoły językowej w Warszawie.

  7. Nina napisał(a):

    Jeżeli chodzi o najlepszą szkołe do nauki języka to dla mnie empik school. Jestem po kursie angielskiego a teraz zapisałam się na francuski. Bajka! :) A na nauce nie ma co oszczędzać. Bo albo się w ogóle nie nauczymy i pieniądze pójdą w błoto albo nauczymy się po łepkach. A kto tak chce, ja na pewno nie. Jak już płacę to wymagam. I w empik school dostałam najwyższy standard nauki i komfort. Grupy super, lektorzy wspaniali. Jak będę miała dzieci to na pewno wyslę je również na kurs języka do tej szkoły. Nie zawiedli mnie. A co chwile mają fajne promocje.

Dodaj swój komentarz:





Chcesz, aby koło Twojego komentarza pojawiła się Twoja ikona lub zdjęcie?
Kliknij tutaj i dowiedz się jak to zrobić.

Powiadom znajomego o tym wpisie:

E-mail *
Wpisz wiadomość
Subskrybuj komentarze do tego wpisu

NAJBLIŻSZE SPOTKANIA FRIDOMIACZEK I FRIDOMIAKÓW

19 lipca 2018, czwartek – godz 19:00; live na profilu FB Sławek Muturi, poświęcony moim wrażeniom z jeżdżenia po Rosji w trakcie mundialu FIFA 2018 

29 maja 2019 roku, środa – godz 19:00; live na profilu FB Sławek Muturi oraz – równolegle – webinar (konieczna wcześniejsza rejestracja). Szczegóły bliżej terminu.

Dlaczego info z tak dużym wyprzedzeniem? Bo będzie to już 10-ta (!!!!!!!!!!) rocznica mojego przejścia na wcześniejszą emeryturę:-). Choć będę tego dnia gdzieś w podróży po Afryce, to chciałbym byśmy się spotkali – choćby wirtualnie – przy kieliszku wina lub butelce piwa:-)

 

 

Archiwum - miesiąc po miesiącu

Najwyżej cenione

Strach

Ostatnio wiele czasu poświęciłem pisaniu mojej nowej książki – powinna ukazać się już w II połowie listopada. Przez to zaniedbałem nieco czytanie. Czuję, że się cofam, zamiast się rozwijać. Teraz gdy już wysłałem pierwszą wersję książki do mojej korektorki, to miałem czas sięgnąć do nie dokończonych książek leżących na stoliku przy moim łóżku. Jedną z nich jest bardzo dobra książka autorki Susan Jeffers, pt „Feel the Fear and Do It Anyway”. Jak sam tytuł wskazuje, [...]

Najnowsze komentarze

  • Sławek Muturi: Bobbi, dzięki za kolejne inspiracje. Jak zdrowie? Jak pracuje Twój szpik? PoZDROWIEnia z Grenlandii...
  • Bobbi van der Rohe: Budynek Pałacu Sprawiedliwości w Palencii (Hiszpania) został „zmodernizowany”, aby...
  • Robert: https://www.rp.pl/Podatek-doch odowy/308069988-Czy-trzeba-opo datkowac-rekompensate-za-do...
  • monte: dwa remonty w Warszawie wykonali dla mnie ukraińcy, nazywający siebie Aleksander i Arciom, płaciłem im polskie...
  • dczekol: Odnosnie kiełbasy powiedz to polskim rolnikom, którym wybija sie cale stada świń z powodu zarażenia ASF....
  • Eirenaios: Cześć! Jeśli chodzi o interpretacje, to zapewne wiesz, że dotyczy ona konkretnej sytuacji podatkowej u...
  • Sławek Muturi: Bolo, nie, nie zauważyłem zależności, o której piszesz. Myślę, choć nie jestem pewien, że to raczej...
  • Sławek Muturi: Paula, obawiam się, że nikt z Mzuri nie zechce się w tym temacie wypowiedzieć. Po pierwsze, to nie...
  • Sławek Muturi: Przygoda, przygoda :-)
  • Bolo: Ogólnie mam bardzo dobre doświadczenia chyba ze wszystkimi nacjami. Wynajmuję Białorusinom i Czeczenom. Myślę,...
  • Bolo: Nie ma czegoś takiego jak mundurki (w przypadku służb), są jednak mundury. Mundurek to może założyć dziecko....
  • Paula: Witam, Czy ktoś z Mzuri mógłby się wypowiedzieć w powyższym temacie? Pozdrawiam
  • Artur Banach: Kilka lat temu również przekraczałem tą granicę. To jest po prostu folklor, co tam się dzieje. Ale to...
  • Sławek Muturi: Paczka, dzięki za komplement. Sukcesów i wolności :-)
  • paczka: dziękuję, świetny artykuł
  • Sławek Muturi: Aga-ta, dzięki. Jak zawsze – bardzo mądrze:-) Ja na tej granicy spotkałem zarówno złych jak i...
  • Sławek Muturi: Bobbi, dzięki za kolejną porcję inspiracji oraz za to, że dzielisz się z nami swoimi odkryciami:-)...
  • Sławek Muturi: Dczekol, dzięki. I za sprostowania i za to, że poświęcasz swój czas na czytanie fridomii. Dzięki:-)
  • Sławek Muturi: dczekol, melduję zrozumienie komunikatu! A tak na poważnie, to dzięki. Oczywiście znam te służby i ich...
  • Aga-ta: Podziwiam Twój optymizm, Sławku. Najbardziej podobało mi się w Twojej opowieści to, że cieszyłeś się wizją...

Najnowsze wpisy

created by Water Design