14

02.2016

Można inaczej – kejs Szymona

autor: Sławek Muturi|kategoria: Blog autorów, Edukacja finansowa

ilość komentarzy: 55

Oto wpis Szymona początkowo zamieszczony jako komentarz w wątku dotyczącym tego „Kto powinien ponieść koszty kredytów walutowych?” Skopiowałem go tutaj bo pomyślałem, że historia Szymona może być inspiracją dla niektórych osób zastanawiających się nad tym jak ułożyć sobie życie od strony finansów.

Można naśladować innych. Jest to strategia finansowa większości Polek i Polaków, i nie tylko. Czasami ta droga zaprowadzi tę większość pod Sejm by domagać się ratowania ich i odwracania popełnionych przez nich błędnych wyborów, jak obecnie z frankowiczami. Choć oczywiście nie wszyscy frankowicze popełnili błędy (niektórzy mądrze podpisali umowy i są w korzystniejszej sytuacji niż złotówkowicze) i raczej to tylko malutka mniejszość idzie ze swoimi problemami pod Sejm (TeEm, widzisz? nauczyłem się czegoś od Ciebie:-).  Czasami naśladowanie prowadzi do mizernego życia na emeryturze z powodu braku oszczędności. Czasami do stresu wywołanego panicznym strachem przed utratą pracy, również z powodu braku oszczędności. Czasami wpadają w spiralę piętrzących się długów. Naśladownictwo prawie zawsze prowadzi do rozczarowania swoim życiem. Bo zawsze pojawi się ktoś kto ma jeszcze więcej, i jeszcze nowsze, i jeszcze ładniejsze, i jeszcze większe i jeszcze …

Można naśladować innych. Można też inaczej.

Nie stawiam tutaj Szymona jako wzoru do naśladowania i nie namawiam do tego, byś szła dokładnie jego drogą. Pójście jego drogą może być dla Ciebie niewykonalne (bo np Twoi rodzice nie mają domu), albo niepożądane z jakiś względów. Raczej do tego byś miała odwagę wyznaczyć swoją własną drogę. Taką, która jest dla Ciebie najodpowiedniejsza. Powodzenia!

Oto kejs Szymona (duże dzięki Szymon):

W swoim czasie przyglądałem się rynkowi mieszkaniowemu oraz kredytom, również walutowym. Pamiętam również wypowiedzi ekspertów, że powinno się brać kredyty w takiej walucie w jakiej się zarabia (szczególnie te długoterminowe), a jeżeli już ktoś bardzo chce brać kredyt walutowy, to powinien co miesiąc odkładać na oddzialne swoje konto równowartość około połowy różnicy wynikającej z raty w PLN oraz raty w walucie obcej, tak aby w ten sposób zabezpieczyć się przed różnicami kursowymi. Pomimo tego, że z żoną odkładaliśmy w tamtym czasie ok. 40-50% naszych zarobków, nie zdecydowaliśmy się na kupno własnego mieszkania. Przekonałem żonę, żebyśmy nadal mieszkali w moim rodzinnym domu (na parterze rodzice, na piętrze my). Dzięki tej decyzji:
1. nie mamy rat do spłaty
2. mamy dwie kawalerki na wynajem kupione za gotówkę
3. co m-c zostaje w naszej kieszeni ok. 2000-2500 zł (brak raty + najem).

W między czasie przyszły chude lata, jedno z nas straciło pracę.
Dzięki temu, że nie mieliśmy kredytu, mogliśmy wyżyć za jedną pensję.
Dodam, że presja na kupno swojego mieszkania była duża, wszyscy nasi znajomi kupowali mieszkania lub budowali domy. Sam wielokrotnie byłem pytany kiedy wyprowadzimy się od rodziców. Jednak w głębi duszy wiedziałem, żeby nie iść tym owczym pędem.
Zdaję sobie sprawę, że to w jakim miejscu jesteśmy wynika z tego że mamy gdzie mieszkać, ale wynika również z tego jakie decyzje podejmowaliśmy. Mogliśmy sobie przecież powiedzieć, że na pewno będzie dobrze, że pensje będą rosły, że praca w międzynarodowej stabilnej firmie jest niezagrożona, że przecież wszyscy tak robią, to na pewno jest to dobra i przemyślana decyzja.
Pozdrawiam

Podziel się!

0

Komentarze:

  1. Mariusz pisze:

    Bardzo ciężko jest znaleźć równowagę pomiędzy inwestycjami/oszczędnościami a konsumpcją.

    Są ludzie którzy kupują domy mając ledwo na notariusza a reszta z kredytu. Są ludzie którzy żyją w „biedzie” a w materacach mają miliony dolarów.

    Gdzie jest równowaga?

    Jeśli teraz będziemy oszczędzać to na starość będziemy wolni finansowo – ok.

    A jeśli starości nie będzie?

    Jeżeli ludzie z otoczenia umierają w wieku 40 lat, to można mieć trochę inne spojrzenie na świat.

    0
    • Sławek Muturi pisze:

      Mariusz, a gdzie wg Ciebie jest ta równowaga?

      0
      • TeEm pisze:

        @Sławek –
        w TEJ chwili.
        W patrzeniu przez okno TU I TERAZ,
        W piciu kawy zanim dzień na dobre się rozkręci
        W mierzeniu się z wyzwaniami, które przyniesie
        W planowaniu (….. nic nie powiem) przyszłości
        W delikatnym odwracaniu głowy przez ramię, gdy się chce z uśmiechem spojrzeć na to, co za nami….

        TU I TERAZ.

        Co było, było.
        Co będzie – tego tak do końca nigdy nie wiemy.

        Mamy tylko TU I TERAZ,
        Tu i teraz, które na naszych oczach przemienia się (jak dzisiejszy ranek na przykład) z tego ‚co będzie’ w to, co ‚już było’ – sekunda po sekundzie, codziennie, w każdej chwili.

        0
      • Mariusz pisze:

        Gdyby to ktoś wiedział to by było proste życie.
        Żeby to wiedzieć należałoby znać datę swojej śmierci.

        Praca od rana do wieczora, w biegu, w fastfoodzie, gromadzisz np. mieszkania idziesz do lekarza i ….. diagnoza ….

        Tye chwil i wyjazdów odłożonych na potem, na razie nie bo szkoda kasy, tysiąc myśli.

        Jestem całkowitym przeciwnikiem zadłużania się w ogóle, gdy widzę konsumpcję na kredyt to mnie to przeraża, myśl o kredycie nie dałaby mi spać ale gromadzenie „na potem” to też nie jest rozwiązanie. Nie wiem gdzie jest granica i gdzie są właściwe proporcje.

        0
        • Sławek Muturi pisze:

          Mariusz, zgadzam się z Tobą, że nie ma na Twoje pytanie łatwej odpowiedzi. Uniwersalnej odpowiedzi dla wszystkich. Każdy musi ją wypracować dla siebie. Nad pytaniem „mieć czy być” filozofowie zastanawiają się od setek, a może nawet tysięcy lat. Ja bym powiedział tak: „trzeba mieć tyle by być, a nie być by mieć”.

          Brzmi dla mnie nieco, odrobinę bardziej konkretnie, ale też mało precyzyjnie. Rozwijając: „żyć PONIŻEJ swoich możliwości finansowych”, ale „nie dziadować”. Co to może oznaczać dla poszczególnych osób. Myślę, że oszczędzanie coś pomiędzy 10%, a 50% swoich comiesięcznych zarobków (z przeznaczeniem na budowanie wolności finansowej), to dobry kompromis pomiędzy „być a mieć”. Poniżej 10% – możesz nie doczekać wolności finansowej nawet jeśli unikniesz wyroku od lekarza (o którym piszesz), wypadku czy innych nieszczęść. Powyżej 50% może już być „dziadowaniem”. Choć nie musi. Zależy od wysokości Twoich zarobków, od Twojej sytuacji domowej, od Twojej kreatywności, od Twoich umiejętności panowania nad swoimi (i nie swoimi) potrzebami, itd itp. Ja dziś oszczędzam ponad 50% swoich przychodów i nie czuję, że dziaduję.

          0
  2. Szymon pisze:

    Dlaczego gromadzenie na potem nie jest rozwiązaniem?
    Przecież ludzie od setek lat tak robili, nawet przyroda tak robi, gromadzi na potem.
    Są lata tłuste i lata chude. Jest okres siewu i okres zbioru.
    To jest także sprawa wyborów i potrzeb. My np. w podróż poślubną pojechaliśmy do Bardejowa na Słowację. Liczył się czas spędzony razem, a nie miejsce. Nasi znajomi w tym czasie jeździli na wczasy All inclusive do ciepłych krajów. Po prostu nie potrzebowaliśmy wyjeżdżać do ciepłych krajów. Moja babcia, która mieszkała w bardzo małej wiosce, ani razu nie była nawet na najmniejszych wczasach, i żyła. Myślę, że i tak była bardziej szczęśliwa niż nie jeden współczesny człowiek. Moi rodzice wyjeżdżali bardzo, bardzo rzadko, ja wyjeżdżam ze swoją rodzinką co roku, nad polskie morze. I chodź do przejechania mamy całą Polskę to cieszymy się z urlopu już wsiadając do samochodu na początku trasy, bo liczy się czas wspólnie spędzony, wspólne podróżowanie, itd.
    Smartfona np. też nie potrzebuję, wystarczy mi „zwykły” tel. komórkowy. Ogólnie to nie lubię robić tego co inni, rodzi się w moim wnętrzu taki sprzeciw, wobec tego co robią wszyscy. A odkładam na później, ponieważ wiem, że mogą przyjść chude lata, odkładam, aby na emeryturze nie musieć dziadować oraz dlatego aby na emeryturę przejść dużo wcześniej niż w 67 roku życia. Odkładam, aby nie musieć się bać zwolnienia z pracy. Dla mnie to jest ważniejsze, niż wczasy All inclusive, co roku nowy model sprzętu, czy super bryka.

    0
  3. Szymon pisze:

    a jeżeli nie dożyję emerytury, to przynajmniej moja rodzina będzie miała byt w jakiś sposób zabezpieczony. Co jej po wspomnieniach z leżakowania pod palmami, jak nie będzie mogła wiązać koniec z końcem, bo brakuje „drugiej pensji”.

    0
  4. flow pisze:

    troche bez sensu jest ta dyskusja. to tak jak by sie spierać co jest lepsze biale czy czarne.

    kejs jest taki ze jak nie wydarzylby sie największy kryzys za ostatnie 100 lat w usa to bohater kejsu bylby w innym miejscu a jego znajomi ktorzy posilkowali sie kredytem bylby o lata swietlne przed nim. i mowilby ze zaryzykowali i sie udalo (a inni nie podjęli ryzyka i nadal mieszkają z rodzicami, a lata uciekaja)
    Bez bardzo wysokich zarobkoo nie da sie niczego zbudować bez kredytu.
    kto to tego nie rozumie nigdy chyba nie mial nic wspólnego z prawdziwym biznesem, tym bardziej w czasach taniego pieniądza.
    oczywiście ja mowie tylko i wylacznie o kredytach inwestycyjnych. konsumpcyjne to nie moja bajka.

    pzdr.
    flow

    0
    • Sławek Muturi pisze:

      Flow, czy masz jakieś kłopoty ostatnio. Z Twoich dzisiejszych 4 komentarzy bije jakiś pesymizm, czarnowidztwo. Wcześniej kojarzyłem Cię raczej z pozytywnym nastawieniem do życia, do pojawiających się okazji i możliwości. Dziś czytając to co piszesz, mam ochotę sprzedać posiadany przeze mnie portfel mieszkań na wynajem i „spieprzać gdzie pieprz rośnie”. Choć akurat tak się składa, że tu gdzie jestem to właśnie rośnie. Więc chyba musiałbym uciekać w jeszcze czarniejszą dziurę:-)

      0
      • Robert pisze:

        Może to jest jakiś inny „flow” ;-)

        0
      • flow pisze:

        Slawku,

        ja to ja:) nadal skrajny optymista jednak lubie czasem (szczególnie w towarzystwie wzajemnej adoracji) pokazać inny pkt widzenia. to nie pesymizm ale fakty np wykresy ktore pokazlaem to prawdziwe cyfry. demografia naprawde jest u podstaw wszystkiego, bez wzgledu na intensywosc zaklinania rzeczywsitosci. to b wazne w kontekscie inwestowanie setek K pln, warto znac mocne i slabe strony.

        a tak swoj droga to serio bardzo mnie dziwi jak czesc ludzi unika kredytow inwestycyjnych w czasach najtanszego pieniądza w historii świata, bardziej to miałem na myśli.

        ps. jak chcesz sprzedać swoj pakiet mieszkań to ja chętnie czesc kupie:)

        pzd
        flow

        0
        • Sławek Muturi pisze:

          Oj Flow, chyba jednak zbyt duży z Ciebie optymista. Chciałeś najpierw mnie nastraszyć by potem za bezcen kupić mój portfel mieszkań, tak? :-)))

          0
  5. Kuneg pisze:

    Można jeszcze inaczej.
    …i żeby nie było, to na wstępie wyjaśnię, że z domu to ja wyszłam bogata… wyłącznie duchem ;)
    Jedno, co mi moja matka wpoiła, to nie wolno żyć ponad stan. Nie ważne ile bym zarabiała, czy była to najniższa krajowa, czy więcej, ale zawsze, chociaż symboliczne 50 zł należy miesięcznie odłożyć.

    Najwartościowsze wakacje w moim życiu, to praca na zmywaku w Niemczech – na czarno. Szybko odechciało mi się tego miodu, ale przelicznik kursowy był korzystny. Pieniądze zarobione w 3 miesiące wystarczyły mi na 3 lata czesnego – studia ekonomiczne. To były najlepiej wydane pieniądze. W między czasie kredyt studencki i praca na pełen etat. Udało mi się zmieścić w 5% najlepszych studentów = umorzenie 20% kredytu studenckiego. No i zarobiłam na kredycie :) Potem kolejne firmy i praca na etat. W między czasie sąd pracy, jak pracodawca mi nie wypłacał pensji i inne tego typu przygody. Studia magisterskie uzupełniające – również płatne. Cały czas banki nie chciały ze mną gadać, bo nie miałam umowy o pracę na czas nieokreślony. Wreszcie po prawie 10 latach pracy zawodowej udało mi się znaleźć taką firmę, że nie chciało mi się już szukać lepszej i doczekałam się umowy na czas nieokreślony – tylko dzięki dyplomowi porządnej uczelni było to możliwe. Kupiłam też mieszkanie na kredyt, bo gdzieś trzeba nieszkać, a u rodziców w 2 pokojach było mi za ciasno. Mieszkanie kupiłam znacznie większe (4 pokoje), niż zamierzałam, bo trafiła się okazja, a zdolność kredytowa oraz wkład własny pozwalały mi na to z nawiązką. Potem małżeństwo i rodzina, i inne obowiązki.
    Parę lat temu stwierdziłam, że czas się uniezależnić, bo męczy mnie praca na etacie. Kupiliśmy z mężem duże mieszkanie w centrum Wrocławia, w ładnej kamienicy, ale mieszkanie do remontu. Kolejny kredyt, ale około 50% inwestycji. Od roku mieszkanie jest wynajęte na kancelarię notarialną, a ja znów zaczynam czekać na okazję, bo zebrała się mała kwota. Jeszce parę lat, a pozbędę się pierwszego kredytu i będzie kolejna luźna gotówka na inwestycje.

    Wszystko można, ale trzeba chcieć się uczyć i mieć oczy szeroko otwarte, bo okazje zdarzają się codziennie. Nie każdą jestem w stanie złapać w danej chwili, ale tyle razy mi się udawało, że z pewnością uda się złapać i kolejną okazję. Umiejętność taniego życia, nabyta w latch studenckich, jest niezwylke przydatna. Nie palimy, pijemy okazjonalnie, a najlepiej wino z własnej mikro winnicy (na wino gronowe tej jakości w sklepie poszły by znacznie większe kwoty), w restaurecjach nie jadamy w zasadzie, bo i tak lepiej sami gotujemy, naprawić większość rzeczy też umiemy we własnym zakresie. To są naprawdę bardzo wymierne umiejętności. My nawet mamy sporą satysfakcję z tego, że sami robimy tyle rzeczy.

    Emeryturę planuję przed 50-tym rokiem życia. Marzy mi się dom na wsi, ogród, kury, moja ukochana winnica i święty spokój dookoła na łonie natury. :)

    0
    • Sławek Muturi pisze:

      Kuneg, dzięki. Na moją prośbę o opis Twojego case’a odpowiedziałaś zanim nawet Cię o to poprosiłem. Niesamowite! Dzięki. Powodzenia w stawianiu kolejnych kroków na drodze do wolności finansowej. Trzymam życzliwie kciuki.

      0
    • BiL pisze:

      Oszczedzanie jest fajne i korzystne dla nas oczywiscie, ale tylko w skali mikro. Gdy spojrzymy na gospodarke jako calosc to gdybysmy wszyscy jednoczesnie zaczeli mniej wydawac, to musielibysmy zaczac mniej zarabiac. No bo przeciez nasze wydatki sa dla innych zarobkiem, placac im za produkty i uslugi dajemy im zarobic, pozniej oni moga dac zarobic kolejnym i tak gospodarka nam sie kreci. Gdybysmy wszyscy nagle zaczeli oszczedzac i ograniczyli wydatki, to mielibysmy duzy kryzys.

      Jesli nas stac, to niezapominajmy zeby wydawac pieniadze i dawac innym zarabiac – to jest w naszym wspolnym interesie.

      Pozdrawiam serdecznie i zycze spelnienia planow. :)

      0
      • Sławek Muturi pisze:

        BiL, idąc dalej tropem, który proponujesz, to jeszcze lepiej byśmy się zadłużali by wydawać jeszcze więcej. Im bardziej się zadłużymy (my i wszyscy inni) tym szybciej będzie nam się rozwijać gospodarka. Czyżby?

        Gdybyśmy wszyscy w Polsce, od jutra, przestali zaciągać kredyty konsumpcyjne, to może rzeczywiście wywołalibyśmy chwilowe spowolnienie gospodarcze (choć nie koniecznie, przecież oprócz konsumpcji jest jeszcze m.in. eksport, inwestycje). Ale wyobraź sobie jak zdrowe byłyby fundamenty naszej gospodarki gdybyśmy za jakiś czas zaczęli konsumować za gotówkę, zamiast na kredyt:-) oraz inwestować z oszczędności, a nie tylko z kredytu:-)

        0
        • BiL pisze:

          Hej Slawek,
          To juz byloby nieodpowiedzialne, bo przeciez kredyty trzeba oddawac. :)

          Nadmierne zadluzenie oczywiscie moze byc szalenie niebezpieczne, nie namawiam do tego. Ale bardzo daleko mi do mowienia o tym jakIe to kredyty sa zle – bo uwazam, ze jak sie ma do nich dostep na korzystnych warunkach i plan na to jak dzieki nim wiecej zarabiac, to sa one dla tych ktorzy nie dysponuja kapitalem czyms co pozwala im zarabiac pieniadze, bez nich moga o swoich planach inwestycyjnych jedynie pomarzyc. Sam korzystam z kredytow (mortgage, karty kredytowe na wykonczenie domu pod wynajem) robie to oczywiscie w sposob w pelni kontrolowany (musisz byc zawsze na czas z platnosciami, i splacic wszystko co pozyczyles przed ulpywem konca oferty albo przeniesc balans ktory pozostal na inna karte rowniez przed koncem oferty – tzw rolowanie dlugu). Po prostu zeby najlepiej korzystac z tzw. dzwigni finansowej moim zdaniem trzeba miec dostep do najtanszego na rynku pieniadza.

          Rolowanie karty kredytowej daje mozliwosci pozyczania za np. 1.5% od calosci pozyczki na np. 18-24 miesiace. Nigdzie indziej nie da sie znalezc tanszego pieniadza, chyba ze mozesz pozyczyc od rodziny.

          Ale wracajac do meritum, to ciezko inwestowac jesli spada konsumpcja.
          Oczywiscie jest tez eksport i inwestycje, jak zauwazyles. Choc konsumpcja to glowne zrodlo napedzajce gospodarke. http://data.worldbank.org/indicator/NE.CON.PETC.ZS
          Firmy produkujace na lokalny rynek gdy spada konsumpcja beda zwalniac i zmniejszac produkcje co oczywiscie odbije sie na gospodarce negatywnie.

          Ktos kto np. zarabia 20tys PLN na reke miesiecznie, a jedzenie kupuje w Biedronce w wersji podstawowej, a na wakacje jezdzi pod namiot, nie wspomaga gospodarki tak jakby mogl, wiec nie daje innym zarobic – moim zdaniem wrecz szkodzi w ten sposob gospodarce. Nie mowie oczywiscie o wydawaniu wszystkiego, zyciu ponad stan etc. ale o prostym fakcie, ze to co wydam ja jest kogos innego zarobkiem, ktory on moze pozniej wydac na cos innego. Wydaje mi sie, ze czasem ludzie o tym zapominaja.
          Pozdrawiam :)

          0
        • Sławek Muturi pisze:

          BiL, no dzięki. W końcu dowiedziałem się jakimże jestem szkodnikiem dla … gospodarki:-)))

          0
        • Robert pisze:

          Według mnie to nie jest tak, że oszczędzamy tylko po to, żeby trzymać pieniądze w skarpecie czy w banku na lokacie. Wtedy faktycznie ilość pieniędzy w skarpetach u ludzi nie miałaby chyba wpływu pozytywnego na rozwój gospodarczy. Oszczędzamy w jakimś konkretnym celu – np. zakup mieszkania na wynajem. Więc powiedzmy po 10 latach oszczędzania kupujemy kawalerkę na wynajem. Takie oszczędzanie jest chyba korzystne dla gospodarki?

          0
      • Kuneg pisze:

        Oszczędzanie w celu wydania tej forsy na inwestycje jest jeszcze fajniejsze i to już nie tylko w skali mikro. Zarabia architkt, zarabiają budowlańcy, zarabia sklep meblowy, zarabia firma wywożąca gruz, zarabia elektryk, hydraulik, murarz, tynkarz, posadzkarz… I co, nie fajnie? A najfajniejsze, że ta forsa zostaje w naszym kraju, a nie na Kanarach, czy w Egipcie :)

        Czym innym jest trwonienie zarobionych pieniędzy, a czym innym są wydatki inwestycyjne. Dawanie zarobić innym niekoniecznie musi zaraz rujnować człowieka. Wszystko zależy, na co się wydaje.

        0
        • Tomek pisze:

          Chciałem odpisać Bilowi, ale Kuneg zrobił to za mnie. Kwadrans temu wróciłem z zakupów właśnie w Biedronce, ale w zeszłym roku kupiłem dwie kawalerki i właśnie poluję na kolejną.

          0
        • Konkret pisze:

          Rozwijając argumenty BiL’a:
          Czyli ktoś kto zarabia powiedzmy 20.000 zł nie powinien kupować chleba za 3 zł… tylko np za 20 zł. Spodnie nie za 100 zł tylko za 500 zł, krem nie za 20 zł tylko za 2000 zł… hmm
          Argumenty z kosmosu…

          A czy te pieniądze pozostałe po zakupach w Biedronce ta osoba zje ??? one znikną ? Jeśli tak to rzeczywiście byłaby strata dla gospodarki ale wydaje mi się, że jednak nie – te pieniądze czy w takiej czy innej formie trafią na rynek – np w formie zakupu drogiego jachtu, mieszkania czy innej drogiej rzeczy.
          Poza tym jak pisałem wcześniej te pieniądze w międzyczasie są zasobem na kredyty dla osób bardziej przedsiębiorczych a więc zysk dla gospodarki będzie nawet podówjny z tych oszczędności.

          0
        • BiL pisze:

          Czesc Kuneg, Robert, Slawek

          Oczywiscie Kuneg/Robert macie racje, ze gdy w koncu wydamy te forse ktora zaoszczedzilismy [(czyli wg naszej optymistycznej wizji przyszlosci ‚zainwestujemy’ aby dzieki temu posunieciu osiagnac lub osiagac zysk, czyli przeciez forse – to pieniadz jest motorem ekonomicznej aktywnosci, stoi on zarowno u poczatku – jako srodek umozliwiajacy podjecie jakiejkowiek dzialalnosci biznesowej, ale jednoczesnie jest tez celem – inwestujemy w nieruchomosci nie po to zeby wynajmowac je ludziom tylko po to zeby osiagac wyrazone w pieniadzu zyski, czy to zwiazane z wzrostem wartosci w czasie, czy comiesieczna forsa z wynajmu)] damy zarobic architektowi, budowlancom, elektrykom etc. i to bedzie fajnie tak jak Kuneg napisalas, zarowno dla nich (zarobia) jak i dla nas (mamy nadzieje, ze dzieki temu ruchowi tez zarobimy, bo jak to z inwestycjami bywa moze byc roznie i mozemy przeciez stracic) :)

          Chodzilo mi po prostu o to, ze czesc wynagrodzen nie skonsumowanych w biezacym okresie (czyli oszczedzonych) zmniejszy wartosc zagregowanych zyskow przedsiebiorstw.

          Slawku, z tego co pamietam z Twoich wpisow to chyba raczej za oszczednosci kupujesz kolejne nieruchomosci, wiec jestes bardziej jak przyklad z wpisu Roberta czy Kuneg. Nie uwazam Cie Slawku za ciemna mase, wrecz przeciwnie. Choc naprawde chcialbym wiedziec co takiego konkretnie w moich wypowiedziach uwazasz za wierutna bujde – moze nie wyrazilem sie gdzies jasno wiec chetnie uzupelnie jesli masz jakies pytania.

          0
        • Sławek Muturi pisze:

          BiL, uważam, że tak jak Kowalscy i Nowakowie, tak i cała gospodarka kraju nie może się wzbogacić poprzez wydatki, tylko właśnie poprzez oszczędności. To oszczędności są źródłem dobrobytu, a nie konsumpcja. Tak jak źródłem zdrowia nie są leki, tylko dobre odżywianie się, regularny sen i uprawianie sportu.

          Takie kraje jak Korea Południowa, Singapur czy Tajwan wydźwignęły się z biedy m.in dzięki temu, że ich współczynnik oszczędzania był bardzo wysoki. Dzięki temu mogli inwestować w infrastrukturę, w tworzenie nowych miejsc pracy, w tworzenie nowych technologii.

          0
      • Konkret pisze:

        Absolutnie zgadzam się ze Sławkiem.
        To co jest dobre na poziomie rodziny jest i zawsze będzie dobre na poziomie społeczeństwa czy Państwa.
        Nikt normalny kto ma problemy finansowe jako remedium na kłopoty nie wydaje jeszcze więcej pieniędzy tylko ogranicza wydatki i skupia się na zwiększeniu dochodów.
        Na poziomie Państwa takie absurdalne pomysły jak BiL napisał zawsze powodują jeszcze większe problemy i kryzysy.
        Proszę zwrócić uwagę, że kiedy ludzie zwiększają oszczędności to zwiększają równocześnie pulę dostępnych środków z których banki mogą udzielać kredytów osobom bardziej przedsiębiorczym którę mogą np stworzyć nowe miejsca pracy. Kapitał wędruje od osób bardziej biernych do osób bardziej przedsiębiorczych co jest zawsze dobre dla gospodarki.
        Wszystko to są naczynia połączone.

        0
        • Sławek Muturi pisze:

          Konkret, argumenty BiL’a – słyszałem je już wcześniej z innych ust – wydają mi się jakąś wierutną bujdą. Jedzmy więcej hamburgerów z fastfoodów i popijamy kolą, bo inaczej zwolnią ludzi. Przy okazji nasze coraz szersze pasy i wątlejące zdrowie napędzi koniunkturę firmom farmaceutycznym, lekarzom, producentom magicznie działających środków odchudzających. I wszyscy będziemy tłuści i szczęśliwi. Będziemy siedzieć przed telewizorami (najnowszej generacji, kupionymi na kredyt by napędzać koniunkturę bankom) i oglądając reklamy kolejnych produktów napędzających gospodarkę, będziemy marzyć o lepszym życiu.

          To jest wizja ludzi, którzy chcą z nas, ciemnej masy, zrobić tępe maszynki do konsumpcji.

          0
        • BiL pisze:

          @Konkret,

          Musze wyprowadzic Cie z bledu, to wartosciowy blog wiec wydaje mi sie, ze warto na to poswiecic kilka minut.

          1. Piszesz, ze ludzie zwiekszajac oszczednosci zwiekszaja pule dostepnych srodkow z ktorych banki moga udzielac kredytow. Niby wydaje sie to sensowne, tylko ze to nie prawda, choc wielu ludzi mysli ze tak wlasnie sie to odbywa.

          W rzeczywistosci wiekszosc pieniadza znajdujacego sie w obiegu we wspolczesnej gospodarce powstaje jako efekt kreacji pieniadza, ktora ma miejsce w akcie udzielenia kredytu przez bank komercyjny.

          Za kazdym razem, kiedy bank udziela kredytu jednoczesnie tworzy odpowiadajacy temu kredytowi depozyt. Ten stworzony depozyt to zupelnie nowa sila nabywcza (bank
          udzielajac kredytu jednemu podmiotowi nie pozbawia „w zamian” nikogo innego zdolnosci do zakupu towarow i uslug). Bledem jest wiec sprowadzanie roli banku do agenta posredniczacego pomiedzy posiadaczem depozytu, a kredytobiorca.

          Musisz zrozumiec, ze przedsiebiorstwa nie generuja pieniadzy – pieniadz, czy to na inwestycje czy na konsumpcje, ma swoje zrodlo albo w kredycie, albo w deficycie budzetu. To sa zrodla zyskow. Firmy zajmuja sie produkcja w nadziei, ze na swoje wyroby/uslugi znajda kupca – sam akt wytworzenia produktu czy wykonanie uslugi nie wykreuje nowych aktywow finansowych.

          Nie mozna porownywac panstwa do gospodarstwa domowego. Panstwo jest monopolista, jednym zrodlem z ktorego pochodzi waluta narodowa. Wyciagnij banknot NBP z kieszeni i poczytaj co na nim jest napisane, kto go wyprodukowal etc. – a teraz zastanow sie co by ‚panstwo’ z Toba zrobilo gdybys wydrukowal taki sam banknot w piwnicy i zostal na tym przylapany przez policje…

          Jesli intersuje Cie kwestia pieniadza w obecnej gospodarce, polecam te publikacje BoE:

          http://www.bankofengland.co.uk/publications/Documents/quarterlybulletin/2014/qb14q1prereleasemoneycreation.pdf

          0
        • Sławek Muturi pisze:

          BiL, banki nie mogą sobie dowolnie kreować pieniądza w postaci kredytów. Jest to ograniczone kilkoma czynnikami, m.in wysokością posiadanego kapitału oraz wysokością utrzymywanych depozytów. Bank może maksymalnie udzielić kredytów w wysokości 9- lub 11-krotności (nie pamiętam dokładnie) zgromadzonych depozytów. Tak więc z każdej złotóki depozytu, bank może udzielić 9 zł (lub 11 zł) kredytu. Więc nie jest to – według mojej ograniczonej wiedzy – aż tak niezależne jak sugerujesz.

          0
        • Robert pisze:

          Ja przede wszystkim uważam, że każdy z nas jako członków społeczeństwa ekonomicznego powinien kierować się swoim interesem, swoimi potrzebami i oszczędnościami. Wtedy gospodarka będzie się miała dobrze. Takie narzucanie odgórne ludziom bogatszym, że mają kupować więcej czy droższe rzeczy tylko dlatego że akurat mają grubszy portfel, prowadzi właśnie do zaburzeń gospodarki, bo promowane nie są innowacje, oszczędność czy ciężka praca, ale taki prymitywny i szybki konsumpcjonizm na pokaz… Jest to wręcz marnowanie cennych zasobów. Przykładowo jak kupię nowego Porsche za 500.000 zł i w ciągu pół roku przejadę nim np. 5.000 km, to po pół roku moje auto będzie warte pewnie z 200.000 zł. Czyli oznacza to, że na moim „luksusie” zmarnowałem jakieś 300.000 zł, te środki niejako znikły. Czy to dobrze dla gospodarki, że w ciągu pół roku zmarnowałem 300.000 zł??? Czy społeczeństwo jako takie będzie bogatsze i szczęśliwsze dzięki temu, że przez pół roku miałem radochę z jeżdżenia szybkim autem, co spowodowało zmarnowanie 300 klocków???

          0
  6. Kuneg pisze:

    Mój tutejszy wpis – telepatyczne spełnienie prośby o podzielenie się moją historią, to dowód na to, że myślimy podobnie. ;)

    Odnośnie mojej „emerytury”, to zastanawiam się, czy usiedzę spokojnie na tyłku w jednym miejscu :D

    A, i jeszcze ważne spostrzeżenie. Zawsze można zaliczyć wtopę. Kwestia tylko, czy człowiek potrafi wyciągnąć sensowne wnioski z porażki i co z tą wiedzą zrobi później. Nadmierna ostrożność za to może doprowadzić do tkwienia w miejscu – czyli zero niezależności finansowej. Ja zawsze miałam plan B i C. Nie ma sytuacji bez wyjścia, ale planowania strategicznego trzeba się nauczyć dość w cześnie, mieć marzenia, wyznaczać na początek drobne cele, realizować plany drobnymi kroczkami, które dadzą uczucie, że jest się ciut bliżej tego dużego celu. Jak się ma marzenia, to podświadomie dąży się do ich realizacji. Człowiek myśli, co by tu zrobići w końcu to robi. :)

    Książki Kiyosakiego przeczytałam dopiero parę lat temu, ale z osobą podobnie postępującą spotkałam się już 16-17 lat temu. To była księgowa w jednej z firm. Miała łatwiejszy start, bo bez kredytów. Ważne, że liczyć umiała. Potem wpadła mi w ręce książka „Na złotej górze” Lisy See – historia pewnego Chińczyka zaczynająca się chyba jeszcze w XIX wieku. Jest to coś jakby saga rodzinna z ekonomią, ciężką pracą na początku i inwestycjami w tle.

    Jednak najważniejsze dla mnie było własne doświadczenie – ciężka fizycznie praca po 12 godzin czasem, niemożność wyprowadzenia się od rodziców, niechęć banków do udzielania kredytów, decyzja o studiach, na które sama zarobiłam… To wszystko dało mi takiego kopa do działania, że wystarczy jeszcze na długo.

    Pozdrawiam wszystkich myślących podobnie oraz umiejących liczyć,
    Małgorzata

    0
  7. BiL pisze:

    @Slawku
    Z calym szacunkiem, ale niestety zle rozumiesz proces kreacji pieniadza przez banki komercyjne. Ja rozumiem, ze mozesz nie wierzyc w to co pisze, ale nie wierzyc oficjalnej publikacji Bank of England ktora pisze o popularnych blednych przekonaniach w tej kwestii ktore wlasnie swoimi wpisami reprezentujesz, jest dla mnie dosc zaskakujace.
    Pozwol, ze wkleje kilka zdan po angieslku z pierwszej strony dokumentu do ktorego podalem linka w poprzednim wpisie.

    • This article explains how the majority of money in the modern economy is created by commercial
    banks making loans.
    • Money creation in practice differs from some popular misconceptions—banks do not act simply as intermediaries, lending out deposits that savers place with them, and nor do they ‘multiply up’ central bank money to create new loans and deposits

    In the modern economy, most money takes the form of bank deposits. But how those bank deposits are created is often misunderstood: the principal way is through commercial banks making loans. Whenever a bank makes a loan, it simultaneously creates a matching deposit in the borrower’s bank account, thereby creating new money.

    The reality of how money is created today differs from the description found in some economics textbooks:
    • Rather than banks receiving deposits when households save and then lending them out, bank lending creates deposits.
    • In normal times,the central bank does not fix the amount of money in circulation, nor is central bank money ‘multiplied up’ into more loans and deposits.
    Although commercial banks create money through lending, they cannot do so freely without limit. Banks are limited in how much they can lend if they are to remain profitable in a competitive banking system. Prudential regulation also acts as a constraint on banks’ activities in order to maintain the resilience of the financial system. And the households and companies who receive the money created by new lending may take actions that affect the stock of money — they could quickly ‘destroy’ money by using it to repay their existing debt, for instance.

    http://www.bankofengland.co.uk/publications/Documents/quarterlybulletin/2014/qb14q1prereleasemoneycreation.pdf

    0
    • Sławek Muturi pisze:

      BiL, masz rację. Odpowiedziałem Ci przed przeczytaniem artykułu (akurat nie miałem możliwości go przeczytać i teraz też nie bardzo mam). Pewnie nie do końca rozumiem mechanizm kreacji pieniądza, choć jedno zdanie z Twoich cytatów wydaje się potwierdzać to co mi się wydawało. Although commercial banks create money through lending, they cannot do so freely without limit

      Ale nie sądzę by mechanizm kreacji pieniądza był w tym wszystkim najważniejszy. Bank centralny posiada inne mechanizmy do sterowania ilością pieniędzy w systemie – może skupować papiery skarbowe, luzować lub zacieśniać regulacje, wreszczie może zrobić qunatitative easing. Do obiegu mogą wejść tony zapisów księgowych dotyczących takich czy innych depozytów.

      Natomiast ważne jest czy damy się wmanipulować w myślenie typu „konsumpcja jest Twoim patriotycznym obowiazkiem. A prawdziwi patrioci to ci konsumujący na kredyt”. I to właśnie taką manipulację nazwałem „wierutną bujdą”. Nie chciałem oczywiście przez to obrazić Ciebie, bo tego typu sformułowania słyszałem już z setek różnych źródeł. Wg mnie prawda jest taka, że to nie pieniądz tworzy bogactwo. W Zimbabwe wprowadzano do obiegu tyle pieniędzy, że powstała hiperinflacja. Drukowano banknoty z 12 zerami, a i tak ich nie starczało.

      Pomimo moich braków wiedzy tu i ówdzie, to nadal jestem przekonany, że to oszczędności tworzą dobrobyt, a nie konsumpcja. Czuję to bardzo mocno, u podstaw logiki życiowej (zanim jeszcze banki zaczęły tworzyć pusty pieniądz). Może pamiętasz książkę o Robinsonie Cruzoe. Gdyby zjadł całą pszenicę, którą znalazł na statku przed zatopieniem, to nie wyrosłoby mu pole pszenicy za parę miesięcy. I pewnie by nie przetrwał na tej bezludnej wyspie. Społeczeństwa, które wszystko przejadają się nie rozwijają. Europejczycy zawdzięczają swój rozwój m.in temu, że starali się robić zapasy na przetrwanie zimy. Nie widzę by fakt wprowadzenia czegoś tak sztucznego jak kredyty czy pieniądz miał cokolwiek zmienić w logice życia.

      0
      • BiL pisze:

        @Slawek
        Jesli przeczytasz kolejne zdania (lub najlepiej caly artykul) to dowiesz sie co ogranicza banki, ale jesli chodzi o nowe kredyty to nie jest to poziom depozytow. Gdyz to nie depozyty kreuja pozyczki (kredyty), tylko pozyczki (kredyty) kreuja depozyty. To jest bardzo istotne w kwestiach ktore poruszamy.

        Pieniadz, drogi Slawku, jest motorem ekonomicznej altywnosci, ludzie w wiekszosci nie chodza do pracy dlatego ze lubia, tylko dlatego ze dostana za wykonana prace pieniadze. Pieniadz umozliwia rowniez podjecie jakiejs dzialalnosci biznesowej, np. zakupu mieszkania na wynajem, ale jednoczesnie jest tez celem – inwestujemy w to mieszkanie nie po to zeby je miec, tylko po to zeby za jego pomoca osiagac zyski wynajmujac go ludziom otrzymujac w zamian co? Oczywiscie pieniadze. Jak widzisz wszystko obecnie kreci sie wokol pieniadza :) A pieniadze w obecnej gospodarce kreowane sa glownie przez banki komercyjne, gdy ludzie sie w nich zadluzaja. Powstaja nowe aktywa i zobowiazania jednoczesnie.

        Dlatego mysle, ze naprawde warto poswiecic troche swojego czasu na zglebienie tych tematow.

        Ja nie namawiam do nadmiernej konsumpcji, jesli juz to ostrzegam przed zmniejszaniem jej na duza skale, tzn. zmniejszaniem jej przez bardzo wielu ludzi jednoczesnie (skala makro) – gdybysmy wszyscy tak robili to mialoby bardzo negatywne konsekwencje zwiazane ze spadkiem przychodow u firm, co w konsekwencji doprowadziloby do zwolnien, obnizek plac, spadku inwestycji etc. A przeciez wszyscy chcemy zeby gospodarka nam sie rozwijala, ludzie sie bogacili itd.

        Wspomniales hiperinflacje w Zimbabwe. Warto zauwazyc, ze we wpolczesnych gospodarkach rozwinietych zjawisko to nie mialo miejsca. Wystepowala ona zawsze tylko w szczegolnych warunkach, np. jako nastepstwo wojny, zamian rezimu politycznego czy szokow podazowych. W Zimbabwe biali ktorzy byli 1% populacji posiadali ponad 70% produktywnej ziemi, gdy Mugabe zaczal odbierac im gospodarstwa (co mozna zrozumiec bo nie chetnie dzieli sie oni z cala reszta spoleczenstwa), ale jak to zostalo zrobione to z ekonomicznego punktu widzenia byla katastrofa. Zalamala sie produkcja zywnosci, bezrobocie wzroslo do ponad 80%, spadla wytworczosc. Bank Centralny kupowal zywnosc z zagranicy uzywajac rezerw zagranicznych, PKB zaczelo spadac 7-8% rocznie. Rzad zaczal drukowac i wydawac pieniadze, ale nie zwiekszal mozliwosci produkcyjnych, bo w tym kraju prawie nic nie bylo, a nikt z zagranicy nie chcial ich bezwartosciowej waluty, bo nic co zagranica moglaby od nich kupic nie produkowali. Obecny problem z jakimi borykaja sie rzady krajow rozwinietych jest jednak zupelnie odmienny – jest to brak inflacji.

        0
  8. BiL pisze:

    @Slawek
    Uwazasz, ze gospodarka bogaci sie przez oszczednosci, ale skad sie biora te pieniadze na oszczednosci, Slawku? Te cyferki na kontach za ktore kupujesz produkty i uslugi. Skad one sie biora? Tak jak pisalem wyzej biora sie z zadluzenia.

    Oszczednosci prywatne netto = dlug publiczny – deficyt obrotow zagranicznych (lub + nadwyzka w obrotach zagranicznych)

    W skrocie, sektor prywatny zanotuje nadwyzke (oszczednosci) jedynie, gdy wystapi deficyt budzetu (nadwyzka wydatkow nad dochodami). Lub odwracajac sytuacje – nadwyzka budzetowa odzwierciedlona jest spadkiem aktywow pienieznych sektora prywatnego. W rownaniu zawsze nalezy oczywiscie uwzglednic bilans obrotow zagranicznych.

    Deficyty budzetowe sa wiec najwazniejszym zrodlem przyrostu oszczednosci sektora prywatnego.

    Ekstrapolacja mechanizmu finansowania budzetu domowego na budzet panstwa jest szeroko rozpowszechniona i mam wrazenie, ze Ty Slawku rowniez wpisujesz sie w te narracje. Wynika to zarowno z naturalnej ludzkiej sklonnosci do generowania obrazu swiata na podstawie wlasnych doswiadczen z zycia, ale co gorsza wizja taka jest podtrzymywana przez media a nawet (naszczescie coraz mniejsza) czesc ekonomistow. Jest ogromna roznica pomiedzy budzetem domowym – uzytkownikiem pieniadza, a szeroko pojmowanym skarbem panstwa – emitentem pieniadza.

    Makroekonomia to nie mikroekonomia

    Przecietny Kowalski nie ma czasu ani cierpliwosci analizowac mechanizmow zjawisk zachodzacych w makroekonomii. Stad z duza doza prawdopododobienstwa zaabsorbuje i zaakceptuje taki przekaz, ktory odwola sie do najprostszych zjawisk ekonomii zycia codziennego. Bedzie to m.in koncept ‚efektywnosci’ czyli maksymalizacji efektow w stosunku do poniesionych nakladow – jedna z najwazniejszych kwestii zarowno dla pojedynczego przedsiebiorstwa, jak i dla budzetu domowego. Bedzie to tez kredyt – ktory trzeba zawsze splacic, a odsetki pogorsza ‚efektywnosc’. Bedzie obrazu dobrego gospodarza, ktory nigdy nie wydaje wiecej niz zarabia. Wszystko to prawda – w skali mikro. W skali makro jest zupelnie inaczej.

    Nie chcialbym robic z tego bloga o nieruchomosciach bloga o ekonomii. Ale uwazam, ze warto sie pochylic na chwile nad logika makro i poswiecic jej kawalek swojego czasu. Moze dojdziemy do wniosku, ze jednak to co wiemy o gospodarce w skali mikro, w skali makro nie ma i nie moze miec zastosowania.

    0
    • Sławek Muturi pisze:

      BiL, dzięki za cierpliwe tłumaczenie mi logiki makroekonomii (nie był to mój ulubiony przedmiot na studiach).

      Twoje równanie wydaje mi się ogromnym uproszczeniem. Chcesz powiedzieć, że w krajach w których nie ma deficytu budżetowego (nie jestem pewien na 100% ale np Norwegia czy Arabia Saudyjska) i które mają nadwyżki w obrotach z zagranicą nie występuje zjawisko oszczędności prywatnych (oczywiście w agregacie)?

      0
    • Konkret pisze:

      @BiL
      Poczułem się wywołany do tablicy. Przemawiasz tu do nas ex cathedra jakby inni nie mieli bladego pojęcia o ekonomii. Osobiście nie lubię tego typu dyskusji.

      Kilka Twoich cytatów (tylko te najbardziej szokujące):

      1) „Piszesz, ze ludzie zwiekszajac oszczednosci zwiekszaja pule dostepnych srodkow z ktorych banki moga udzielac kredytow. Niby wydaje sie to sensowne, tylko ze to nie prawda, choc wielu ludzi mysli ze tak wlasnie sie to odbywa.”

      2) „Musisz zrozumiec, ze przedsiebiorstwa nie generuja pieniadzy – pieniadz, czy to na inwestycje czy na konsumpcje, ma swoje zrodlo albo w kredycie, albo w deficycie budzetu. To sa zrodla zyskow.” (????!!!!!!)

      3) „Uwazasz, ze gospodarka bogaci sie przez oszczednosci, ale skad sie biora te pieniadze na oszczednosci, Slawku? Te cyferki na kontach za ktore kupujesz produkty i uslugi. Skad one sie biora? Tak jak pisalem wyzej biora sie z zadluzenia.” (!!!???)

      4) „W skrocie, sektor prywatny zanotuje nadwyzke (oszczednosci) jedynie, gdy wystapi deficyt budzetu (nadwyzka wydatkow nad dochodami). Lub odwracajac sytuacje – nadwyzka budzetowa odzwierciedlona jest spadkiem aktywow pienieznych sektora prywatnego.
      (…)
      Deficyty budzetowe sa wiec najwazniejszym zrodlem przyrostu oszczednosci sektora prywatnego.”

      ad1. Tak jak pisał Sławek i ja z tym się zgadzam – banki nie mogą „wyprodukować” dowolnej ! ilości kredytu – są ograniczone systemem rezerw cząstkowych.
      Przykładowo – czy jak dziś założę bank i mam w deoizytach zero złotych to znaczy że jutro mogę dać kredyty na milion złotych ??? MOgę dać dokładnie na zero złotych !
      Depozyty będą stanowiły obowiązkową rezerwę odprowadzoną do NBP jak zabezpieczenie i bez nich nie da się udzielić kredytu.
      Kwestia ilości czy mnożnika – jest on dość wysoki i z 1000 zł można udzielić teoretycznie około 32000 zł kredytów (polecam obejrzeć/przeczytać prezentacja w tym temacie na stronie NBP). Jest to duża ilość.

      ad2. To już jest absurd sam w sobie. Kredyt lub deficyt jest źródłem zysku ?? !!

      Kredyt mądrze zainwestowany może pomóc w osiągnięciu większych zysków czyli działa jak dźwignia ale nie jest niczym innym jak tylko pożyczeniem pieniędzy od samego siebie z własnych przyszych przychodów + odsetki oczywiście.
      Jeśli ktoś ma mądry pomysł jak wykorzystać te pieniądze teraz aby w przyszłosci przyniosły większy zysk niż odsetki z niego to OK. Ale pożyczenie pieniędzy na auto osobowe za kilkaset tysięcy zł tylko po to aby poszpanować na osiedlu czymś takim nie jest. Jest zła alokacja zasobów co w przyszłości zemści się na danej osobie jak poczuje ciężar rat.

      Czy np osoby które zainwestowały na górce cenowej w mieszkania znacznie powyżej rozsądnej ceny pomogły gospodarce ??? Bujają się z kredytami czasem nawet 1,5 – 2 krotnie większymi niż wartość ich mieszkań – przez to nie mogą wydać tych pieniędzy np na wakacje, ciuchy, naukę etc – czy to pomaga gospodarce czy szkodzi ?

      Co do deficytu to jest znacznie bardziej groźny bo obciąża od razu przyszłe pokolenia ! Kredyty rządowe najczęściej są właśnie bez końca rolowane – to jest domek z kart i tylko czekać aż ktoś powie „sprawdzam”

      0
      • Konkret pisze:

        ad3. Skąd się biorą te cyferki ??? Z naszej pracy a nie z „kreowania”, drukowania czy czegokolwiek inneg ! Skąd się biorą takie pomysły że z czegoś innego ??

        Muszisz zrozumieć że ilosć pieniądza w gospodarce nie zwiększa bogactwa ! Gdyby tak było to pan W. dałby wszystkim po 100 milionów i co … ? bylibyśmy teraz wszyscy bogaci :) ? Zapewne…
        Scenariusz byłby prosty – pierwsi „wydawacze” zyskaliby bo kupiliby rzeczy w cenach jak były do tej pory ale im dalej w las… tym ceny wyższe. Gospodarka zawsze dostosuje się do ilości pieniądza w obiegu (polecam przykłady Republiki Weimarskiej, Zimbabwe etc) . NIkt nie oszuka niezmiennych praw ekonomicznych. NIkt z ludzi ich nie wymyślił – tak działa świat.

        Widzę tu pewne pomieszanie pojęć szczególnie co do tego CZYM jest a czym nie jest pieniądz.
        Pieniądz jest tylko nośnikiem wartości naszej pracy ! PIeniądz nie jest i nigdy nie był źródłem bogactwa – źródłem bogactwa jest, była i będzie praca czy to umysłowa czy to fizyczna i oszczędności – właśnie to o czym pisze Sławek !
        Bogactwo tworzą osoby wnoszące coś do społeczeństwa : produkując przedmioty lub świadcząc usługi.
        Kiedyś wymiana jak wszyscy wiemy była barterowa ale aby to uprościć wymyślono pieniądz. Tak jest po prostu łatwiej niż biegać z jajkami aby je wymianiać za buty itd.
        Przykład:
        Ja otrzymuję zapłatę za swoją pracę (pieniądze reprezenutują mój czas i wysiłek umysłowy który dałem pracodawcy) a potem kupuję za to np buty czyli de facto wymieniam po prostu własną pracę (pieniądze które reprezentują wartość mojej pracy) na inne przedmioty.
        OSoba przyjmująca pieniądze zrobiła dokładnie to samo tylko w drugą stronę – wymieniła swoją pracę (tu: buty) na pieniądze które teraz reprezenutją wartość tejże pracy.
        Nie ma bogactwa bez prac i nigdy nie było.

        ad4. Sektor prywatny zanotuje nadwyżkę tylko jeśli wystąpi deifcyt ?? Aż się boję zapytać co to za szkoła ekonomiczna…
        Czyli zanim wymyślono deficyt budżetowy sektor prywatny nigdy nie miał nadwyżki ?? hmm ciekawe…
        Pozostawię bez komentarza.

        Szokujące jest dla mnie upatrywanie bogactwa i rozwoju w działaniach rządów. Jest to prosta droga do kryzysów jak w latach 20 – 30 w USA.
        Polecam w tym temacie kilka książek spoza nurtu keynesizmu.

        0
        • Konkret pisze:

          @ BiL
          Równanie o oszczędnościach,deficycie obrotów zagranicznych i długu publicznym po prostu poraża.

          Powiedz mi co ma do oszczędności różnica in plus lub in minus w deficyt obrotów zagranicznych?

          Państwo generalnie nie zajmuje się exportem (może poza bronią i innymi kilkoma wciąż panstwowymi domenami). Exportem i importem zajmują się prywatne firmy. Znam to z własnego podwórka.
          Jeśli firma ABC wyexportuje drewno o wartości powiedzmy milion złotych (dostanie zapłatę powiedzmy w euro) a inna firma XYZ zaimportuje kokosy za 1.200.000 złotych (i zapłaci także równowartość w euro) to z tego wynika jakaś strata dla gospodarki ?
          Firma ABC zarabia na marży załóżmy 10 % tego kapitału a firma XYZ też zarobi na sprzedaży kokosów załóżmy 10 czy 15 %. Każda z tych firm zarabia. Różnica między ceną zakupu i sprzedaży tych produktów za granicą wynosiła 200.000 zł. Czy to jest jakakolwiek strata ? Może ktoś zamiasat jabłek kupi kokosy, no cóż w kolejnym roku producent jabłek przerzuci się na inne owoce aby skusić klienta. Nic wielkiego.

          Ludzie od zawsze sprowadzali niedostępne u siebie towary z zagranicy i nikt kupców nie pytał jaki jest bilans w handlu zagranicznym jak przywozili wanilię, pieprz i inne przyprawy.
          Teraz świat stanął na głowie.

          Szczerze powiem że Twoje wpisy roją się od takich ekonomicznych absurdów i przesądów że możemy dziękować niebiosom że tylko część polityków w to wierzy bo zgotowaliby nam tu drugie Zimbabwe albo Republikę Weimarską.

          0
  9. piotr pisze:

    zgadzam się z BiL, że to co działa na poziomie mikro, może nie być pożądane na poziomie makro i że to co oczywiste w życiu, w ekonomii jest bardziej skomplikowane- ciekawy artykuł dość długi ale warto poczytać, pzdr http://forsal.pl/drukowanie/888620

    0
  10. Kuneg pisze:

    BiL (i inne osoby, które myślą podobnie), podsycanie konsumpcjonizmu daje krótkotrwały efekt wzrostu gospodarczego, ale na dłuższą metę to popyt inwestycyjny napędza gospodarkę, bo łańcuch powiązań jest bardziej skomplikowany i dłuższy. Nie zmienia to faktu, że oba te popyty powinny być w miarę w równowadze, żeby w gospodarce dobrze się działo. Coś, co zostało wyprodukowane, musi zostać kupione przez konsumentów, żeby sprzedający strat nie odnotował. Z kolei zbyt mało produktów na rynku grozi wzrostem cen i importem, czyli zarobi ktoś inny. Do relacji producent – konsument zazwyczaj wtrąca się państwo pobierając podatki i cła. Dodrukowywanie pieniądza też ma miejsce, gdy łatanie dziury budżetowej rozsądnymi metodami nie daje efektu. To napędza inflację z kolei, bo luźny pieniądz na rynku jest chętniej wydawany, a to znów korci do podnoszenia cen… i tak dalej… Nie da się tego streścić w kilku słowach.

    Obecnie są niskie stopy procentowe. To skłania do zaciągania kredytów, nie tylko konsumpcyjnych. Nie ma bowiem sensu trzymać forsy na koncie, bo oprocentowanie, jak dojdzie do 3%, to jest bardzo dużo. Od tych odsetek należy jeszcze odliczyć podatek. Z kolei oprocentowanie kredytu inwestycyjnego jest kosztem, który pomniejsza podstawę opodatkowania. Czy nie ma tutaj wskazówki, czego sobie życzy nasze Państwo i te wszystkie tęgie głowy, które nad tym myślały? ;)

    Państwo ma wiele narzędzi do sterowania gospodarką, nie tylko poprzez politykę monetarną, czy za pomocą banku centralnego. Jest jeszcze polityka fiskalna i inwestycje publiczne. Oczywiście nie da się analizować sytuacji państwa w oderwaniu od handlu międzynarodowego. W tym kontekście można stosować analogię do gospodarstwa domowego, choć będzie to w uproszczeniu.

    Cała sztuka polega na tym, żeby kupować, a nie rujnować się. Pieniądz musi krążyć w gospodarce i z tym się zgadzam. Nie zgadzam się natomiast z tym, że pieniądz ma być przehulany. Ile forsy mam przejeść i przepić, i ile zbędnych ciuchów zdołam upchnąć w szafie? Czy inwestując przestanę jeść, pić, kupować ciuchy i jeździć na wakacje? Ano nie przestanę. Odsunę je tylko w czasie co najwyżej na moment, gdy będę się czuła bezpieczna.

    Z drugiej strony jak długo będę potrzebna w firmie, w której pracuję? Jak długo zdrowie pozwoli mi dotrzymać tempa młodszym ludziom? Jak się firmie nie będzie opłacało trzymać podstarzałej pani na etacie, to się ze mną pożegna bez sentymentów. I z czego będę konsumowała? Stanę się kulą u nogi dla systemu, który też będzie chciał się mnie pozbyć, bo nie będę płaciła podatków i będę wyciągała rękę po zasiłki. :(

    Chcę być bezpieczna, chcę zarabiać i płacić podatki, a nie wyciągać w przyszłości rękę po jałmużnę. Wybieram inną drogę. Z uśmiechem myślę o momencie, gdy firma, w której pracuję, przestanie być potrzebna mnie i to ja będę mogła pożegnać się z nią bez sentymentów :)

    Pozdrawiam wszystkich, co chcą płacić podatki do końca życia :)
    Małgorzata

    0
  11. BiL pisze:

    @Robert
    Moim zdaniem po prostu Ci ktorzy maja grubszy portfel, maja tez wieksza odpowiedzialnosc za losy tego swiata i tych ktorzy maja chude portfele. Wielu z nich zdaje sobie sprawe z tego, ze zeby oni mogli zarabiac, to inni musza miec co wydawac. A jesli sami ‚siedza’ na setkach milionow, ktore zamiast krazyc z rak do rak leza w sejfie od lat, to naprawde nic dobrego z tego dla gospodarki nie wynika, wrecz przeciwnie.

    Co do przykladu z Porsche ktory podales, ktore wedlug Ciebie jest marnowaniem cennych zasobow.

    W jaki sposob te zasoby sie niby marnuja? Kupiles Porsche, bo bylo Cie na nie stac i miales taka potrzebe – cena byla ustalona – zaakceptowales ja – chwala Ci za to, ze je kupiles (zakladam, ze jestes b bogaty), a nie bedziesz trzymal tych 500tys w sejfie przez kolejne np. 5 lat.

    Piszesz, ze Twoje Porsche stracilo na wartosci i pieniadze zostaly zmarnowane, bo auto jest juz warte tylko 200tys – czyli znowu patrzysz na gospodarke z perspektywy wlasnej kieszeni (skala mikro), nie dostrzegajac skali makro – otoz 500tys ktore wydales na Porsche, gdy je kupiles, trafily do firmy ktora Ci je sprzedala (w koncu wyprodukowala to auto po to zeby je sprzedac), pewnie jakis bonus dostal sprzedawca, byc moze z powodu zwiekszonego popytu wzrosnie produkcja i zatrudnienie – tak, przylozyles sie do tego zakupem auta. Gdybys trzymal kase dalej w sejfie, historia ta by nie miala miejsca.

    To, ze auto z czasem traci na wartosci jest normalna sprawa, cale szczescie sa ludzie ktorzy kupuja nowe auta, a dlatego ze sa tacy ludzie nowe auta sa produkowane a miejsca pracy potrzebne.

    0
  12. BiL pisze:

    @Konkret

    Widze po Twoich komentarzach, ze zupelnie nic z tego o czym pisze nie zrozumiales. Moze moje pozniejsze wpisy, ktore niedawno sie pojawily pomoga ci zrozumiec kwestie o ktorych pisze. Ale watpie.

    Jesli bedziesz chcial to zapoznaj sie z artykulem BoE na ktory podalem namiary, a ktory porusza sprawe rowniez rezerwy czastkowej. A jesli jestes naprawde zainteresowany tematem, to ten artykul rowniez powinienes przeczytac:
    http://www.businessspectator.com.au/article/2012/10/22/commodities/myth-money-multiplier

    Konczac, jak dla mnie mozesz sobie wierzyc w to, ze pieniadz (te cyferki na koncie) bierze sie z pracy, bo w koncu za prace ktora wykonales dostajesz pieniadze. Perfekcyjnie logiczne – problem ktorego nie dostrzegasz (lub po prostu pomijasz wierzac chyba w jakas magiczna nadprzyrodzona moc ktora po wykonaniu przez ciebie pracy dopisuje na twoim koncie kwote na jaka umowiles sie z szefem) jest taki, ze zeby ten pieniadz zostal przelany na twoje konto z konta firmy dla ktorej pracujesz musi istniec. Co wiecej musi byc na koncie firmy dla ktorej pracujesz zanim zostanie przelany na twoje konto, a na konto firmy tez musial skads trafic. Idac dalej tym tropem dochodzimy do kwestii skad w ogole bierze sie pieniadz, o ktorych pisalem. Nie zrozumiales tego OK – ja przechodze nad tym do porzadku dziennego.

    0
    • Sławek Muturi pisze:

      BiL, widać nie wszyscy mają Twoją przenikliwość oraz głęboką wiedzę (łącznie ze mną oczywiście). Ale jednak proponuję mniej szyderczy ton, który nie przystaje do kultury dyskusji na łamach fridomii.

      Ja w każdym razie, nawet jeśli masz rację, zamierzam dalej propagować życie PONIŻEJ swoich możliwości finansowych. Niech inni konsumują na maksa by – według Ciebie – napędzać gospodarkę. A Fridomiacy niech budują swoją indywidulaną wolność finansową. Wierzę też, że więcej osób wolnych finansowo będzie też oznaczać większą liczbę szczęśliwych Polek i Polaków. Może uznasz to za samolubne, ale nie bardzo jestem przekonany, że źródłem całego dobra gospodarczego jest konsumpcja. Dziś, na maksa, na kredyt. Natomiast spodziewam się, że część osób po osiągnięciu wolności finansowej zechce się zaangażować w działalność charytatywną, w pomoc innym. I to będzie prawdziwe źródło dobra.

      0
      • BiL pisze:

        @Slawek
        Przepraszam jesli kogos urazilem. Masz racje pewnie nie potrzebne bylo to wbicie ostatniej ‚szpilki’ koledze Konkretowi, ale naprawde chcialem juz zakonczyc ten temat mikro- makro na dobre. Juz naprawde nie bede ciagnal tej rozmowy o ekonomii, bo zbyt bardzo odbiega to od tematyki bloga.

        Inni uzytkownicy, wlaczajac Ciebie pytali, wiec odpowiadalem.

        Jesli ktos zrozumial, ze moim celem jest naganianie na konsumpcje za wszelka cene to zle mnie odebral. Sam droge inwestowania w nieruchomosci uwazam za wlasciwa w celu osiagniecia wolnosci finansowej, i juz powoli tez na te droge wchodze.

        Propnuje moze zmienic temat na obecne wydarzenia w Polsce, czyli prezydencka ustawe o frankowiczach, szczegolnie w kontekscie nieruchomosci z LTV powyzej 100% i mozliwosci oddania kuczy bankom i pozbycia sie nieruchomosci:
        http://m.pb.pl/4423595,97162,armia-frankowiczow-moze-rzucic-klucze?dimension=667

        Napewno nie tylko ja jestem ciekawy Twojej opinii.

        Pozdrawiam i jeszcze raz przepraszam wszystkich ktorzy poczuli sie jakos dotknieci moim szyderczym tonem w niektorych odpowiedziach.

        0
        • mnm pisze:

          @BIL
          Idąc Twoim tokiem rozumowania. Jeśli spali mi się dom to jest ekonomiczne (i nie tylko) nieszczęście w mojej mikroskali. Załóżmy jednak, że dom był ubezpieczony – to już trochę mniejsze nieszczęście.
          Natomiast jeśli spojrzymy na to z perspektywy makroskali, to właściwie pozytywne zjawisko, bo pieniądze z ubezpieczenia wydam na odbudowę domu. Pożar zainicjował więc obieg pieniądza – zarobi przy tym sporo osób. Zgadzasz się?

          0
    • Konkret pisze:

      @BiL
      NIe czuję się urażony. Ktoś kto nie zgadza się z moimi poglądami samym faktem że czegoś nie rozumie nie może mnie obrazić.

      Pozwoliłem zapoznać się ze większością materiałów które podlinkowałeś i powiem szczerze że takich absurdów dawno nie czytałem i nie słuchałem.

      Pozwolę sobie napisać, że widzę, że praktycznie nic z tego co ja z kolei napisałem ani inne osoby nie zrozumiałeś.
      Ja też pozwolę więc sobie skromnie polecić lektury takich autorów jak: Mises, Gilder, Hayek, Rothbard i innych

      A na końcu komentując Twój tekst:
      „Konczac, jak dla mnie mozesz sobie wierzyc w to, ze pieniadz (te cyferki na koncie) bierze sie z pracy, bo w koncu za prace ktora wykonales dostajesz pieniadz”

      Osobiście szokują mnie tego typu poglądy ale nie obrażają. GDybym to słyszał na wykładach lat temu 30 – 40 to bym się nie zdziwił ale teraz jest to zaskakujące.

      Więc na koniec: Cyferki na moim koncie nie są TYLKO cyferkami ale przedstawiają pieniądze które z kolei są nośnikiem wartości mojej pracy. Równie dobrze mogłbym je dostać od pracodawcy w gotówce. NIe jest istotne w jakiej formie je otrzymuję.

      To prawda że wcześniej na koncie firmy muszą być te pieniądze ale niby skąd je firma ma ?? Z nieba jej spadło ? Firma też musi zarobić te pieniądze czyli ma je za swoją z kolei pracę. Firma która przelała pieniądze mojej firmie też ich nie otrzymała w paczce z Marsa tylko sama też zarobiła na zyskownej sprzedaży swoich produktów lub usług itd itd

      Pieniądze są, były i zawsze będą nośnikiem wartości pracy. A rynek zawsze dostosuje ceny do ilości wypuszczonego w obieg pieniądza czy to będzie cash czy kredyty.

      Jeśli ja zapłacę komuś 100 zł za usługę to niby czym ja mu zapłaciłem ? Ano swoją pracą, ja otrzymałem te 100 zł z kolei od innej osoby która też je zarobił swoją pracą itd

      JAkiekolwiek manipulacje ilością pieniądza w gospodarce oraz stopami procentowymi zawsze odbijają się czkawką i złą alokacją zasobów co powoduje tylko kryzysy.

      Polecam zapoznać się z materiałami spoza nurtu keynesizmu bo te teorie już dawno zostały obalone przez ekonomistów.

      0
      • mnm pisze:

        @Konret
        Myślę, że powinniśmy kilka kwestii wyjaśnić dla osób, które nie interesują się pieniądzem i nie kojarzą koncepcji Keynesa, czy austriackiej szkoły ekonomii.
        @BIL pisze o jabłkach, a Ty o gruszkach – niby to i to owoc a jednak… Obaj macie rację. @BIL pisze o pieniądzu fiducjarnym i mechanizmie jego kreacji. Z tym, że @BIL chyba nie widzi jak na przestrzeni wieków system ten został wypaczony, albo wg niego nie ma w tym nic złego. W rezultacie mamy ujemne stopy, albo giełda w stanach rośnie po publikacjach słabych danych, bo to oznacza że FED będzie zmotywowany do dalszego luzowania itp…
        @Konkret, Ty natomiast operujesz wyobrażeniem pieniądza jako najbardziej płynnego towaru w obiegu gospodarczym.. czymś takim był jeszcze 100 lat temu, bo był złotem albo srebrem. Dzisiejszy pieniądz, który nosisz w portfelu to weksel. Banknot 100 zł jest wart 100 zł bo powstał on w momencie kiedy ktoś, gdzieś, w jakimś banku podpisał zobowiązanie, że bierze kredyt w kwocie X i odda 100 zł. Wszystkie banknoty w obiegu i cyfry na kontach są oparte na czyimś kredycie. Rodzi to wiele ryzyk… @BIL jeśli coś źle napisałem, to mnie popraw, proszę.
        @Konkret, o pieniądzu fiducjarnym można krótkoterminowo myśleć Twoim sposobem, ale musisz się pogodzić z tym, że nie jest on już oparty na złocie i sposób jego kreacji rodzi sporo ryzyk, które długoterminowo trzeba brać pod uwagę. A Fridomiacy z definicji myślą długoterminowo ;)

        0
        • Sławek Muturi pisze:

          mnm, dzięki. Czekałem właśnie na głos, który wprowadzi nieco jasności i pomoże nam zrozumieć różnice w myśleniu keynsistowskim i austriackim. Zapytam Ciebie – czy to źle, że propaguję życie PONIŻEJ swoich możliwości finansowych, kontrolowanie konsumpcji? Oszczędzanie, inwestowanie i budowanie wolności finansowej? Jakoś trudno jest mi sobie wyobrazić by miało to nam zaszkodzić.

          Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nawet przy staraniu się na 120% i tak nie przekonam wszystkich Polek i Polaków do osiągnięcia wolności finansowej. Fridomię osiągnie tylko garstka. Z drugiej strony, pewnie i tak wszyscy nie daliby rady jej osiągnąć no bo pewnie w którymś momencie zabrakłoby nam imigrantów do zamieszkania w naszych mieszkaniach na wynajem (choć Fridomiacy mogliby się przecież w którymś momencie przerzucić na zakup i wynajem biur, lokali w centrach handlowych, czy wreszcie kupować nieruchomości na wynajem za granicą).

          0
  13. mnm pisze:

    Sławku IMvHO Keyensistowska ekonomia to jak hodowanie kurczaków na sterydach.. co kto lubi. Nie mam pojęcia czy taka ekonomia zakończy się jednym dużym krachem, czy może będzie powodować kryzysy zadłużenia od czasu do czasu. A może znowu ją jakoś zmodyfikujemy, może ujemne stopy to ta modyfikacja? Od kilku lat staram się pojąć mechanizmy kreowania pieniądza i wciąż mam poczucie, że niewiele wiem. Krok po kroku przez tysiące lat doszliśmy od barteru do bardzo skomplikowanego systemu.

    Czy gdybyśmy dzisiaj spowodowali zniknięcie wszystkich banknotów, bilonu i zapisów księgowych w bankach to przestalibyśmy pracować i czekalibyśmy na śmierć bo sparaliżowałby nas brak obiegu pieniądza? Wg mnie szok potrwałby kilka-kilkadziesiąt godzin, a później wszyscy wracamy do pracy i zaspokajania potrzeb wszelakich. Ekspresowo przerobimy całą historię od nowa: barter>kruszce>papierowe kwity.

    Pieniądz ma być tylko narzędziem ułatwiającym wymianę. Bez urazy ale wg mnie @BIL fetyszyzuje pozytywną rolę kreatorów pieniądza w gospodarce. Wg mnie banksterzy zakłócają normalny rozwój gospodarczy, starając się kreacją regulować pewne parametry.

    Uważam, że życie poniżej możliwości finansowych to błogosławieństwo. Cieszę się, że moi rodzice (nieświadomie) wpoili mi tę umiejętność. Dzięki niej nie mam pokusy przejadania dużego kapitału, którym zarządzam. Cieszę się też, że moja Żona podziela takie podeście do wydatkowania ;) Niekiedy poruszam się samochodem tańszym niż mają moi pracownicy – nie widzę w tym nic zdrożnego, a czasem powoduje to śmieszne sytuacje ;) Szacuję, że miesięcznie moja rodzina konsumuje niewiele wyższe lub podobne kwoty do rodzin moich lepiej uposażonych pracowników.
    Uważam, że im więcej niezadłużonych (zwłaszcza konsumpcyjnie) rodzin i firm tym stabilniejsza gospodarka.

    Moim zdaniem nie ma sensu przekonywać czy namawiać do koncepcji fridomii. Trzeba tylko uświadamiać, że jest coś takiego, jakie ma zalety i jak można osiągnąć. W tym chyba masz za mało luzu Sławku. Zainteresuje się tym kilka procent społeczeństwa, kilkadziesiąt procent z nich się przekona do tego, kilkanaście procent z nich uda się osiągnąć cel – myślę, że to bardzo optymistyczny scenariusz.
    Ale trzeba stąpać twardo po ziemi i zaakceptować, że reklamy którymi jesteśmy bombardowani wpajają nam coś odwrotnego – konsumuj tu i teraz nawet to co wypracujesz przez resztę życia. I to one przekonają większość społeczeństwa.
    A z trzeciej strony jest ogromny odsetek ludzi, którzy chcą pracować i nie traktują tego jak zło konieczne, oni naturalnie, bez negatywnych emocji odrzucą fridomię jako nieatrakcyjną ideę.

    Myślę, że o wiele bardziej użyteczną koncepcją dla przeciętnego zjadacza chleba jest życie poniżej możliwości finansowych. Już na pierwszy rzut oka wydaje się dużo łatwiejsza do zrozumienia i do wdrożenia. A nabycie tej umiejętności naturalnie powodowałoby zainteresowanie fridomią jako jednym z ewentualnych pomysłów na spożytkowanie wygenerowanych nadwyżek finansowych.

    0
    • Sławek Muturi pisze:

      mnm, może rzeczywiście masz rację, że wystarczy uświadamiać, a nie przekonywać. Myślałem, że tak właśnie robię, ale widać idę o krok za daleko. Postaram się cofnąć o ten jeden niepotrzebny krok.

      Nadal oczywiście będę się starał dotrzeć do jak największej liczby osób z informacją o tym czym jest fridomia i jakie są jej zalety. Na tym polega moja osobista misja. Część z osób zrobi z tej informacji jakiś pożytek, cześć ją odrzuci – jak piszesz – jako nierealną czy mało atrakcyjną. I to jest ok.

      Wolę być drogowskazem (dużo fajniejsza fucha) niż policjantem nakazującym jazdę w tę czy w inną stronę. Drogowskaz informacyjny nie odbiera ludziom prawa wyboru kierunku jazdy czy też celu podróży. Każdy niech się realizuje na własny sposób.

      0
    • Konkret pisze:

      @mnm
      I pod tym wszystkim co piszesz w ostatnim poście podpisuję się obiema rękami .
      Też uważam, że fetyszyzowanie bankierów i ekonomistów manipulujących ilością pieniądza w obiegu, deficytem, długiem publicznym etc tylko zaburzają naturalne procesy ekonomiczne w gospodarce.

      Nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak te eksperymenty odbiją się na gospodarce ale obawiam się że będziemy świadkami w przyszłości coraz to bardziej gwałtownych kryzysów.

      Ja też trzymam się zasady „Żyj poniżej swoich możliwości finansowych” oraz powoli buduję swoją WF i wiele zawdzięczam w tym temacie Sławkowi zarówno jeśli chodzi o blog jak i osobiste spotkania na wykładach czy rozmowy w kuluarach. I z tego miejsca wielki ukłon w Twoją stronę Sławku. Do tej pory mało się udzielałem na blogu choć czytuję już go sporo lat.

      Sądzę, że zawsze w życiu należy kierować się zdrowym rozsądkiem. Takie podejście jest zawsze w zgodzie z nami.

      0
      • Sławek Muturi pisze:

        Konkret, dzięki za ciepłe słowa pod moim adresem. Cieszę się, że mogłem być drogowskazem na Twojej drodze do wolności finansowej i trzymam kciuki za jej realizację. Dzięki Ci też za uaktywnienie się na fridomii. Dzięki Twoim wpisom blog staje się żywszy, ciekawszy, daje bardziej pełny obraz poszczególnych zagadnień. Zapraszam do kontynuacji Twojej aktywności. Dzięki też za celne uwagi – ja też bardziej wierzę w zdrowy rozsądek niż w inżynierię finansową.

        0

Dodaj swój komentarz:





Chcesz, aby koło Twojego komentarza pojawiła się Twoja ikona lub zdjęcie?
Kliknij tutaj i dowiedz się jak to zrobić.

Powiadom znajomego o tym wpisie:

E-mail *
Wpisz wiadomość
Subskrybuj komentarze do tego wpisu

NAJBLIŻSZE SPOTKANIA FRIDOMIACZEK

I FRIDOMIAKÓW

6 kwietnia 2019 r. (sb), Warszawa, Six Seasons Wilanów; Warszawskie Forum Nieruchomości (w tym wykład Sławka =)

11 kwietnia 2019 r., Poznań – prezentacja „Czy to jest dobry czas na inwestycje w nieruchomości” – spotkanie Global Investor Club (miejsce do potwierdzenia)

29 maja 2019 r., środa – godz 19:00; live na profilu FB Sławek Muturi oraz – równolegle – webinar (konieczna wcześniejsza rejestracja). Szczegóły bliżej terminu.

Dlaczego info z tak dużym wyprzedzeniem? Bo będzie to już 10-ta (!!!!!!!!!!) rocznica mojego przejścia na wcześniejszą emeryturę:-). Choć będę tego dnia gdzieś w podróży po Afryce, to chciałbym byśmy się spotkali – choćby wirtualnie – przy kieliszku wina lub butelce piwa:-)

 

 

Social media:

Archiwum - miesiąc po miesiącu

Najwyżej cenione

Le Figaro: średnie ceny mieszkań wzrosły 22-krotnie !!!

We wczorajszym numerze francuskiego Le Figaro (5 października 2010 roku) ukazał się artykuł poświęcony średnim kosztom kredytów hipotecznych we Francji na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Otóż okazuje się, że według badań Credit Logement/CSA  we wrześniu średni koszt wynosi 3,3%, a więc istotnie mniej niż 5,15% w grudniu 2008 roku i są obecnie najniższe od .... 65 lat!!! W sierpniu br średnia stawka wynosiła 3,4%. Miesięczna rata spłacana przez kredytobiorców jest obecnie ok 10% niższa niż przy kredycie [...]

Najnowsze komentarze

  • Jan Dziekonski: Widzę, że niechcący wywołałem dyskusję o micie „W małżeństwie łatwiej i bezpieczniej” ;P
  • TX: Ona też ma sporo do stracenia jak coś pójdzie nie tak i na przykład zostanie sama z niepełnosprawnym dzieckiem....
  • Alek: Z żoną mieszkałem parę lat w za dużym mieszkaniu poza centrum. Sprzedaliśmy i przenieśliśmy się do najmowanego...
  • JacekP: Nie mam i nie zamierzam mieć. Małżeństwo jakoś nie specjalnie kojarzy mi się z wolnością. Jestem zdania, że...
  • Kuneg: Ze co??? Było się nie żenić i nie narzekać na żony! ;) :D
  • Jan Dziekonski: Widzę, że to wszystko przez żony – ja się rozwiodłem i od razu przeszedłem na tryb wynajmu ;)...
  • Sławek Muturi: TX, oczywiście nie odnosiłem tych słów do Ciebie:-) Z tego co mi się wydaje, to z Twoim portfelem M na...
  • Piotrek: To jest dobra uwaga. Ja miałem już 6 mieszkań na wynajem przed tym jak kupiłem mieszkanie dla siebie. I to...
  • Lukasz: JacekP: a masz żone? :)
  • JacekP: Chyba podobnie myślimy. Ja również mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu. Swoje sprzedałem i kupiłem za nie 4...
  • TX: Sławek, mam nadzieje, że nie chcesz mi przez to oględnie powiedzieć, że jestem upierdliwym klientem Mzuri ;)
  • Sławek Muturi: Jacek, dzięki za ciepłe słowa pod adresem Mzuri oraz za podzielenie się swoimi błędami i przestrogami....
  • Sławek Muturi: Artur, dzięki za doprecyzowanie. TX, rzeczywiście czasami pojęcie „wtopy” jest względne...
  • Artur Kaźmierczak: Tomku, wygrałbyś ten zakład :) Oczywiście płacimy w transzach: zaliczkę a następnie za wykonane...
  • JacekP: Tomku, Dziękuję za radę. Ja dałem zaliczkę na wykonanie części robót i kupno materiałów. Mieszkam 900 km od...
  • Tomek: Wydaje mi się, że opisywany problem wynikł głównie z zapłacenia z góry firmie budowlanej, moje doświadczenia...
  • JacekP: Sławku, Dokładnie takie obawy miałem przed nawiązaniem współpracy z tą osobą- że jest to pojedyncza osoba bez...
  • Artur Kaźmierczak: Ja sobie nie przypominam, byśmy odkupywali mieszkanie od inwestora z powodu „wtopy”....
  • Sławek Muturi: Agnes, dzięki za kolejny mit. To dość popularny mit, dzięki. Niestety nie pamiętam czy już mamy go na...
  • TX: Sławku, a co takiego było w mieszkaniu nie tak, że okazało się niewypałem? Co może z mieszkaniem być aż tak...

Najnowsze wpisy

created by Water Design