O podejmowaniu decyzji

Podejmowanie decyzji jest trudne. Zwłaszcza teraz – w czasach nadmiaru opcji i możliwości (paskudny Internet) oraz ogromu narzędzi do ich porównywania i oceny. Wybór samochodu, kierunku wakacyjnego, restauracji, czy nowej pary spodni staje się gehenną wielu godzin poszukiwania, analizy i podejmowania decyzji. Do tego dochodzą poradniki, podręczniki, szkolenia, czy rady rodziny, znajomych i internetowych ekspertów od wszystkiego.

Nie inaczej jest z podejmowaniem decyzji biznesowych, zwłaszcza inwestycyjnych. Wielu początkujących Inwestorów, których znam, zastanawia się miesiącami nad zakupem mieszkań (czy to dobry moment, czy ceny nie spadną, czy to dobra okazja, czy się wynajmie), mnożąc wątpliwości, a w efekcie nie podejmując żadnej decyzji. Stoją w miejscu.

Liczne firmy stoją w miejscu, bo ich właściciele lub Zarządy wykonują dziesiątki analiz, testów, czy pilotaży, żeby mieć pewność, czy dana inwestycja lub decyzja biznesowa jest zasadna. Zamiast po prostu ją podjąć, bo pewności nigdy na 100% nie będzie, to czekają, a okazje w tym czasie uciekają lub zagrożenia stają się faktem (o tym ciekawy wywiad Tima Ferrisa ze współzałożycielem funduszu private equity Oaktree, Howardem Marksem – LINK).

Jak poszukiwałem pierwszej kamienicy do zakupu przez Mzuri w 2013 roku, kiedy mój “pipeline” potencjalnych celów przekroczył grubo liczbę 50-ciu gruntownie przeanalizowanych celów, ale nadal bez efektu, Sławek ciągle dopytywał którą kupimy i . Przestrzegał mnie przed “analysis paralysis” – sytuacją w której non-stop poszukuje się lepszego (a lepsze jest wrogiem dobrego, jak mawiał Klasyk ;) Decyzje niestety trzeba podejmować!

W ostatni weekend postanowiłem skorzystać z pięknej pogody oraz niedawno odebranej licencji spadochronowej i oddać kilka skoków spadochronowych w Piotrkowie Trybunalskim, inaugurując tym samym tegoroczny dla mnie sezon spadochroniarski. Profilaktycznie wykonałem “na sucho” kilka ćwiczeń wypinania niesprawnego spadochronu i radośnie udałem się na wylot nr 3, z wyjściem na wysokości 4.700 metrów. Nie do końca spodziewałem się, że coś pójdzie nie tak, bo był to dopiero mój 63 skok, a większość osób awarie zalicza przy 200-tnym lub późniejszym skoku.

A jednak – w trakcie otwarcia na wysokości około 1.200 metrów. zerwała się prawa sterówka, co poskutkowało dość konkretnym szarpnięciem przy otwarciu, jak i znacznie pogorszoną sterownością spadochronu (wprawdzie był jeden sposób żeby to ograniczyć, ale w stresie do końca nie przyszedł mi do głowy – zresztą i tak by nie rozwiał późniejszych problemów). W nieprofesjonalnym skrócie miałem do zaparkowania rozpędzony samochód, z zablokowaną skręconą kierownicą, korzystając tylko z hamulca ręcznego.

Możliwe decyzje były dwie:

  1. Nie robię nic (albo nie podjemuję decyzji), próbuję dolecieć i wylądować na lotnisku samoskręcającym się spadochronem, sterując taśmami nośnymi (czego nigdy wcześniej nie robiłem, ani nikt mnie nie uczył), co z dużą dozą prawdopodobieństwa skończy się połamaniem tego i owego LUB
  2. Wypiąć główny spadochron, spaść kilkadziesiąt metrów i otworzyć zapasowy (czego uczą w teorii jak się to robi). Szanse na sukces podobno jakieś 999 do 1000. Jedyna kwestia to zrobić to odpowiednio wysoko, żeby wypinając się od razu nie przyglebić).

Paradoksalnie miałem bardzo dużo czasu na tę decyzję, bo aż 90 sekund – mnóstwo, bo normalnie przy awariach przy dużej prędkości jest tego 10-20 sekund. I mimo wszystko czekałem całe 90 sekund do ostatniej bezpiecznej chwili (wysokość 600 metrów), walcząc ze spadochronem. Na szczęście zdobyłem się na odwagę wypięcia spadochronu, chwila ponownego spadania i już wisiałem na sprawnej czaszy, a samo lądowanie było miękkie i normalne. Uff – jak w tym memie “Nie dzisiaj”! Właśnie podjęcie decyzji, w odpowiedniej chwili, nie za późno, nie analizując za dużo, nie oglądając się na innych, zapewne uratowała moje kości, a może i więcej. Dla mnie wielka nauka, bo ta teoria okazała się nieco inna od praktyki, i na kolejny raz będę na pewno lepiej przygotowany, a jednocześnie wzmocnienie pewności co do podejmowania decyzji. Dużym wsparciem byli też inni skoczkowie, bo każdy stwierdzał, że decyzja była prawidłowa.

Moja rada dla Was – podejmujcie decyzje zdecydowanie i na czas, nawet jeśli są mniejszej wagi niż Wasze życie, bo brak decyzji paradoksalnie tylko szkodzi! =)

Jeżeli chcesz podzielić się z innymi, udostępnij:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email

2 Responses

  1. Janek, jak to dobrze, że nic Ci się nie stało!!! Czytałem Twoją relację z ogromnym napięciem. Choć teoretycznie wiedziałem, że wszystko skończyło się OK, skoro sam o tym skoku piszesz, to i tak z nerwów musiałem przeczytać tego posta dwa razy, by zrozumieć co dokładnie się wydarzyło.

    Zgadzam się z Twoją konkluzją, że timing bywa kluczowy. Decyzja podjęta szybko często bywa lepsza niż decyzja podjęta za późno. Lub wcale. Bo nie podjęcie decyzji, nie dokonanie wyboru, też jest wyborem. Wyborem tego, że niech “życie” za nas zadecyduje. Wyborem dryfowania, a nie sterowania swoim życiem.

    Nie wiem co po tym incydencie radzą Ci Twoi najbliżsi. Spodziewam się, że część z nich mówi “rzuć to skakanie”! Ja też się o Ciebie troszczę, ale z drugiej strony wiem jak ważne jest to by mieć w życiu jakąś pasję. Więc powiem Ci tak: wyciągnij z tego incydentu wszystkie możliwe nauczki. Nie tylko te związane z podejmowaniem decyzji, ale również wszystkie związane z mitygowaniem ryzyka w skokach. I życzę Ci – jeśli tylko chcesz dalej skakać – kolejnych nie tylko 140, ale dziesiątek tysięcy skoków. Bez nieprzyjemnych incydentów :-)

    1. Sławku,
      dziękuję za Twoją troskę =) W skrócie, nauczki są, ale pozytywne – to do czego zawsze mnie teoretycznie przygotowywano, przeżyłem na własnej skórze. Teraz przy kolejnej sytuacji awaryjnej będę wiedział co mnie czeka i będę jeszcze lepiej przygotowany – wręcz moje bezpieczeństwo powinno “wzrosnąć”. Wychodzę z założenia, że może mnie przejechać tramwaj (szokujące dane z wakacji – ponad 300 zgonów na drogach! – http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,25045001,policyjne-kontrole-na-przejsciach-dla-pieszych.html), albo dopaść niespodziewana choroba, i efekt będzie ten sam. Tutaj przynajmniej mam jakąś kontrolę nad swoimi poczynaniami.

      Najbliżsi – cóż, chyba raczej podchodzą od strony pasji, niż rzucania =)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kup Pomarańczową wolność finansową

 

Najnowszą książkę autorów bloga Fridomia i dołóż swoją cegiełkę do kupna mieszkania dla młodzieży opuszczającej domy dziecka. I Ty możesz pomóc.

 

Książkę kupisz klikając tutaj.