18

02.2012

Czy pieniądze dają szczęście? A jeśli nie one, to co??

autor: Sławek Muturi|kategoria: Blog autorów, Edukacja finansowa, Fridomia, Najwyżej cenione, Rozwój osobisty, Życie postkorporacyjne

ilość komentarzy: 40

Słabo się dzisiaj czuję. Nie wiem czy winić za to nadmiar tłustoczwartkowych pączków, czy jet-lag (dotąd tego nie miewałem), czy szok termiczny, czy jeszcze coś innego, ale bolą mnie głowa, brzuch, mięśnie. I nawet się z tego … cieszę:-). Bo moje dzisiejsze dolegliwości pozwoliły mi zwolnić tempo, poleżeć i pomyśleć.

Przypomniała mi się opowieść prof Baumana, którą tutaj, na łamach Fridomii, cytowałem kilkanaście miesięcy temu o tym jak pewna młoda dziewczyna była tak uzależniona od SMS-ów, że wysyłała ich całymi wiadrami = tysiącami miesięcznie, czyli średnio co 10 minut. Prof Bauman zastanawiał się, kiedy ona znajduje czas (jeśli w ogóle), żeby sformułować jakieś myśli, które tak namiętnie SMS-uje. Zwolnienie tempa jest z pewnością dobroczynne dla myślenia.

I przechodząc już do tematu wpisu, przyszła mi do głowy odkrywcza dla mnie myśl. Pewnie nie całkiem nowa, ale jeszcze się na to nigdzie nie natknąłem. Otóż mówi się, że „pieniądze szczęścia nie dają”. Inni mówią „może nie, ale wolę się o tym samej przekonać”. I gromadzą tych pieniędzy więcej i więcej i więcej, licząc na to, że rzeczy które będą mogli za nie kupić trochę ich uszczęśliwią, a dodatkowo zapewnią im poczucie bezpieczeństwa.

Ja myślałem, że źródłem szczęścia, bezpieczeństwa, wolności jest nie tyle sama „góra pieniędzy”, tylko różnica między comiesięcznymi wpływami pasywnej gotówki, a comiesięcznymi kosztami utrzymywania swojego standardu życia. To tak właśnie zdefiniowana wolność finansowa daje poczucie bezpieczeństwa, wolność do decydowania o sobie, o swoim czasie, o rozwijaniu swoich zainteresowań. Może pozwalać na robienie rzeczy przynoszących satysfakcję lub pomoc innym, nabranie dystansu do bombardującego nas zewsząd pędu konsumpcyjnego. Pozwala nam „odchwaścić” (nie jestem pewien czy takie słowo istnieje) nasze życie, a nasze codzienne kalendarze oczyścić z bezsensownych, ale przymusowych spotkań, narad budżetowych itp chwastów w ogrodach naszego życia.

Mamy dwa sposoby na to, aby ta różnica w ogóle zaistniała i była trwała, przewidywalna. Musimy albo zwiększać wpływy gotówki, albo zmniejszać koszty utrzymania. Brzmi banalnie, nieprawdaż?

Choć jest to banalnie oczywiste, to większość ze znanych mi osób skupia się wyłącznie na maksymalizowaniu bogactwa. To jest -wydaje się – nasz naturalny stan. Drugiej opcji w ogóle nie dostrzegają, ignorują ją. Pamiętam ze swojej firmy, że część osób co roku w sierpniu chodziła przez jakiś czas ze skwaszonymi minami i spuszczonymi głowami, bo podwyżka, którą dostali (np 10%) była niższa niż oczekiwali. I nie pocieszało ich nawet to, że pomimo młodego stażu pracy i tak zarabiają 5- czy nawet 10-krotnie więcej niż ich rodzice.

Z utrzymywaniem dyscypliny finansowej większość z nas sobie nie radzi. Większość Polaków wydaje więcej niż zarabia. Nawet część z tych, którzy jeżdżą drogimi samochodami, mieszkają w pięknych willach i jeżdżą na drogie wakacje są zakredytowani na maksa. Nie do końca cieszą się z tych materialnych dóbr, bo wiedzą, że ich posiadanie okupione jest jeszcze wieloma latami harówki i użerania się z szefami – pech chce – czasami dość durnymi. Często osoby te robią coś wbrew sobie, aby się podlizać szefowi, którego tak naprawdę wcale nie szanują, tylko po to by dostać awans i móc więcej zarabiać. I spłacać długi. I dalej zwiększać swój poziom konsumpcji. I jeszcze mocniej się uzależniać od wyścigu szczurów.

A przecież wydaje się, że łatwiej byłoby ograniczyć koszty niż zwiększać przychody. Czyż to nie paradoks? Ale niestety, ograniczanie kosztów traktujemy jako porażkę. Wyrzeczenie się, rezygnację z czegoś. Dlaczego???

Teraz wydaje mi się, że kluczem do szczęścia nie jest różnica między wpływami gotówki, a comiesięcznymi wydatkami. Kluczem jest pełna akceptacja siebie, takim jakim się jest. Tak naprawdę bogaty nie jest ten co ma dużo czy ten co ma mało dóbr materialnych.  Szczęśliwy jest ten, który ma mało … potrzeb. Dzięki temu dobrze … zna swoje potrzeby. Osoba, która zna siebie i doskonale zna swoje potrzeby, nie potrzebuje innych ludzi do podejmowania decyzji o swoich potrzebach.

Podam kilka przykładów. Ci z Was, którzy nie palą, nie kupią papierosów ani zapalniczek ani popielniczek tylko dlatego, że są w przecenie. Bo wiecie przecież dobrze o tym, że nie palicie. Tych, którzy nie łowią ryb nie interesują promocje na wędki i inne akcesoria. A ci, którzy nie uprawiają ogródków nie kupują nawozów. Ci którzy nie czytają książek ich nie kupują, itd. Niby logiczne.

Ale czy tak jest do końca? Czy nie masz może w domu jakiejś książki, którą sama kupiłaś, a której nawet nie otworzyłaś? Czy nie kupujesz słodyczy mimo, że postanowiłaś zadbać o linię figury? Czy nie zmieniasz samochodu na nowszy, mimo, że do starego się przyzwyczaiłaś, nie sprawia ci wcale kłopotów i tak naprawdę wcale nie jesteś przekonana, że nowszy będzie fajniejszy? Nie? Nie robisz tak?

A ja muszę się przyznać do tego, że dwa-trzy razy zmieniałem samochód (służbowy) na nowszy tylko dlatego, że … mogłem i że … inni też sobie zmieniali. I te nowsze (coraz droższe !) samochody wcale nie były – w mojej ocenie – lepsze. I byłem nawet o tym przekonany podejmując decyzję o ich zakupie. Moim najfajniejszym samochodem służbowym była moja druga w życiu Alfa Romeo – model 75 jeśli dobrze pamiętam. A przesiadłem się z niej (bardzo niechętnie) do Audi A5, a po kolejnych kilku latach do BMW 520 tylko dla szpanu! Nie miało to nic wspólnego z moimi potrzebami. Wręcz powiedziałbym, że było to wbrew moim prawdziwym potrzebom. Trochę się teraz, po czasie, tego – przyznam – wstydzę. A to dlatego, że teraz lepiej poznałem swoje potrzeby i dostrzegłem, że robiłem coś wbrew nim.

I wiem, że moje zachowanie nie było jakoś odosobnione. Wręcz odwrotnie – myślę, że wielu z nas wydaje kupę kasy WBREW swoim prawdziwym potrzebom. Znam wiele osób, które zmieniły mieszkanie na luksusowy dom i są z tego powodu zupełnie nieszczęśliwe. Dłużej jadą do pracy, czują się kierowcami swoich dzieci i strażnikami swoich domów (nie chcą jechać na wakacje, bo nie ma im kto pod ich nieobecność przypilnować domu). Koszenie trawy – kiedyś postrzegane jako czysta przyjemność i sposób na relaks – teraz stało się przykrym obowiązkiem. Rachunki za ogrzewanie doprowadzają ich do szału.

Oczywiście nie chcę powiedzieć, że szczęście polega na braku konsumpcji. Albo że właściciele drogich samochodów czy willi nie znają swoich potrzeb. Ale wydaje mi się, że kupno domu uszczęśliwi tylko tych – nielicznych wśród nas – którzy kochają prace w ogrodzie, ciszę, przestrzeń itp, tak bardzo, że nie będą dostrzegać niedogodności związanych z mieszkaniem poza miastem. Część spośród tych, którzy się tam przeprowadzą dla szpanu i dla podkreślenia swojego statusu, zostanie własnoręcznie unieszczęśliwiona. I w dodatku bardzo podniosą sobie poziom comiesięcznych kosztów utrzymania swojego „lepszego” standardu życia.

Jestem już prawie trzy lata na wcześniejszej emeryturze. Teraz mam okazję i więcej czasu na to, aby dobrze poznać swoje potrzeby. Nie obniżyliśmy, ani też nie podnosiliśmy naszego dotychczasowego standardu życia. Żyjemy tak jak przedtem, ale teraz jestem bardziej świadom swoich potrzeb. Miałem więcej czasu, żeby się im dobrze przyjrzeć. Podam dwa przykłady. Jeżdżę teraz Mazdą – samochodem o 2/3 tańszym od BMW, którym jeździłem przed odejściem na emeryturę. Na zakup fabrycznie nowej Mazdy 3 lata temu starczyło mi pieniędzy ze sprzedaży mojego poprzedniego, 5-letniego! samochodu, a nawet jeszcze zostało na ubezpieczenie. Mimo tego down-grade’u mam teraz nieporównywalnie więcej frajdy z jazdy samochodem z otwieranym dachem. Drugi przykład. Kiedyś byłem gotów dopłacać do biletu lotniczego, tylko po to by lecieć gdzieś Lufthansą czy inną linią ze Star Alliance. Zależało mi na tym, żeby utrzymać lub nawet poprawiać swój status. Teraz latam najtańszymi liniami na danym połączeniu danego dnia (unikam tylko Ryanair, bo stwierdziłem że stosują praktyki, które mi zupełnie nie odpowiadają).

Nie w tym rzecz, że nie stać by mnie było na wyjazd za granicę, gdybym musiał dopłacić – tak jak kiedyś robiłem – te 100 czy 200 złotych. Tylko teraz pytam siebie „po co?”. Po to, żeby przy wyjmowaniu czegoś z kieszeni błysnąć kluczykiem z logo BMW? Albo błysnąć przed innymi pasażerami, że pod schody do samolotu podjechała po mnie limuzyna? Zresztą żeby było śmieszniej, nie raz i nie dwa zdarzyło mi się zauważyć opadnięte koparki moich współpasażerów, gdy – po odprawie paszportowo-bagażowej i po wyjściu z terminalu mijali mnie w swoich taksówkach na przystanku autobusowym, gdzie czekałem sobie na autobus do domu:-) Oni z samolotu do autobusu do limuzyny, a ja odwrotnie z samolotu do limuzyny do autobusu:-). Zupełnie na marginesie: na taksówki „obraziłem się” 8-10 lat temu gdy protestując przeciwko kasom fiskalnym zablokowali Warszawę jeżdżąc całą szerokością ulic w centrum Warszawy z prędkością 3 km/godz. Postanowiłem, im pomóc – nie będą mieli problemu kas fiskalnych jeśli nie będą mieli przychodów. I nawet jeżdżąc po Warszawie do swoich klientów konsultingowych starałem się jeździć tramwajami czy autobusami, choć za taksówkę dostawałbym zwrot z kasy firmy, a biletów tramwajowych nawet nie rozliczałem.

Czuję, że naprawdę dobrze poznałem i zaprzyjaźniłem się ze swoimi potrzebami. Teraz to ja je kontroluję, a nie one mnie. Dodatkowo nabrałem wręcz chorobliwej alergii na potrzeby, które inni próbują mi wcisnąć. Odkąd sobie wyraźnie i stanowczo powiedziałem – jakieś półtora, dwa lata temu – że ja już nie chcę więcej zarabiać, że do szczęścia nie potrzebuję niczego czego już bym nie posiadał, jestem o wiele szczęśliwszy.

A Ty? Jak doskonale znasz swoje potrzeby?

Warto, abyś je poznała. (1) Znajdź je.  Nieśpiesznie. Szszszsztuuuukaaaa po szszsztuuuuceeee. Sztuka po sztuce. Te ukryte po ciemnych zakamarkach, i te sprytnie zakamuflowane i te malutkie, prawie niewidoczne też. (2) Przyjrzyj się im bacznie i je przez miesiąc, dwa poobserwuj. A potem (3) zaprzyjaźnij się z tymi potrzebami, które są dla ciebie ważne. Naprawdę ważne. (4) Jednocześnie stanowczo wyproś ze swojego życia, te które ci je tylko zachwaszczają. (5) Zbuduj sobie solidną ścianę oddzielającą Twoje potrzeby od potrzeb innych ludzi – różnych speców od marketingu, bankowców, promocji w centrach handlowych, speców od mody i jeszcze setek tysięcy innych, których pragnieniem jest cię uszczęśliwić (to oczywiście wersja marketingowa), czyli tak naprawdę oskubać („no cóż, byznes ys byznes, rozumiesz? muszę ci to wcisnąć bo od tego zależy moja premia, a od niej możliwość spłaty moich kredytów, które zaciągnąłem na kupno rzeczy, które inni potrzebowali mi wcisnąć”).

Ta ściana niech będzie solidna, wygłuszona, ocieplona, odizolowana termicznie, bakteryjnie i na wszelkie inne sposoby. Żeby żadna zaraza nie przedostawała się do twojego ogrodu bez twojej wiedzy. (6) Jeśli dostrzeżesz coś ciekawego w zewnętrznym świecie potrzeb to zawsze będziesz mogła zaprosić tę potrzebę do swojego życia. Ale – ostrzegam – nie powinno się to dziać zbyt często. Na pewno nie przy każdej promocji czy wyprzedaży w centrum handlowym. Nie przy każdorazowym wprowadzaniu nowej usługi czy nowego produktu przez producenta jakichś gadżetów. Nie dla uczczenia każdej twojej podwyżki w pracy. Nie wtedy gdy twoja siostra zmieni samochód lub mieszkanie na dom. Myślę, że takim dobrym interwałem na ewentualne korygowanie zestawu swoich potrzeb jest co 10 lat. I to raczej powinno się redukować liczbę swoich potrzeb, niż pozwalać im się w niekontrolowany sposób ciągle rozmnażać.

(7) A te swoje prawdziwe potrzeby pielęgnuj. Doglądaj. Nasycaj. Rozwijaj. (8) Jednak okresowo rób musztrę swoich potrzeb. Niech staną wszystkie w szeregu. Zlustruj je uważnie i dokładnie. Czy wszystkie to twoje potrzeby, czy jakaś kukułka ci czegoś przypadkiem niepostrzeżenie nie podrzuciła? Czy wszystkie potrzeby wyglądają zdrowo i normalnie? Nie chcesz w swoim życiu jakichś zmutowanych potrzeb, prawda? (9) I kontroluj je. Bo inaczej to one przejmą kontrolę nad tobą. Twoje potrzeby mają skłonność do ekspansji. Rwą się do wzrostu dla samej przyjemności rośnięcia. Rywalizują między sobą o to, na którą wydasz więcej pieniędzy. To ty kupuj, a nie twoje oczy, które coś zobaczyły na wystawie, albo u koleżanki z pracy. To ty kupuj, a nie twoje uszy gdy doradca cię pyta „w czym mogę pani doradzić?”. Pamiętaj, że jest to zakodowane pytanie o to, „co da pani sobie wcisnąć?”. Oczywiście gdyby był aż tak obcesowy, to byś mu dała po twarzy, więc dlatego wyszkoleni są by mówić kodem:-) To ty kupuj, a nie twoje pragnienia rozgrzane do czerwoności pod wpływem artykułu o domu jakiejś celebrytki w kolorowym piśmie. (10) no i wreszcie dobrze by między twoimi potrzebami zapanowała harmonia. Jeśli będą czuły, że poświęcasz im tyle samo uwagi, żadnej nie zaniedbujesz (np zdrowia, czy rozwoju duchowego), to może nie będą aż tak mocno ze sobą rywalizowały. Może przestaną w jakimś gorączkowym rozdygotaniu dążyć do wzrostu we wszystkich możliwych kierunkach. I się wyciszą. Sprawiając, że i ty się wyciszysz.

Kontrola nad swoimi potrzebami, nad swoim życiem da ci satysfakcję i poczucie harmonii. Rozwinie twoją umiejętność życia poniżej twoich finansowych możliwości, co pomoże ci w osiągnięciu wolności finansowej. Może też dać ci szczęście.

Wiem, że nie mnie to oceniać, ale wydaje mi się, że jest to jeden z ważniejszych wpisów na tym blogu. Jeśli to co napisałem padnie na podatny grunt w twoim mózgu czy w sercu, to myślę, że może ci to pomóc w odmianie twojego życia na choćby nieco szczęśliwsze. Przeczytaj proszę ten wpis jeszcze raz. Przemyśl na spokojnie. Odpowiedz sobie na pytanie czy naprawdę znasz swoje potrzeby? Czy masz nad nimi kontrolę, czy to one kontrolują ciebie. Trzymam za ciebie kciuki. Powodzenia.

A gdy uznasz, że ci pomógł, to prześlij go dalej, może pomoże jeszcze komuś z Twoich znajomych.

P.S. Żebym znów nie został (tak jak wczoraj) przez kogokolwiek podejrzany o działanie z niskich pobudek, pozwalam Ci przesłać ten wpis dalej bez podawania źródła. Nie będzie to w moich oczach stanowiło naruszania praw autorskich. Ale oczywiście moje pozwolenie dotyczy tylko tego jednego wpisu:-), OK?

Tagi: , , , , , , ,

Komentarze:

  1. Marta napisał(a):

    Tez mi sie wydaje, ze to jeden z wazniejszych wpisow na tym blogu, dzieki.
    Dzieki takim wpisom jeszcze bardziej wzrasta moja potrzeba czytania fridomii ;-)

  2. ania napisał(a):

    Potrzeby narcystyczne to też potrzeby:) Jeden dojrzewa i widzi ich pustkę, inny umrze z pustki, gdy mu je odebrać. No chyba że dostosuje swoją filozofię życiową do potrzeb narcystycznych i będzie realizował swoje narcystyczne JA tym, że czuje się lepszy od innych narcyzów:)

  3. robert napisał(a):

    Wpis bardzo pouczający. Nasuwa mi się jedna uwaga – czym się różni opisywany stan i potrzeba redukowania potrzeb od zwykłego skąpstwa? jeżeli będę szkotem który ogląda 5 razy każdą złotówkę przed jej wydaniem, dojdę do tego samego stanu fridomii ;-) on też redukuje swoje potrzeby na maksa i stara się nie wydawać pieniędzy w ogóle.

    tyle żartów

    a na serio – redukując swoje potrzeby powstaje taki problem, że kolejne pojawiające się gadżety, nowe samochody itp. są przedstawiane w taki sposób, że wmawia nam się, że one faktycznie są do czegoś przydatne, np. bezpieczniejszy samochód, przenośny internet, internet w komórce itd. Często trudno odróżnić gadżet zrobiony dla szpanu od gadżetu który naprawdę pozwala oszczędzać czas, mieć więcej przyjemności itp.

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Robert, dzięki za trafną uwagę. Ja bym powiedział tak, że skąpstwo zaczyna się wtedy gdy nie chcemy zaspokoić swoich prawdziwych potrzeb, bo żal nam rozstawać się z pieniędzmi. W 7- czy w 8-ym kroku, zalecam by na swoje prawdziwe potrzeby nie żałować pieniędzy, chodzi o to, by te potrzeby nasycać, rozwijać, pielęgnować. Skąpiec nie wydaje pieniędzy ani na potrzebne rzeczy, ani na nie potrzebne – on ich po prostu nie rozróżnia, tak jak większość z nas.

      Gadżety? Są ludzie, których naprawdę fascynują nowości. Mają prawdziwą potrzebę odkrywania. I w ich przypadku kupowanie nowych bajerów jest chyba OK. Natomiast myślę, że nie jest to grupa liczniejsza niż 2-3% populacji. Jeśli pozostali kupują te gadżety, żeby „dotrzymać kroku”, „nie wypaść z obiegu”, lub żeby zaszpanować, że stać ich na kupno dziś, mimo, że wszyscy wiedzą, że za klika miesięcy wejdą nowe, lepsze i tańsze modele, to o tych osobach nie powiedziałbym, że kontrolują swoje własne potrzeby. To one nimi kierują.

      A co oszczędności czasu różnych gadżetów? Ty naprawdę w to wierzysz? bo ja nie. Gdy zaczynałem pracować na początku lat 90-tych dopiero zaczęły wchodzić do użytku faksy. Nie było skanerów. Dopiero wchodziły małe ksera. Nie było pagerów. Nie było telefonów komórkowych. Nie było internetu. Gdyby te wszystkie urządzenia rzeczywiście „oszczędzały czas”, to powinniśmy dziś pracować po 3 godziny dziennie, a nie po 12? Niby na czym ta oszczędność czasu miałaby polegać?

  4. andriu35 napisał(a):

    Super wpis, uwazam ze jesli komus sie dobrze zyje własnie dowartosciowujac sie nowymi gadzetami,ciuchami itd. ma do tego prawo, nie powinnismy w sumie za to nikogo krytykowac, tacy ludzie tez są potrzebni bez nich wiekszosc dzisiejszych biznesów by padła, tak samo oni nie powinni krytykowac nas że odkładamy, inwestujemy, mnozymy nasze pieniądze -Tolerancja. H. Ford w swojej biografii fajnie to ujął. Jezeli nie chcesz pracowac masz prawo do głodowej smierci. Jezeli chcesz byc bogaty masz prawo do swojego bogactwa i nikt nie powinien ci tego zabierac. Cos w tym stylu nie jest do dokładny cytat, nie chce mi sie teraz leciec po ksiazke:)
    Ja osobiscie wybrałem te druga drogę, wciagnałem w to moją zonę i musze powiedziec daje to efekty, to nie chodzi o samo oszczedzanie dla oszczedzania( jak niestety robią pazerni ludzie). Dlaczego nie miałbym kupic tej samej jakosci rzeczy w nizszej cenie w innym sklepie, lub wyzszej jakosci np. owoce w tej samej cenie? itd. to są małe detale, ale co jest w tym wszystkim najwazniejsze uczymy sie kontrolowac wydatki, bez tej umiejetnosci nie da sie dobrze funkcjonowac w biznesie lub w nieruchomosciach na wynajem, dzis ta kontrola zamienia sie w nawyk i oto mi własnie chodziło:) w ten sposób w zaleznosci od miesiąca odkładamy od 4 -5 tys. zł, wszystko na przyszłe inwestycje. Niedługo tez chce zmienic mieszkanie na taki sam standard w nizszej cenie (wynajmuje), nie tylko to jest powodem zmiany mieszkania, teraz widze jak wazne jest zarzadzanie mieszkaniem na wynajem…)

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Andriu, masz rację. Dlatego namawiam ludzi, którzy zarabiają nawet minimum krajowe (czy wręcz uczniów, którzy dostają tylko niewielkie kieszonkowe), aby oszczędzali. Oni często mówią coś w stylu: „a co zmieni to, że zaoszczędzę te 10 złotych miesięcznie, a po roku będę miał tylko stówkę. Co to zmieni?”, „to nic nie da, więc nie warto teraz oszczędzać bo nie mam z czego”. Ale mimo wszystko warto zacząć już teraz. Natychmiast. Od najdrobniejszych nawet kwot.

      Bo życie PONIŻEJ swoich możliwości finansowych, to pewna umiejętność, nawyk. Jeśli się go nie wypracuje dysponując małymi co miesięcznymi kwotami, to wcale nie jest powiedziane, że się posiądzie tę umiejętność gdy się będzie więcej zarabiało. Wręcz przeciwnie, jeśli zarabiając mało popadniemy w nawyk życia POWYŻEJ swoich możliwości finansowych, to potem trudno nam będzie to zmienić. Nawyki są trudne do zmienienia, co wiedzą, chociażby palacze papierosów. Tym trudniej jest zmienić nawyk, o którego istnieniu/posiadaniu człowiek nawet nie wie …

      Czytałem też gdzieś (chyb u T. Herv Ekera) ciekawe porównanie. Mówienie, że „zacznę oszczędzać gdy będą bogatszy” jest identyczne ze stwierdzeniem „przejdę na dietę, gdy zrzucę 10 kilogramów”.

  5. Radek napisał(a):

    Wpis jest genialny. Sądzę że osiągnięcie wolności w dużej mierze zależy od tego czy poskromimy samych siebie. Nawet dziś mam dylemat czy zupgreadować sprzęt bo niby wolno działa (wiedząc głęboko w sercu że to nie jest potrzeba z pierwszego rzędu). Naprawdę daje to do myślenia.

    Z wielu wielu pytań które mnie nurtują chciałbym spytać o sposoby praktyczne jak zrezygnować z używania kart bankomatowych (nie kredytowych). Mieszkam kilka km od oddziału kasowego banku gdzie można wpłacić / wypłacić. Wiele opinii czytałem że pomocne jest obracanie gotówką zamiast plastikiem. Jak w praktyce z tym żyć (chodzi o kwestię techniczną). Faktury z DG klienci wpłacają przelewem a to wiązałoby się z comiesięcznym chodzeniem do banku i jednorazowym pobraniem gotówki potrzebnej na cały miesiąc. Jednak takie coś jest uciążliwe, może generować koszty czasowe i transportowe – więc czy mimo wszystko warto?

    Pozdrawiam
    Radek

  6. Aga-ta napisał(a):

    Sławku, tyle zdań wyjąłeś mi z ust, że aż mi lepiej na duszy. Jak zwykle pięknie ująłeś w słowa i zdefiniowałeś to, co w duszy gra, że jestem pełna uznania.
    Dodam coś prozaicznego, co pojawiło się w moim zyciu jako podobna refleksja.
    Ostatnio robię porządki w naszym zagraconym życiu. Takie fizyczne – przegladam szafy, schowki, pawlacze… Zauważyłam dominację, np moich butów – są wszędzie, w szafie, w szafce na buty, w kartonach w schowku. Jest ich dużo, większości nie założyłam w ciągu 2 ostatnich lat ani razu. Właściwie ich nie wyrzucam, kolekcjonuję i zawsze potrzebuję nowych. Są też takie z metkami, nawet nie rozpakowane. Wiem, że „kocham” buty i pozwalałam sobie na to moje szaleństwo, ale dopiero teraz, gdy wyraźnie zwolniłam, gdy obolała poleżałam w łózku, gdy miałam więcej czasu i więcej myślenia, zrozumiałam, dlaczego coś takiego mi się w życiu przydarza – te sterty butów. Kompensuję sobie nimi przeszłość. Zrozumiałam, że załatwiam braki z dzieciństwa, z lat nastoletnich, gdy największy problem był z butami – miałam ich stale deficyt, taki faktyczny. Marzłam w butach sportowych w zimie, bo tylko takie miałam, czy chodziłam w za małych, bo nie miałam swoich pieniędzy, aby kupić nowe, a w domu byłam karana za moją krnąbrność zakazem kupowania czegokolwiek, także spełniania potrzeb pierwszego rzędu.
    I póxniej, przez lata, owe tłumione potzreby, braki kierowały moimi nadmiernymi zakupami butów, aby kompensować brak, ból, wstyd i upokorzenie z przeszłosci.
    Uświadomienie sobie tego, skąd się biorą nasze pozorne potrzeby, to bardzo ważny element wspomagający „wyprasznie” takich absurdów z naszego życia. Teraz wiem, dookreśliłam, skąd się bierze choroba i mogę zacząć ją leczyć. Pewnie podobnych mam setki :-)

    Dziękuję, Sławku, za piękny wpis, który uświadomił mi, że nie tylko ja walczę z wiatrakami :-) Jeśli o tym piszesz, dostrzegasz problem. Tak bardzo boimy się wszelkich ograniczeń konsumpcjonizmu utożsamiając to z ograniczeniem wolności. Ale człowiek wolny nie daje się zniewalać absurdalnym wyciskaczom pieniędzy, specom od reklamy, wpływom otoczenia, czy demonom przeszłości. Wszystko to trzeba widzieć, rozumieć, wtedy jesteśmy w stanie się przed tym bronić.

    Zatem wolności życzę :-) I zdrowia.

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Aga-to, dzięki za podzielenie się z nami swoim przykładem z butami i za rozwinięcie moich przemyśleń. Być może w rzeczywistości istnieją dwa rodzaje wolności.

      Pierwsza to wolność do kupienia sobie tylu par butów, ile mi się zachce. Kupuję kolejne pary pod wpływem (a) wspomnień z przeszłości, (b) przeceny w centrum handlowym, (c) reklam, (d) poczucia, że moje buty są już „niemodne”, (e) potrzeby poprawienia sobie nastroju, (f) przeświadczenia, że na taaaaką imprezę to mogę pójść tylko w nowych butach, (g) „bo takiego fasonu jeszcze nie mam”, (h) „bo takie buty MOGĄ mi się przydać”, „będą mi pasowały do X”

      A druga wolność, to wolność od przymusu kupowania kolejnych par butów. Kupuję wtedy gdy wiem, że to naprawdę buty są mi potrzebne.A nie wtedy gdy kupno butów ma „załatwić” jakiś problem.

      Wiele lat temu, gdy byłem studentem jeździłem do pracy w Szwecji. Było to najczęściej zbieranie truskawek – męcząca praca od świtu, na klęczkach, w rosie, a czasami i w deszczu. Ale ponieważ można było dobrze zarobić (to a propos mojego wcześniejszego wpisu dot Polaków w Holandii:-), to namawiałem też do wyjazdu swoich znajomych i przyjaciół. Kiedyś zabrałem też swoją ówczesną dziewczynę. I ona bardzo wyrywała się do pobliskiego miasteczka na zakupy. „Ale co Ci jest potrzebne?” dopytywałem. „Jeszcze nie wiem, ale na pewno coś ciekawego znajdę”. Już wtedy wiedziałem, że te zakupy, to była tak naprawdę ucieczka od pracy przy truskawkach, trochę odświeżająca zmiana otoczenia, trochę nadanie sensu swojemu fizycznemu wysiłkowi.

      Ale teraz wiem, że wiele ludzi traktuje zakupy i w ogóle posiadanie pieniędzy jako lekarstwo (a tak naprawdę to jak zwykły plasterek) na pustkę … ich życia. Nie wiem czego od życia chcę, to przynajmniej kupię sobie najnowszy gadżet. Nie wiem po co tak ciężko haruję, uganiam się w wyścigu szczurów, podlizuję się głupiemu szefowi, to chociaż kupię sobie najnowsze Volvo czy BMW. Nie wiem co chcę w życiu osiągnąć, to chociaż przeniesiemy się z rodziną do domu z basenem i innymi bajerami, których inni będą nam zazdrościć.

      Życzę Wam wolności drugiego rodzaju. W moim mniemaniu można ją osiągnąć POSIADAJĄC bajeranckie gadżety, drogie samochody, czy mieszkając w luksusowych willach. Ale tylko jeśli gromadzi się te rzeczy żyjąc PONIŻEJ swoich możliwości finansowych, a nie na kredyt. Jeśli się je kupuje realizując własne realne potrzeby, a nie cudze. Jeśli są one dodatkiem do pełnowartościowego życia, a nie jego erzatz’em.

      Powodzenia !

    • andriu35 napisał(a):

      Podzielam w 100% wasze poglądy bo tez dąze do wolnosci( nie tylko finansowej), ale nie zakładajmy ze jesli ktos uwielbia zakupy, zbieranie znaczków, puszek po piwie czy chocby chodzic na mecze piłki noznej to czegos mu w zyciu brakuje, byc moze on sie z tym wszystkim fantastycznie czuje jak my z budowaniem naszej wolnosci. Sam jestem zapalonym kibicem pewnej druzyny zagranicznej i jak tylko mam okazje byc na jej meczu to ide:) czy to oznacza ze mam jakas pustkę w zyciu? Nie wrecz przeciwnie KOCHAM futbol, ktos inny kocha otaczac sie gadzetami, ktos inny lubi kolekcjonowac modele samolotów, ktos kupuje płyty i gadzety MJ, itd. Gdyby nie było takich ludzi np. kochających samochody BMW najprawdopodobniej fabryka pada, gdyby nie było ludzi kochających muzyki przemysł muzyczny by padł, gdyby nie było ludzi kochających palic tyton pewnie padły by takie marki jak Marlboro gdyby nie było ludzi kochających hamburgerów Mc Donalds by juz dawno nie istniał, gdyby ludzie nie brali kredytów np. na mieszkanie banki by upadły….. Gdyby nie było banków było by trudniej sfinansowac mieszkanie na wynajem.
      Gdybym był włascicielem np. Mc Donalds BARDZO by mi zależało aby klienci jedli moje hamburgery tak samo jak wam ZALEZY zeby miec dobrych klientów na wynajem, Gdyby wszyscy zaczeli myslec tak jak my, najprawdopodobniej wiekszosc firm z kazdej branzy by upadła i najprawdopodobniej nie mielibyscie klientów na wynajem oprócz studentów i początkujących pracowników.

      Uwazam ze ” łancuch ekonomiczny” jest potrzebny po to aby z jednej strony ludzie mieli prace a z drugiej aby zaspakajali swoje potrzeby, wg tabeli Maslowa nie tylko chodzi o bezpieczenstwo i jedzenie, kazdy z nas ma przeciez potrzeby które nadaja sens naszemu zyciu, ja np. chce byc wolny finansowo zeby miec jeszcze wiecej wolnego czasu w przyszłosci dla zony i syna, chce byc wolny zeby móc czesciej jezdzic na mecze ukochanej druzyny, chce byc wolny…. duzo jest powodów dlaczego chce byc wolny, tak samo jak ixinski ma duzo powodów aby kupic nowy tv, BMW, i pod, i phone itd. nie odbierajmy ludziom ich szczescia, maja do tego prawo jak my mamy prawo do swojego szczescia.

      • Sławek Muturi napisał(a):

        Andriu, masz pełną rację. Nie jest moją intencją odbieranie komukolwiek prawa do zdefiniowania swojego szczęścia na swój własny sposób. Ja tylko chcę uczulić na to, że jest według mnie bardzo duża różnica w tym czy to ja sam dla siebie zdefiniowałem swój własny zestaw potrzeb, czy też dałem sobie wmówić potrzeby innych.

        Jeśli ktoś kocha piłkę, to niech jedzie na drugi koniec świata żeby obejrzeć swój ulubiony zespół w jakimś ważnym meczu. Jeśli ktoś z pasją zbiera znaczki, to niech nie sprzeda swojej kolekcji, tylko po to, aby zdobyć kasę na kolejne mieszkanie na wynajem. Jeśli ktoś od dziecka marzył aby sobie kiedyś kupić Porsche, bo kocha dźwięk jego silników, to niech do tego dąży z pasją. Nie widzę w tym nic złego. Jeśli jednak kupuje Porsche żeby pokazać że go na to stać, albo wydaje ostatnie pieniądze żeby pojechać na mecz tylko dlatego, że jadą wszyscy jego znajomi, to to już takie super do końca wydaje mi się że nie jest.

        Ja sam sporo wydaję na podróże. Nigdy nie zdarzyło mi się powiedzieć: „zrezygnuję z wyjazdu do Australii, bo za te pieniądze mógłbym kupić X m.kw kolejnej kawalerki”. Nie oszczędzam na jedzeniu bo interesuje mnie lokalna kuchnia. Ale już na hotele wydaję możliwie jak najmniej. Najlepiej wcale. Żadne hotelowe łóżko, choćby w najdroższym hotelu (gdzie spało w nim już 500 osób przede mną) nie jest wygodniejsze od mojego własnego, w domu. Więc nie lubię płacić drogo za hotel. Ale z drugiej strony, jadąc gdzieś nie lubię zatrzymywać się u rodziny czy znajomych bo mam dużą potrzebę niezależności, a nocowanie u kogoś krępuje tę wolność. Dlatego często mi się zdarza, że znajomi czy rodzina w Nairobi, gdy usłyszą gdzie się zatrzymałem mówią: „Sławek, Przyjadę po Twoje rzeczy!, nie możesz mieszkać w tym hotelu!”. „Dlaczego?” pytam. „Bo jest on poniżej mojego standardu”. Mają rację, rzeczywiście stać by mnie było na nocleg w dużo droższym, tylko że nawet ten tani jest – jak na moje potrzeby – za drogi.

        A argumenty dotyczące tego, że konsumpcja napędza gospodarkę. Tego nie zaprzeczam, ale podkreślam tylko różnicę między „sensowną” konsumpcją, a konsumpcją „na pokaz”. Konsumując „sensownie” nie powodujemy zaniku biznesu. A jeśli nawet eliminacja konsumpcji na pokaz spowolniła by wzrost gospodarczy, to może nie byłaby to żadną katastrofą? Może lepiej rosnąć nieco wolniej, ale za to bez nadmuchanego sztucznie garbu długów. I mam tu na myśli zarówno zadłużenie budżetów krajowych, jak i domostw. Kiedyś te nasze obecne długi będzie trzeba chyba spłacić, co?

        Z drugiej strony, co za dużo to nie zdrowo. Często jestem w Afryce. Rzadko można tam na ulicy zobaczyć kogoś bardzo otyłego, powiedzmy ponad 150 kg wagi. A w USA czy w Europie bardzo często. Abstrahuję tutaj od zupełnie niezawinionych schorzeń powodujących otyłość, ale czy otyli Amerykanie są otyli naprawdę z ogromnej pasji do hamburgerów? Ktoś naprawdę połyka ich dużo bo mu niezmiernie smakują, czy raczej dlatego, że ma słabą kontrolę nad swoimi potrzebami? W Afryce nie widziałem otyłych zwierząt. W Polsce często widuje się otyłe koty czy psy. Założę się, że gdyby nie interwencja ludzi, kochających swoje pociechy opiekunów („a masz piesku, masz”), to nie byłoby problemu otyłych zwierząt. Bo zwierzęta instynktownie wiedzą, że przejadanie się im nie służy. Głupieją pod wpływem ludzi.

        A my głupiejemy pod wpływem innych ludzi: wymyślonych przez nich reklam, promocji, wylansowanego przez nich „lifestyle’u”. I odrywamy się od naszych własnych potrzeb. Wpuszczając hałaśliwą zgraję obcych, ekspansywnych potrzeb zatracamy kontakt z naszymi własnymi potrzebami. Stajemy się „automatami zakupowymi”, które nie czują spokoju dopóki nie wydadzą wszystkiego co zarobiły. Bo to poprzez wydawanie kasy pokazujemy nasz status na drabince społecznej. Utrzymywanie swojego pożądanego statusu społecznego poprzez rozwijanie swoich indywidualnych silnych stron i cech jest zbyt trudne, zbyt czasochłonne. Dlatego, po to by pokazać Iksińskiemu, że jestem mądrzejszy od ciebie, kupię sobie gadżet XYZ, który dowodzi, że jestem lepszy od ciebie, bo ciebie tylko stać na tańszy gadżet ABC.

        Gdy miałem jeszcze BMW, to w weekendy bardzo często jeździłem Fordem Ka mojej żony. Bo był żółty, wesoły, wprawiał mnie w dobry nastrój. Jedyne co mi ten nastrój psuło, to częste zachowanie innych kierowców. Szanowali mnie zdecydowanie bardziej w BMW, niż w Fordzie Ka. Gdy jechałem tym pierwszym, to włączając się do ruchu przepuszczali mnie, nie trąbili. A gdy jechałem Fordem (z tą samą prędkością, bo w mieście nie da się tak naprawdę ścigać) to często zajeżdżali mi drogę, wymuszali pierwszeństwo. A ja naprawdę byłem tym samym człowiekiem i w środę i w sobotę. Czy to dlatego ludzie mają takie parcie na drogie samochody czy nowe buty? Żeby być bardziej szanowanym?

        I tak w Warszawie jest lepiej niż było w Bukareszcie gdzie mieszkałem przez 2,5 roku. Tam liczba Bentleyów, Astonów Martinów, Maserati, Ferrari czy innych drogich samochodów jest wielokrotnie większa niż w Warszawie. A w Czechach ludzie jeżdżą na śluby w Skodach – nie czują potrzeby wynajęcia sobie jakiejś drogiej limuzyny nawet na ten „najważniejszy dzień w życiu”. Wiem, że wszelkie uogólnienia są ryzykowne i często krzywdzące, ale zaryzykuję i powiem, że akurat w kwestiach motoryzacyjnych Czesi wydają mi się bliżsi swoim prawdziwym potrzebom niż Polacy czy Rumuni. Czy gospodarka czeska jakoś na tym traci? Nie sądzę.

  7. ania napisał(a):

    moze i pieniadze szczescia nie daja, ale co ma powiedziec starsza pani, ktora kilka razy w miesiacu stoi przy stacji metra i zbiera pieniadze na zycie, na lekarstwo? z jednej strony swiat bmw i miliona par butow, z drugiej strony proza zycia, ktorego chyba nie zauwazacie? dla mnie radoscia jest ze moge dac jej troche pieniedzy i obiad, ktory akurat zabrałam do pracy. moze to nie na temat ale jakos mi sie skojarzylo.
    milego.

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Aniu, mówisz o skrajnym przypadku. I słusznie, bo życie to nie tylko BMW i miliony par butów, ale też i bieda. Nie znam tej pani, o której mówisz, ale ma ona więcej mojej sympatii niż ludzie którzy żebrzą, żeby kupić sobie „pół litra”, a takich też nam się zdarza spotykać przy wyjściu ze stacji metra. Być może gdyby zebrali w sobie więcej dyscypliny, przejęli władzę nad swymi żądzami i rzucili picie, to nie musieli by w ogóle żebrać.

    • Kuneg napisał(a):

      Zauważamy. Jestem jednak zdania, że nie można pomóc komuś, kto nie chce sobie sam pomóc.

      Niejeden ludzki dramat kryje się w przeszłości wielu ludzi. Wierz mi, „nie ma domku bez wyłomku”. Nie chcę się tu aż tak wywnętrzać, ale nie urodziłam się wykształcona, mądra i bogata.

      Przekopuję się prze tego bloga z zafascynowaniem i znajduję przeróżne wpisy. Sławek również pisał o skrajnych przypadkach, o slumsach w Nairobi (chyba to było Nairobi), o kuzynce imigrantce w USA i jeszcze się pewnie parę przykładów znajdzie. Stara się jednak cały czas dawać przykłady takie, które pozwolą innym uwierzyć, że można pokonać wiele trudności w życiu.

  8. Robert napisał(a):

    Ja jednak myślę, że niektóre gadżety jednak pozwalają oszczędzać czas i robić pewne rzeczy po prostu znacznie szybciej. Z uwagi na mój wiek (31) nie mam pewnie porównania z czasami kiedy nie było komórek czy internetu, więc nie mam pewnie całego obrazu, ale mam kilka przemyśleń.

    Podam konkretny przykład – internet w telefonie, możliwość odebrania poczty email. Jadąc służbowo samochodem (przyznam się bez bicia) sprawdzam w moim telefonie pocztę. Widzę, że klient coś do mnie napisał np. prośbę o poradę. Będąc cały czas w podróży mogę się dłuższa chwilę zastanowić co mu odpowiedzieć, skonsultować problem z kolegą i następnie zadzwonić do klienta i udzielić mu odpowiedzi (już legalnie przez zestaw głośnomówiący) w ciągu 5 minut, w dodatku cały czas jadąc.

    Gdybym tego nie miał zauważyłbym pytanie od klienta dopiero po powrocie, np. następnego dnia albo i później, i dopiero wtedy musiałbym poświęcać czas na rozmowę i przemyślenia. Ten czas mogę przeznaczyć na innego klienta, co oznacza większy zarobek. Poza tym klient będzie lepiej obsłużony jeśli otrzyma odpowiedź w ciągu np. pół godziny niż po paru dniach kiedy wrócę do biura.

    W tym przykładzie pojawił się jeszcze inny gadżet – Bluetooth który swoją drogą też jest przydatny ;-)

    Istotą rzeczy nie jest więc chyba odrzucanie gadżetów dla samej tylko zasady nieuczestniczenia w wyścigu technologicznych szczurów, ale za każdym razem uzależnienie kupna gadżetu od jego faktycznej przydatności.

    Przykład z Twojego podwórka – np. nowy program do administrowania lokalami na wynajem, który skróci czas na zarządzanie lokalami o połowę. Niby gadżet a pozwoli na oszczędność czasu, kiedy w tym samym wymiarze mógłbyś się zajmować dwukrotnie większą liczbą mieszkań.

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Robert, masz rację. Tylko zwróć uwagę, że te gadżety nie tyle oszczędzają czas (pozwalają ci pracować mniej i więcej wypoczywać, bo to bym nazwał prawdziwą „oszczędnością” czasu), co zwiększają efektywność pracy, a więc są oszczędnością z punktu widzenia Twojego pracodawcy. Być może i Ty więcej zarobisz dzięki wyższej efektywności, ale wcześniej z pracy nie wyjdziesz. A wręcz przeciwnie, im szybsze ma być tempo odpowiedzi klientom, tym bardziej prawdopodobne, że będziemy pracować coraz więcej godzin w ciągu dnia. Obsłużymy w tym czasie oczywiście wielu więcej klientów, ale co to ma wspólnego z „oszczędnością czasu”? Osobiście nie widzę tego związku.

  9. Radek R napisał(a):

    Przyszła mi do głowy refleksja związana z rynkiem dla biegaczy.
    Sam już od kilku lat truchtam amatorsko, startując regularnie w przeróżnych biegach ulicznych.
    Powoli rozpoczyna się w Polsce boom na bieganie – zdarza się, że brakuje wolnych miejsc na listach lub organizatorzy wprowadzają limit uczestników. Taka klęska urodzaju ;-)

    Ale najciekawsze jest to, jak zmieniają się sami biegacze, a raczej ich ekwipunek. Wierzcie mi – to faktycznie jest przemysł:
    – kolekcje ciuchów zmieniają się 2, 3 razy w sezonie. Ceny za markową odzież potrafią wprawić w osłupienie. Kurtka za 600-800zł czy legginsy za 300 to nic wygórowanego
    – prawie każdy ma słuchawki w uszach. Spora cześć białe, a ipod przymocowany jest e etui na ramieniu,
    – buty, o tym można napisać pracę doktorską. Różne systemy stabilizujące, zabezpieczające, amortyzujące – każdy producent ma swoją zastrzeżoną nazwę. Buty dla biegaczy neutralnych, supinujących, pronatorów (dowiedziałem się co to znaczy, dopiero jak zacząłem biegać ;-)) Modele zmieniające się 2x w roku, różna kolorystyka, wersje startowe, do biegania po asfalcie, trailowe, etc.
    – bielizna termoaktywna, kompresująca, wspomagająca pracę mięśni
    – inne gadżety – specjalne odżywki, pasy na bidony, rękawki (na zimno), spódniczki biegowe (podobne do tych, w jakich grają tenisistki. Akurat w tym przypadku przynajmniej cieszą oczy zmęczonego biegacza ;-), skarpety kompresyjne
    – osprzęt – pulsometry, krokomierze, komputery treningowe

    A wszystko powyższe woła do Ciebie – KUP NAS – bo tylko z nami będziesz biegał szybciej, lepiej, dłużej i zrobisz kolejną życiówkę!
    Inwencja ludzi od marketingu nie zna granic

    I potem zasobny, chcący być trendy biegacz – robocop – wydaje nawet kilka tysięcy na sprzęt, dziwiąc się, że tak wposażony schodzi z trasy przed 30km maratonu. Niestety – truizm – ale nawet najlepszy sprzęt nie pobiegnie za nas…..
    A pamiętam, jak za bajtla, (czyli dziecięciem będąc;-) wskakiwało się w spodnie od dresu, koszulkę bawełnianą i chińskie trampki (albo Sofixy z pamiętnych sklepów „G” – czyli przeznaczonych dla górników). I to wystarczało, by biegać, biegać, biegać…;-)

    W tym zakresie muszę powiedzieć, że jestem bardzo praktyczny. Na co dzień używam ciuchów Decathlonowej marki Kalenji. Jakościowo bardziej niż ok, cenowo również. Z muzyką biegam tylko maratony (to taka moja tajna broń pozwalająca przebiec ostatnie 7km ;-). Włączam mp3 dopiero po 35 km.
    Mam w szufladzie Ipoda, ale chyba nigdy nie zabrałem go na bieg. Instalacja tych wszystkich Itunes, synchronizacja, etc – jest bardzo niewygodna i zabiera za dużo czasu. Moja ulubiona mp3 to zakupione kiedyś wraz z Gazetą Wyborczą MuVo o poj 1GB.
    Wyciągasz, wpinasz w USB, komputer widzi to jako zewnętrzny dysk i od razu można przerzucić muzykę.

    Jedyna ekstrawagancja na jaką sobie pozwalam to porządne buty (na tym nie oszczędzam i zmieniam regularnie co 800km przebiegu) – ale to kwestia ochrony przed kontuzjami.

    Zakupiłem też ponad 3 lata temu profesjonalny pulsomierz z GPS firmy Garmin. Wykosztowałem się wówczas z 1500zł, ale wiedziałem, że po prostu będę go używał. A jako że wygląda jak zwykły zegarek – może też służyć na co dzień.
    Swoją drogą teraz już nie nazywa się takich urządzeń pulsomierzem – brzmi za mało poważnie. Także posiadam komputer treningowy ;-)

    Pozdrawiam wszystkich, życzę zdrowego rozsądku i nie dajmy sie zmanipulować wyskakującym z każdej witryny sklepowej potrzebom!

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Radku, dzięki za przykład z Twojego życia. Gdy biegałem w podstawówce w Łodzi, jakiś łowca talentów wyłowił mnie i namawiał na treningi w klubie sportowym. Miałem całkiem niezłe wyniki na średnie dystanse. I być może kiedyś zostałbym reprezentantem Polski … :-)

      Ale wyjechaliśmy z rodziną do Kenii. I tam w mojej szkole średniej stanąłem na linii startu do biegu przełajowego na ok. 5 km. Jako jedyny w adidasach. A pozostali uczestnicy byli … boso. I na dodatek wystartowali jak do sprintu. Byłem pewien, że będę ich mijał po drodze, ale spotkaliśmy się dopiero pod prysznicami:-).

      Jeszcze do niedawna zdarzało się, że kenijscy biegacze stawali do startu boso nawet na mistrzostwach świata czy na Olimpiadzie. Albo zrzucali obuwie, które ich uwierało w czasie biegu:-) Teraz już się to nie zdarza. Bo sponsorzy by na to nie pozwolili !!! :-). Więc się biedacy męczą w tych wszystkich „wynalazkach”:-)))

  10. bartonet napisał(a):

    Świetny blog, bardzo fajne wpisy Sławka oraz pozostałych użytkowników :)

    Myślę że jedną z doskonałych broni która nas utrzyma na powierzchni konsumpcjonizmu, oprócz świadomości, jest wiedza.
    Właściwie wykorzystana staje się bardzo pomocna.

    Przykładowo sporo było tutaj odniesień do motoryzacji. Próbując do tego nawiązać postawię pytanie: czym się tak naprawdę różni najnowszy BMW od 10-cio letniego zadbanego innego BMW ? Tym że jest o wiele droższy (często bez poważnego kredytu się nie obędzie) oraz posiada szereg najnowszych bajerów, podobno ,,niezbędnych” dla bezpieczeństwa i wygody, jak to usiłują nam wmówić marketingowcy.
    Naprawdę, niczym się oba nie różnią co jest niezbędne do radości z kierowania: moc i przyspieszenie podobne, dobre hamulce, podobny komfort – z tym że na używanego można jeszcze jakoś uzbierać i wiele lat cieszyć się z jazdy , pod warunkiem odpowiedniego traktowania oraz wprawy i wyobraźni kierowcy którą nigdy nie zastąpią nam dodatkowe systemy trakcji, czujniki parkowania, kamery na podczerwień, asystenty parkowania i wykrywacze znaków drogowych…
    Nie wspominając o fakcie że starsze rzeczy były lepsze, trwalsze – odsyłam do dokumentu ,,spisek producentów żarówek” …

    To tylko przykład który można zastosować do wielu innych dziedzin: elektroniki, mebli , kosmetyków, ubrań… i nie chodzi tutaj aby wszystko kupować używane. Wiele jest podobnych jakościowo i o wiele tańszych (często lokalnych) opcji z tym że nie musimy przepłacać za samą metkę. Wystarczy posiadać wiedzę.

    Na koniec sprawa trochę natury filozoficznej: jest pewna cienka granica pomiędzy skąpstwem lub nieprzyzwoitą poprawnością a lekkomyślnością , rozrzutnością. Z życia czasami trzeba korzystać , (i najlepiej za młodu) , bo jakie nam na starość pozostaną wspomnienia? Poza tym nigdy nic nie wiadomo co może nas spotkać….

    Pozdrawiam :)

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Bartonet, dzięki za komentarz oraz za ciepłe słowa. Zapraszamy częściej na łamy Fridomii.
      A jeśli jesteś zainteresowany kwestiami najmu, to zapraszam również na Kongres Otwarcia Stowarzyszenia Mieszkanicznik, który odbędzie się w Łodzi w sobotę 17 marca. Więcej szczegółów w moim wpisie w dniu 18 bm.
      Kongres jest oczywiście bezpłatny, a zarejestrować się możesz na http://www.mieszkanicznik.pl (strona jest jeszcze w budowie, ale rejestracja na Kongres już działa).

      Do dziś rano zarejestrowało się 20 osób, w tym Piotr, który przyjedzie specjalnie na Kongres aż z Londynu:-). Gorąco zapraszam !

  11. AgaT napisał(a):

    Dzisiaj po raz pierwszy trafiłam na tą stronę. I w sumie porządną lekturę zaczęłam właśnie od tego wpisu. Świetny. Nic dodać, nic ująć. Każdy wyciągnie sobie z niego to, co Jemu bliższe. Dzięki za możliwość mądrej i ciekawej lektury :)

    • Sławek Muturi napisał(a):

      AgaT, witaj na łamach fridomii. Dzięki za to, że zajrzałaś oraz za to, że zechciało Ci się skrobnąć kilka miłych słów. Jest mi niezmiernie przyjemnie. Zaglądaj proszę częściej.
      Powodzenia w budowaniu Twojego szczęścia:-)

  12. Kuneg napisał(a):

    Super wpis. Naprawdę bardzo przyjemnie się go czytało. Tak samo wszystkie te komentarze pod nim :)

    Jestem taką „Zosią-Samosią”, bo kiedyś musiałam i tak mi zostało, a teraz… Lubię.

    Życie wymusiło na mnie wiele oszczędności. Umiejętność zredukowania swich potrzeb w razie konieczności jest cenna, ale umiejętność ograniczenia tego, co tak naprawdę nam nie służy i to w sytuacji bez przymusu, jest bezcenna. Jakiś miesiąc temu stwierdziłam, że po ostatnim półroczu b. częstych wyjazdów służbowych i jedzeniu hotelowym, czas zrzucić parę kilo, bo się zapomniałam nieco. ;) Po miesiącu mam 6 kg mniej i nie postrzegam tego jako jakieś wyrzeczenie, ale jako powrót do normy. Jeszcze ze 4-5 kg i będzie norma. Umiejętność rozsądnego ograniczania się, gdy nie czujemy presji, jest w dłuższej perspektywie korzystna i to chyba w każdym ujęciu. Nie tylko zdrowotnym przy nadwadze.

    Owszem, był czas, że jakbym szyć nie umiała, to bym nie miała w czym chodzić, ale obecnie nie chce mi się zbyt dużo szyć. Ciuchy kupuję gotowe i tylko, jak przypadkiem wpadnę na coś godnego uwagi, t.z.n. jest to dobre gatunkowo, wygląda przyzwoicie i nie kosztuje fortuny, a i tak zdarza mi się poprawki robić, bo ciuch nie leży tak, jak powinien, a sprzedawczyni najzwyczjniej w świecie się nie zna ;) Czy potrzebuję dużo ciuchów? Nie, ale maszyn do szycia nie pozbędę się, bo one dają mi wybór.

    Jedzenie w restauracjach – jakoś nie przepadam. Wolę sobie z mężem razem coś ugotować. Będzie miło i smacznie. A czy tanio? Wszystko zależy od tego, na co przyjdzie nam ochota. Jak jestem za granicą, to też lubię spróbować czegoś nowego, np. mule z masłem czosnkowym we włoskiej knajpce w Londynie, Fischpfanne na wybrzeżu niemieckim, czy knedle z gulaszem u Czechów.

    Wino – też lubię, a odkąd robimy swoje, to jakoś sklepowe niespecjalnie mi smakuje. I nie wiem, czy to zarozumiałość z mojej strony, czy radość, że udało nam się stworzyć coś bardzo dobrego – czerwone, wytrawne, z akcentami kwiatowymi, czasm lekko dymne, innym razem bardziej owocowe. Wszystko zależy od odmiany i pogody. Co roku bywa inne, ale jest nasze. :) Piwo też ostatnio z mężem robiliśmy i wyszło świetne moim zdaniem – ciemne, gęste, karmelowe nieco, nagazowane, jak trzeba i nawet ostrzejsza goryczka mi nie przeszkadzała.

    Niby wychodzimy na skąpców nie kupując wielu gotowych rzeczy, ale z drugiej strony, gdyby podliczyć ten wszystek sprzęt, którego używamy, to pewnie zebrałaby się niezła sumka. …ale my naprawdę lubimy tworzyć :)

    Teraz zamarzył mi się mikroskop i powrót do młodzieńczych pasji. Kupię sprzęt laboratoryjny starej, polskiej firmy, bo stosunek ceny do jakości jest bardzo dobry. Czy potrzebuję tego sprzętu? Niespecjalnie. Wydaje mi się natomiast, że jeszcze mniej potrzebuję kolejnej pary butów, nowego samochodu, czy wycieczki do Australii. ;) Jednak jestem pewna, że bardziej potrzebuję kolejnego mieszkania na wynajem, żebym mogła zrezygnować z etatu i mieć czas na zabawę mikroskopem, i pokazanie dziecku, co mieszka w kałuży pod blokiem :)

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Małgosiu, dzięki za podanie przykładów ze swojego życia (podoba mi się pomysł oglądania z dzieckiem zawartości kałuży pod blokiem) oraz za przypomnienie tego wpisu sprzed ponad 4 lat.

      Kwestie w nim poruszone są nadal aktualne, choć mam wrażenie, że od tego czasu, nasza mini-społeczność Fridomiaków już nie potrzebuje przekonywania do tego jak ważny jest nawyk życia PONIŻEJ swoich możliwości finansowych. Niemniej dla mniej wtajemniczonych, dodam ten wpis do niedawno utworzonej kategorii „edukacji finansowej”

      Czy dziś coś bym dodał do swoich przemyśleń sprzed 4 lat? Powiem tak – nie widzę sprzeczności pomiędzy szczęściem, a ograniczaniem konsumpcji, a pozwalaniem sobie na drobne szaleństwa. Podam konkretny przykład ze swojego życia. Mam w domu więcej koszulek, skarpetek, swetrów, butów, kurtek, plecaczków, itp w kolorze pomarańczowym niż jest mi aktualnie potrzebne do życia. Wiele z nich nadal nawet nie jest rozpakowanych. Gdy w sklepie zauważę coś pomarańczowego w moim rozmiarze, w rozsądnej cenie, to kupuję. Choć wiem, że nie do końca jest mi to akurat w danej chwili potrzebne.

      Po co więc kupuję? Bo obawiam się, że za chwilę z działów męskich ubrań znikną rzeczy w moim ulubionym kolorze pomarańczowym? (jeszcze niedawno było mi bardzo trudno skompletować swój strój). Bo chcę dać zachętę producentom i handlowcom by dalej zaopatrywali sklepy w pomarańczowe rzeczy dla mężczyzn? Bo kolejny zakup poprawia mi nastrój? (kupienie czegoś pomarańczowego daje mi pewnie satysfakcję podobną do tej, którą myśliwy kiedyś miał z ustrzelenia sarny i zapewnienia bezpieczeństwa rodzinie). Bo wpadłem w nawyk? Bo kupowanie pomarańczowego stało się moją „pasją”? A może dlatego, że wpadłem już w obsesję? Bo mam naturę kolekcjonera, a swój minimalizm realizuję poprzez ograniczenie się do jednego koloru?

      Choć wydaje mi się, że dość dobrze znam swoje potrzeby, to prawdę mówiąc sam do końca nie wiem po co kupuję te wszystkie pomarańczowe rzeczy. Ale jedno wiem na pewno. Że nawet gdybym ich kupował 10 razy więcej niż dzisiaj, to i tak nadal żyłbym PONIŻEJ swoich możliwości finansowych. To obsesyjne kupowanie pomarańczowego nie powoduje, że moje koszty utrzymania wzrosły PONAD comiesięczne wpływy z najmu portfela moich mieszkań. Gdybym zaczął kolekcjonować np. pomarańczowe samochody, to mógłbym przekroczyć swoje ograniczenia finansowe.

      A tej granicy nie przekroczę, bo zbyt sobie cenię swoją wolność:-)

  13. tomnext napisał(a):

    http://www.pb.pl/4426213,72906,zalozyciel-ikea-ubiera-sie-na-pchlich-targach

    Ciekawe czy Ingvar w końcu zmienił to ponad 10-letnie Volvo którym jeździł ;)
    Podobno król Szwecji jeździ do pracy sam, zwykłym samochodem.

    Może coś ze mną jest nie tak, ale miliardera, który coś kupi na bazarze, podziwiam;
    a pani w autobusie z torebką z literkami LV budzi we mnie co najwyżej lekkie politowanie ;)

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Tomnext, nie jesteś sam. Ja też bardzo podziwiam skromnych ludzi, którzy chcą dać dobry przykład innym. Choć Ingvara Kamprada nigdy nie widziałem „na żywo” to ma on moją ogromną sympatię. Nie tylko za ogromną skromność, ale też za to, że IKEĘ budował od samego początku na bardzo solidnych fundamentach – etyki, prostoty, uczciwości, dobrego stosunku jakości do ceny, poszanowania dla współpracowników, długoterminowego podejścia. Czyli dokładnie tak jak ja chciałem tworzyć Mzuri.

      Wielu lat życia w dobrym zdrowiu, Panie Kamprad!

      • Tomek napisał(a):

        Ja tez doceniam takie podejście i staram sie żyć skromnie , jednak w tym przypadku byłbym odrobine sceptyczny. Czytałem kiedy, ze widziano tego Pana w Porsche blisko swojej luksusowej rezydencji w Szwajcarii, a to skromne życie jest na pokaz dla pracownikow, żeby sie mieli czym inspirować i nie zadali zbyt dużo :)

        • Sławek Muturi napisał(a):

          Tomek, aż trudno uwierzyć w te doniesienia. Czy to nie był przypadkiem jakiś brukowiec fabrykujący „fakty” dla zwiększenia sprzedaży?

  14. Tomek napisał(a):

    Nawet w Wikipedia można to przeczytać :)

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Tomku, rzeczywiście jest w Wikipedii i pewnie masz rację. Ale wiesz co?Choć te informacje zrobiły z Pana Kamprada bardziej człowieka w moich oczach niż jakiegoś „świętego”, to i tak bardzo szanuję jego podejście do założenia IKEA.

      A to, że miał Porsche? Cristiano Ronaldo pewnie nie ma tak słabego samochodu w swojej stajni kilkudziesięciu limuzyn:-) Pan Kamprad pewnie mógłby kupić całą firmę Porsche od Volkswagena:-) czy tam kto jest właścicielem. A to, że był nazistą w wieku 16 lat? Dziś łatwo nam to oceniać. Rzecz się działa w 1943 roku, gdy mój Tata miał rok, a mama się jeszcze nie urodziła. Nie było internetu, ani nawet gazet. Smaland to była głęboka prowincja Szwecji. Wojna trwała. Nie chcę go w żaden sposób wybielać, a tylko pokazać, że nie powinniśmy oceniać jego ówczesnego wyboru jedynie z dzisiejszej perspektywy.

      Choć to oczywiście „przestępstwo” innego kalibru, ja też się do czegoś przyznam. Gdy miałem jakieś 8-10 lat, to bawiłem się z kolegami z podwórka w kowbojów i Indian. Jakoś nikt nigdy nie chciał trafić do zespołu Indian, bo ci zawsze przegrywali. Ja też wolałem być kowbojem. I dopiero po latach uzmysłowiłem sobie, że kowboje to byli – w sporej części – dranie, którzy napadali na ziemie Indian, mordowali bestialsko ich oraz ich rodziny i zwierzęta.

      Jesteśmy ludźmi. Ludzie popełniają błędy. Jeden błąd nie powinien – według mnie – przekreślać całego dorobku danej osoby, no chyba, że cały dorobek stoi na owym kardynalnym błędzie.

      Gdyby Pan Kamprad zbudował potęgę IKEA poprzez zaopatrywanie w prycze obozów koncentracyjnych, to taki fakt mógłby zmienić moją sympatię. Swoją drogą to wydaje mi się, że wiele powszechnie szanowanych dziś niemieckich korporacji miało silne powiązania biznesowe z nazistami i to w okresie wojny zbudowały swoją biznesową potęgę. Jakoś niewiele słychać krytyki pod ich adresem…

  15. Robert napisał(a):

    Założyciel IKEA ma też jakieś kłopoty związane ze swoją młodością – można poczytać, że to jest dawny sympatyk nazizmu (za finansowe wspieranie organizacji faszystowskich przeprosił w książce swego autorstwa i w otwartym liście do pracowników). Kamprad to także były alkoholik i ”skąpiec”. Przeciwnicy przemysłowca wyrzucają mu np. że założył fundację, która jest jedynie zabezpieczeniem aktywów spółki IKEA. Synowie Kamprada przy pomocy wynajętych prawników przejęli dużą część majątku ojca, twierdząc, że ukrywał on przed nimi dochody z koncernu.

    http://www.mowimyjak.pl/newsy/kto-jest-kim/ingvar-kamprad-zaozyciel-ikei-kim-jest-co-osiagna-rodzina-zycie-prywatne,49_61203.html

    Zresztą teraz na stare lata też nie ma lekko:

    http://www.rp.pl/artykul/1049676-Synowie-zalozyciela-sieci-IKEA-pozbawili-ojca-majatku.html

  16. Tomek napisał(a):

    Sławku, ale ja nie miałem zamiaru oceniać tej osoby (zresztą jak można oceniać negatywnie to, że ktoś kto zbudował tak potężną firmę kupił sobie dobry samochód ?:). Twierdzę tylko, że ta komunikacja o oszczędności ma drugie dno (zresztą nie oceniam tego negatywnie) – ma inspirować pracowników. Ludzie w korporacjach/organizacjach naśladują swoich liderów. Znam jednego z największych przedsiębiorców w Polsce, który chwali się wszystkim, że ma najgorszy samochód w firmie:) Oszczędność ? żadna przy skali firmy, ale na żądania płacowe pracowników ma znaczenie…

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Tomek, sorry jeśli źle odebrałem ducha Twojego komentarza.

      A co do tego znajomego, który chwali się tym, że ma najgorszy samochód w firmie, to może nie chodzi mu jedynie o znalezienie argumentu przeciwko żądaniom płacowym swoich pracowników. Nie wiem zupełnie kogo masz na myśli, nawet się nie domyślam i pewnie nie znam tej osoby, ale może on po prostu zrozumiał, że to nie pieniądze (ani liczba koni pod maską, przyśpieszenie do setki, jakość skóry w tapicerce, znaczek na masce, itp) dają szczęście. Że pogoń za szczęściem w tej postaci jest grą, która nie ma końca. Która powoduje wieczną frustrację i wieczny brak zadowolenia. Osobiście nie słyszałem jeszcze o takiej firmie i takich pracownikach, którzy powiedzieliby szefowi: „słuchaj zarabiamy juz wystarczająco dużo i nie chcemy kolejnych podwyżek”. Ciekawe dlaczego zawsze jest mało…

      Może on po prostu zrozumiał, że o ile zostaną zaspokojone te najbardziej podstawowe potrzeby materialne (jedzenie, ubranie, spanie, edukacja dla dzieci), to szczęście można znaleźć w sobie; w słońcu na zewnątrz lub w tym, że jest ciepło wewnątrz; w poczuciu, że klient jest zadowolony; że się dobrze wykonało swoje zadanie; że firma się rozwija; że mogę liczyć na pomoc kolegi, w pomaganiu koledze. W dostrzeganiu tego, że innym się coraz lepiej powodzi. Do tego by mieć pozytywne nastawienie nie trzeba więcej zarabiać. Za to mając pozytywne nastawienie, lepiej traktuje się klientów oraz współpracowników, wykonuje się swoje zadania z większą energią oraz większym zaangażowaniem. W efekcie obroty firmy rosną i przyjdzie czas na wyższe podwyżki. Który szef ryzykowałby to, że jego najlepsi ludzie odejdą do konkurencji?

      Nie szukając daleko, ja też zachęcam Fridomiaczki i Fridomiaków do skromniejszego życia. Podawałem swego czasu do publicznej wiadomości pewne fakty z mojego życia osobistego. Przez wiele lat jeździłem małą , niedrogą Mazdą, którą zresztą 9-10 miesięcy temu sprzedałem; przesiadłem się na skuter. Skuter, choć 15-krotnie tańszy od mojej niedrogiej Mazdy, daje mi 10-krotnie większą frajdę z przemieszczania się. Od ponad 30 lat, systematycznie oszczędzam na hotelach – nie mam żadnych dylematów przy wyborze hotelu. Dla mnie im tańszy hotel, tym lepszy. Kropka. Mieszkam w 39-metrowym, 2-pokojowym mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty na warszawskim Grochowie i co ranek cieszę się widokiem na Park Skaryszewski oraz na Stadion Narodowy oraz na panoramę miasta. Biuro Mzuri znajduje się w bardzo tanich barakach po budowniczych Biblioteki Narodowej – toalety w korytarzu są bardzo zaniedbane, ale za to mamy w biurze okna (które da się otworzyć!) wychodzące wprost na drzewa parku Pola Mokotowskie. Kilka razy w miesiącu widywałem na nich wiewiórki krzątające się za swoimi sprawami. Odległość krótkiego spaceru do stacji metra też jest powodem do radości. Ostatnio kupiłem w Singapurze pomarańczowy zegarek za SGD 5 (słownie: pięć) – w poprzednim, też pomarańczowym, pękł pasek. Kupiłem też nową komórkę – bo w poprzednim modelu za PLN 70 siadła bateria bo nie włączałem telefonu praktycznie od połowy grudnia 2015 roku – która kosztowała mnie SGD 25 czyli również około 70 zł; nie udało mi się znaleźć tańszego modelu:-)

      Podaję te i inne fakty po to by Wam pokazać na swoim przykładzie, że można żyć PONIŻEJ swoich możliwości finansowych i nie czuć się z tym dyskomfortowo. A nie po to byście się do mnie nie zwracali o … podwyżkę:-) A dlaczego, zależy mi na tym byście nie krępowali się żyć PONIŻEJ swoich możliwości finansowych? Bo głęboko wierzę w to, że ta umiejętność przybliży Was do osiągnięcia wolności finansowej. A wsparcie Was w jej osiągnięciu jest moją osobistą misją. Może Twój znajomy też ma jakąś misję lub po prostu wewnętrzną potrzebę podzielenia się z innymi refleksjami z drogi życia, którą dotąd przebył?

      • Adam i Ania napisał(a):

        Sławku, ale ten świat mały (kto jak kto, ale Ty wiesz to najlepiej) !!! Okazuje się, że nasza firma miała biuro w tym samym budynku na ul. Batorego, z tym samym oszałamiającym widokiem na zielone Pola Mokotowskie. Niestety znaleźliśmy tańsze i lepsze dla naszej działalności biuro, a tak moglibyśmy być sąsiadami. Tak przy okazji, czy nadal (mimo zakazu palenia) jest na piętrze przy schodach palarnia ?! Pamiętam, że administrator kopcił jak smok i powiedział, że u niego w budynku można palić a zakazy go nie dotyczą. Potwierdzam biura, poza standardem, mają same atuty – rzut beretem od Metra Pole Mokotowskie, nieprawdopodobny widok na zieleń parku oraz absolutną ciszę w centrum miasta. Tak więc jesteśmy ponadczasowymi sąsiadami w pracy.
        Przy okazji szkoda, że Mzuri nie miało tam biura w naszych czasach, bo pozwoliłoby nam uniknąć wielu niezbyt ciekawych pomysłów. Pewnie spotkalibyśmy się przypadkiem, a Ty byś nas przekonał, że masz taki fajny pomysł na wolność finansową. My akurat od dziesięciu lat spełniamy zasady życia PONIŻEJ swoich możliwości finansowych. Co więcej mamy unikalny system zapisywania wydawania każdej złotówki w firmie oraz w domu a na wydatki domowe co miesiąc mamy stałą i nieprzekraczalną kwotę. I musimy się pochwalić, że od dziesięciu lat ta kwota się nie zmieniła. Czyli de facto, patrząc przez pryzmat inflacji, to się zmniejszyła. Mamy też system motywacyjny, czyli jeśli chcemy sobie coś kupić ekstra to musimy z tych pieniędzy odłożyć i uzbierać. Możecie się śmiać, ale dopiero parę lat temu kupiliśmy taki duży X-calowy telewizor, właśnie odkładając sobie z pieniędzy na wydatki „domowe”. To nic, że od tego czasu moglibyśmy sobie kupić i sto takich telewizorów, my wolimy odkładać pieniądze na inne cele.
        A tak kończąc, pozwolę sobie na taki żarcik, że Twój nowy program w firmie, że wszystko jest skanowane i wysyłane mailem, zabija stosunki międzyludzkie. W starej firmie, wziąłbym wydrukował umowę o wyszukiwanie nieruchomości przez Mzuri, poszedł na spacer na Batorego, poznał osobiście Twoich współpracowników i przypomniał sobie stare kąty. A tak wysłałem skan, wpłaciłem kaucję i nic.
        Serdecznie pozdrawiam i powiem tak, aby za dużo nie kadzić Ci Sławku – super, że JESTEŚ i super, że jest ten blog, który stał się moją codzienną lekturą „do poduszki”.
        Pozdrawiamy
        Adam (i Ania, której namiętnie opowiadam co nowego na bloku Sławka – więc jest „biernym” czytelnikiem).

        • Sławek Muturi napisał(a):

          Adam i Ania, dzięki za Wasz wpis, który rozbawił mnie prawie do łez. Palarni nie kojarzę, może to jednak w jednym z budynków obok. Gratuluję znalezienia tańszego biura – nie sądziłem, że to możliwe:-) Gratuluję Wam też umiejętności życia PONIŻEJ swoich możliwości – to dośc unikalna (niestety) kompetencja w dzisiejszym świecie.

          Dziękuję też za komplement pod adresem naszego systemu CRM. O ile biura mamy XIX-wieczne, to system CRM Mzuri jest zdecydowanie XXI-wieczny. Jeden z klientów zapytał ponoć moją Córkę (która jest szefem sprzedaży) czy skoro stać nas było na tak zaawansowany system, to czy pozyskaliśmy jakiegoś zagranicznego inwestora? Po co? – przecież jestem częściowo z Kenii. Ale tak na poważnie, to system kosztował nas więcej niż nasze roczne przychody (nie dochody, tylko właśnie przychody) i mam nadzieję, że będzie dobrze służył naszym Klientom.

          Ogromnie się cieszę i bardzo dziękuję za to, że zaufaliście Mzuri. Będziemy się starać ten kredyt zaufania spłacać comiesięcznymi dobrymi uczynkami. Do zobaczenia może gdzieś wkrótce.

  17. Adam i Ania napisał(a):

    Na pewno w tym samym budynku co Mzuri Investment – ten sam adres. Widocznie, albo zmienił się administrator, albo najemcy przekonali go, że nie może zarządzać jedynym w obiektem publicznym w W-wie, w którym można było palić na korytarzu.
    Znam wielu znajomych, mających firmy, którzy mają biuro z XXI wieku, a zarządzanie na poziomie XIX wieku. Rekordzista, przy pierwszych dużych przychodach (nie dochodach), przeprowadził firmę do biur, które kosztowały go 20.000 pln miesięcznie a nie wymagały wizyt klientów !!! Nie muszę dodawać, że musieli biznes wkrótce odsprzedać. I co ciekawe, sam biznes dziś jest wszystkim doskonale znany. Ich logo zdobi wiele budynków w Warszawie.
    A my swoje biuro mamy po znajomości „za pół darmo”, tam gdzie mamy swoich Klientów. Nie są to już komercyjne stawki, więc nie martw się. Masz najtańsze biura na (uwaga) Ochocie… Bo choć biuro leży na terenie Pól Mokotowskich, to należy już do dzielnicy Ochota.
    Na pewno jeśli będzie taka okazja, to zawsze z przyjemnością wpadniemy posłuchać na żywo, jak opowiadasz o wolności finansowej. Raz byliśmy i powiem, że umiesz naładować bateryjki, aby przypadkiem nie zboczyć ze ścieżki do wolności finansowej. My jeszcze kilka spraw musimy wyprostować, ale na pewno będziemy podążać „pomarańczową ścieżką” razem z Twoją Firmą.
    Pozdrowienia
    A

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Adam i Ania, „podążanie pomarańczową ścieżką”… Podoba mi się to określenie. Zapraszam gorąco. Gdy będzie nas coraz więcej, to stworzymy pomarańczową autostradę do wolności finansowej:-) Mam nadzieję, że nie brzmi to za bardzo sekciarsko. Zapraszam też oczywiście na któryś z kolejnych seansów „ładowania bateryjek”:-))) Do zobaczenia!

      • Kuneg napisał(a):

        Sekciarsko? Nie. :)
        Zabrzmiało za to jak Pomarańczowa Alternatywa i Pomarańczowa Rewolucja.
        Widać ten kolor ma coś w sobie… wywrotowego ;)

        • Sławek Muturi napisał(a):

          Małgosiu, wywrotowego? No nie wiem. Lubię kolor pomarańczowy bo jest ciepły i wesoły i nie kojarzy się z … szarością życia. Wywrotowy bo być może zachęca do tego aby wywrócić swoje szare życie na drugą stronę, po to by znaleźć pod nim pomarańczową … podpinkę:-)

          W każdym razie, dzięki Adamowi i Ani, mamy teraz obok Pomarańczowej Alternatywy, Pomarańczowej Rewolucji, również Pomarańczową Ścieżkę:-)))

Dodaj swój komentarz:





Chcesz, aby koło Twojego komentarza pojawiła się Twoja ikona lub zdjęcie?
Kliknij tutaj i dowiedz się jak to zrobić.

Powiadom znajomego o tym wpisie:

E-mail *
Wpisz wiadomość
Subskrybuj komentarze do tego wpisu

NAJBLIŻSZE SPOTKANIA FRIDOMIACZEK I FRIDOMIAKÓW

Ze względu na moje zimowanie w tropikach (w tym roku lecę do Afryki), kolejne spotkania przewiduję dopiero na wiosnę 2017 roku. Chyba, że ktoś miałby ochotę się spotkać ze mną w Kenii, Tanzanii, Gabonie (Mistrzostwa Afryki w piłce nożnej), Namibii, RPA, Mozambiku, Etiopii lub na wyspie Mayotte (ze względu na to, że jest to zamorskie terytorium Francji, to można tam polecieć bez paszportu:-). Być może wyskoczę też na dzień-dwa do stolicy Somalii, Mogadiszu, ale tam nikogo nie zapraszam ze względów bezpieczeństwa:-)

czwartek, 20 kwietnia – Trójmiasto, Uniwersytet Gdański, więcej szczegółów bliżej terminu spotkania

czwartek, 25 maja – Trójmiasto, więcej szczegółów bliżej terminu spotkania

 

Archiwum - miesiąc po miesiącu

Najwyżej cenione

Warren Buffet a tłuste koty z Wall Street

Niedawno natknąłem się na 5-stronicowy artykuł o Warren'ie Buffet, jednym z najbogatszych ludzi na świecie (majątek wart USD 45 mld, czyli 1/4 GDP Polski) w amerykańskim tygodniku Time (z 23 stycznia 2012). Autorka - Rana Foroohar - odwiedziła go w jego skromnym domu i w biurze w Omaha w Stanie Nebraska. Warren zaprosił ją też na lunch do lokalnej jadłodajni, w której lubi się stołować. Osiągnięcia Warrena Buffet są naprawdę imponujące. Ogromny majątek, na który składają [...]

Najnowsze komentarze

  • Sławek Muturi: Kolejne informacje „w temacie” (1) Po zaledwie tygodniu od otwarcia sprzedaży obligacji...
  • Sławek Muturi: BiL, dzięki za przesłanie linka. Niestety tu gdzie teraz jestem mam zbyt słaby internet by wysłuchać...
  • Sławek Muturi: BiL, podobnie jak Ty, nie posiadam kryształowej kuli, która ukazałaby mi przyszłość, więc mogę polegać...
  • Catherine Sophie: Mogę się podpisać. Mam wrażenie, że ludzie nie rozumieją idei dywersyfikacji. To ma sens w takiej...
  • BiL: Slawek, napisales: „być może zachęci to banki do powrotu do swojej oryginalnej roli – zbierania depozytów...
  • BiL: Slawek, wydaje mi sie, ze w zwiazku z wyjatkowo duza liczba nieruchomosci ktore posiadasz, jestes obecnie w...
  • Sławek Muturi: Jeszcze jedna ciekawostka. Rząd wywiera presję na regulatora by podwyższyć dzienne limity transakcji,...
  • Sławek Muturi: Janek, nie czuję się ekspertem od przygotowań do wypraw. W tę ostatnią wyruszyłem praktycznie bez...
  • Sławek Muturi: Dostałem mailowo od Janka takie oto zapytanie: Witaj Slawku. Trzymam kciuki za Twoja Wyprawe na Gore...
  • Sławek Muturi: Gdyby ktoś był zainteresowany wspinaczką, to gorąco polecam mojego przewodnika – David Maina....
  • Sławek Muturi: Po czterech dniach trekkingu zszedłem z Góry Kenii. Wyczerpany, ale bardzo zadowolony i to nawet...
  • Sławek Muturi: Robert, duże dzięki:-)
  • PioNa: Dzięki Robert za odpowiedź ;)
  • Robert: Jest dzisiaj wywiad z szefem Mzuri: http://www.rp.pl/artykul/13147 83-Oszustow-na-rynku-najmu-...
  • Robert: Póki co chyba nie ma jeszcze żadnych doświadczeń, bo nie ma jeszcze żadnych wypłat ;-) trzeba cierpliwości
  • kw: no to napisz co uważasz za plusy i minusy tej spółki i jak ją oceniasz, ja osobiście wolałbym własną kawalerkę,...
  • Beata Suchodolska: Weroniko, tu jest wymieniona dystrofia miotoniczna- nie wiem, czy to to samo:...
  • Robert: http://www.rp.pl/Mieszkaniowe/ 303279974-Szalenstwo-na-rynku- najmu-trwa.html#ap-1
  • BiL: http://www.polskieradio.pl/42/ 277/Artykul/1743734,Mieszkanie -Plus-mieszkania-po-2-tys-zl-z a-m-kw-ale-bez-wind...
  • Weronika: Witam, Mojego pracownika synek jest chory na dystrofie mięśniowa. Przeczytałam, ze ta metoda leczenia może...

Najnowsze wpisy

created by Water Design