13

08.2016

Projekt Rio 2016 – Dzień 4

autor: Sławek Muturi|kategoria: Blog autorów, Podróżowanie po świecie, Refleksje nad mijającym czasem, Życie postkorporacyjne

ilość komentarzy: 4

Moje pierwsze 3 dni kibicowania na Olimpiadzie w Rio opisałem w formie bardzo długich komentarzy. Maciej zwrócił mi uwagę, że może lepiej robić z tak długich opisów oddzielne wpisy, co niniejszym czynię.

Mimo, że jestem tu dopiero 4 pełne dni, to mam tyle wrażeń, że czuję jakbym tu był co najmniej od tygodnia lub nawet dłużej. Do hostelu wracam bardzo późno i bardzo zmęczony. Nie mam nawet siły jeść. Przeglaam tylko maile i opisuję swoje wrażenia na fridomii. Kładę się spać późno i w sumie dość krótko śpię (poprzedniej nocy tylko 4 godziny) bo następnego poranka mam zajęcia na jakimś stadionie w Rio.

Siatkówka

Dziś swoje poranne zajęcia rozpocząłem od wizyty na Maracanazinho (czyli małej Maracanie, hali mieszczącej się na tyłach słynnego brazylijskiego stadionu). Widziałem tam dwa mecze siatkówki kobiet. Serbia – Chiny oraz Argentyna – Kamerun. Wygrały Serbki i Argentynki. Zwłaszcza ten drugi mecz był bardzo zacięty. Kamerunki prze dużą część meczu, a także tie-break’a prowadziły, ale gdzieś zgubiły koncentrację.

Pomimo tego, że w arenie pojawiło się mnóstwo kibiców z sąsiadującej z Brazylią Argentyny (kibiców z Kamerunu była mała garstka), to było sporo wolnych miejsc. Usiadłem w pierwszym rzędzie z boku kortu, tuż przy stanowisku sędziego siedzącego nad siatką na wysokim stołku. Kibice brazylijscy i postronni raczej kibicowali Kamerunkom (Brazylijczycy nie lubią drużyn z Argentyny; chodzi o jakieś sąsiedzkie waśnie). Dziewczyny z Kamerunu dodatkowo zdobyły serca brazylijskich kibiców swoimi układami choreograficznymi. Stojąc w kręgu bardzo rytmicznie przebierały nogami i trzęsły pupkami. Przypomniały Brazylijczykom skąd się wzięło ich poczucie rytmu:-). Parę razy po zdobyciu punktu robiły cieszynkę naśladującą tę spopularyzowaną przez Usaina Bolta.

Byłem na wielu meczach mistrzostw siatkówki mężczyzn w Polsce. Atmosfera w Polsce była o wiele fajniejsza. Tutaj też DJ puszczał energetyzującą muzykę i prowadził  doping kibiców. Ale polscy kibice są jednak bardziej rozśpiewani i lepiej zorganizowani. To czym tutaj atmosfera była lepsza niż w Polsce to tańce. I nie mam na myśli jedynie tego niesamowitego układu break dance robionego przez grupkę młodych ludzi na parkiecie podczas przerw w meczu, ale też tańce na trybunach. No i ludzie są sobie nawzajem niesamowicie życzliwi. Zagadują się nawzajem. Nawzajem sobie pomagają. Nawet jeśli ktoś komuś przypadkowo nadepnie na odcisk, to nie czuć ani grama chęci odwetu. Nikt nikogo nie poucza (jest to cecha Polaków, która bardzo mnie irytuje).

Po zakończeniu meczu, Argentynki przybiegły do swoich fanów, a w zasadzie, to przemieszczały się wzdłuż każdej z trybun i przybijały piątki z kibicami, robiły sobie z nimi selfies, a ze znajomymi się ściskały. Wzruszający był moment gdy facet stojący bezpośrednio przede mną podał dziecko, które trzymał na ręku jednej z siatkarek – po prostu – mamie. Mała córeczka chyba nie do końca rozumiała na czym polegał sukces jej mamy, po prostu wczepiła się w nią z wielką miłością.

Znów miałem okazję (niewykorzystaną, czego w ogóle nie żałuję:-) zrobić sobie selfies z większością dziewczyn z zespołu Argentyny, a wcześniej Serbii. Jedną z Argentynek, tę która najbardziej mi się podobała (sportowo oczywiście:-) poprosiłem o autograf na moim bilecie. W zamieszaniu podpisała bilet na niedzielny maraton kobiet, a nie na mecz siatkówki, na którym się spotkaliśmy. Wydrukowali mi bilety w formie jednego długiego wyciągu, łączącego bilety na 6 różnych dyscyplin i Busquets podpisała z odwrotnej strony niż jej podałem.

Tak czy inaczej, fajne jest to , że na niektórych tutejszych wydarzeniach sportowcy się nie izolują. Są naprawdę blisko swoich fanów. Oczywiście na trybunach czy w wiosce olimpijskiej (a w Londynie nawet w metrze czy w sklepie) można spotkać bardzo wielu sportowców, ale można z nimi pogadać nawet bezpośrednio po zakończeniu zawodów. To pewnie dlatego dziewczyny mają takie staranne makijaże przed wyjściem na boisko czy na szermierczą scenę. Nienaganne makijaże pomimo – można by się spodziewać – potu wywołanego wysiłkiem fizycznym.

Miasto

Przez te 5 dni w Rio prawie cały czas jeżdżę metrem. Okazuje się, ze do większość aren sportowych można dojechać metrem, Nie dlatego, że sieć metra jest jakoś szczególnie rozbudowana, tylko ze względu na położenie miasta – jest wciśnięte pomiędzy ocean, a bardzo wysokie skaliste góry (słynna, kilkudziesięciometrowa rzeźba Chrystusa Zbawiciela, która była chyba inspiracją dla naszej figury w malutkim miasteczku przy granicy z Niemcami) stoi na górze, która ma 710 m wysokości n.p.m.

Metro nie stoi w korkach i jest bezpieczne i  łatwe w użytkowaniu – jeździ zawsze tą samą, bardzo dobrze opisaną trasą. Niestety nie widać z niego miasta, tylko podziemne, ciemne korytarze. Dziś jadąc z Maracanazihno na Sambodormo (to tam odbywają się słynne na cały świat festiwale w Rio) miałem do wyboru metro, taxi albo autobus. Ponieważ się aż tak bardzo nie śpieszyłem, postanowiłem pojechać zwykłym miejskim autobusem, tutaj zwanym onibusem.

Jeździłem już takimi przy okazji poprzednich wizyt (w Rio jestem już chyba jakiś 10-12-sty raz, moze nawet więcej). Autobusy są teraz nowsze – mają klimę i inne bajery. Ale nadal nie zmienił się system barierek. Wchodzi się do autobusu tylko przednimi drzwiami. Kierowcy trzeba zapłacić za przejazd (dziś prawie wszyscy mają plastikowe karty, którymi się dotyka czujnik) i potem przechodzi się przez metalowy kołowrotek by wejść do środka autobusu. Kołowrotek jest dość wąski, na szerokości autobusu często są dwa obok siebie by zwiększyć nieco przepustowość, ale to powoduje że stają się jeszcze węższe. Przejście jest bardzo kłopotliwe nawet dla młodych i sprawnych, a co dopiero dla starszych, dla otyłych, czy dla osób z większymi zakupami czy bagażami. Pamiętam, że gdy byliśmy po raz pierwszy w Brazylii z małymi wówczas dzieciakami i jedno spało mi na ramieniu, a drugie jechało w wózku, to przejście przez te bramki było prawdziwym koszmarem. Zwlaszcza gdy jest gorąco i lepko, a tu trzeba się było przepychać przez kołowrotki w szybkim tempie, bo za chwilę z kopyta ruszy kierowca i grozi to upadką.

Choć teraz byłem sam, bez bagazów, a temperatura jest mocno wiosenna (21 st C), a autobusy są klimatyzowane, to przypomniałem sobie z rozrzewnieniem stare czasy.

Łucznictwo

Jak wspomniałem areną konkursu finałowego łuczników był Samobodrom. Byłem tam kilkanaście lat temu jako turysta (niestety nie w czasie karnawału) i niewiele się zmieniło – może tylko wszystko się jeszcze bardziej postarzało i zdziadziało. Olimpijskie dekoracje nie zakryły rozpadającej się infrastrukyczy też tury (ta uwaga dotyczy też miniMaracany.

Ciekawe to, że te 3 różne kompleksy aren olimpijskich, które miałem okazję dotąd widzieć tutaj, bardzo się od siebie różnią. Deodoro to nowe konstrukcje, ale raczej tymczasowe. Trybuny są zbudowane z blachy podtrzymywanej na aluminiowej konstrukcji. Po Olimpiadzie konstrukcja zostanie rozebrana, załadowana na ciężarówki i wywieziona na jakąś budowę. Po stadionach nie będzie śladu.

Barra de Tijuca to ultra nowoczesny kompleks w dzielnicy nowych budynków biurowych i mieszkalnych. Wszystkie tamtejsze areny pozostaną i mam nadzieję, że będą dobrze służyć mieszkańcom Rio przez wiele lat, tak jak stadiony w Polsce czy wioska olimpijska w Sydney i że Rio nie pójdzie drogą Lizbony. Stadiony wybudowane na EURO sieją pustką i grozą.

Ale wracając do samego łucznictwa. Choć nawet raz wiele lat temu, gdy jeszcze pracowałem w konsultingu, podczas firmowej imprezy integracyjnej, na którą zaprosił mnie jeden z moich klientów, miałem okazję strzelać z prawie profesjonalnego łuku do tarczy, to reguł tej konkurencji w ogóle nie znałem. Nigdy nie widziałem choćby nawet w telewizji.

Reguły są dość proste i już po kilku pierwszych meczach zrozumiałem co i jak. Zawodnicy konkurują ze sobą w  parach, strzelając z łuku do tarcz oddalonych o ok 50 metrów. Oddają po 5 serii 3 strzałów każdy, strzelając na przemian. Każda seria jest punktowana – sumuje się punkty z każdego strzału. Za zdobycie większej liczby punktów w każdej serii wygrywa się set. A wygrywa ten, który wygra więcej setów, podobnie jak w tenisie czy siatkówce.

Strzały wylatują z prędkością ok 200 km/godz i do celu lecą ponad sekundę. Mecze dość szybko się kończą. Jeśli na koniec jest remis, to decyduje tzw strzała śmierci. Zawodnicy oddają po jednym strzale i wygrywa ten, który strzeli bliżej środka tarczy. Kilka meczów zostało rozstrzygnietych w ten właśnie sposób. Wiecie, faceci oddają po 15 strzałów każdy, a potem i tak decyduje ten jeden, jedyny:-) Takie sytuacje zdarzyły się chyba ze 3-4 razy.

A widziałem 4 mecze ćwierćfinałowe, dwa półfinałowe, jeden o brąz (Amerykanin pokonał Holendra) i mecz o złoto (Koreańczyk pokonał Francuza:-), czyli w sumie 8 meczów. I w blisko połowie decydowały strzały śmierci. Pytanie czy w ogóle nie powinni po prostu oddać po jednym strzale i już:-) Oczywiście jest to wbrew logice sportu. To tak jakby piłkarze mieli nie grać 90 czy 120 minut, tylko od razu przejść do rzutów karnych:-)

W finale spotkali się Francuz z Koreańczykiem. Nie wiedziałem komu kibicować. Koreańczyk sprawiał wrażenie bardzo sympatycznego; za to hymn Francji bardziej mi się podoba. Oba hymny już słyszałem wczęsniej w Rio – francuski przy jeździectwie, a koreański przy strzelectwie. W końcu po raz drugi asystowałem przy złocie dla Korei i oba zdobyte w strzeleckich konkurencjach. Widać, że półwysep koreański jest bardzo napięty. Koreańczycy są gotowi bronić się czy to pistoletem czy nawet łukiem.

A swoją drogą, to łucznictwo to kolejna dyscyplina dla bogatych. Wśród ósemki zawodników w ćwierćfinale było dwóch Koreańczyków, Japończyk, Holender, Francuz, Włoch, Australijczyk i Amerykanin. Żadnego zawodnika z Trzeciego Świata. Mogłoby się wydawać, że łuk oraz tarczę z kółkami może sobie zrobić każdego dziecko na sawannie czy w dżungli. A jednak… Te dzisiejsze łuki wyglądają jak małe rakiety na księżyc. Domyślam się, że muszą być zrobione z jakiś kosmicznych materiałów i są zbyt drogie dla zwykłych łuczników.

Zawody były ciekawe, trzymały w napięciu. Sytuacja czasami zmieniała się ze strzału na strzał. Jednak najdłużej zapamiętam je ze względu na sambę, która pojawiła się na początku i na końcu zawodów. Jak przystąło na Samdodrom – skąpo ubrane tancerki, stanowiący ich tło tancerze oraz kilkunastoosobowa orkiestra dęta, która dawała czadu i fachowy podkład dla tancerek. Bardzo sympatyczne:-)

Muzyka na żywo w moim hostelu

Zresztą muzyka dalej mi towarzyszy. Jestem w hostelu i na dole, na patio piszę ten wpis, spoglądając na tv gdzie leci powtórka meczu siatkówki plażowej Polaków z Chile:-). Głos komentatora jest wyłączony, bo przyszedł 3-osobowy zespół, który gra i śpiewa bardzo fajną, duchową muzykę. Większość po portugalsku więc nie do końca rozumiem, zresztą skupiam się na pisaniu (choć pewnie dziś może mi nie wychodzić do końca składnie, niestety my faceci nie mamy podzielnej uwagi:-( Chłopak gra na gitarze, drugi na klarnecie i dziewczyna na instrumencie, którego nie znam. Jakiś rodzaj grzechotki. Cała trójka śpiewa i to naprawdę bardzo dobrze.

Ostatnio gdzieś przeczytałem, że muzyka działa bardzo zdrowotnie na człowieka. jest nam potrzebna do dobrego życia. To wiedziałem, natomiast nie wiedziałem, że uzdrawiająco działa tylko muzyka na żywo. Żadna tam nagrana czy elektroniczna. Najlepsza grana na naturalnych, tradycyjnych instrumentach, albo śpiewana na żywo. Albo we własnym wykonaniu.

Patio jest spore. Zwykle jadamy tu śniadania. Jest tu ok 8 stolików, ale ludzie siedzą też na ławkach. I dziś wieczór jest tu komplet ludzi. Wielu klaszcze, śpiewa razem z wykonawcami. Atmosfera jest naprawdę super. Podnosi na duchu.

PS Jakiś miły chłopak zapytał mnie czy może przełączyć kanał, bo akurat gra – na zywo – brazylijska żeńska drużyna piłki nożnej z Australijkami. Oczywiście się zgodziłem. Facet tak się szeroko uśmiechnął od ucha do ucha:-) Zwykle jestem mało podatny na męskie wdzięki, ale jednak zauważyłem, że faceci są tutaj tak przystojni, że dziwię się Polkom dlaczego więcej nie wiąże się z … Brazylijczykami:-) A przy okazji jak tańczą, śpiewają, potrafią się cieszyć i śmiać:-)

Podziel się!

0

Komentarze:

  1. prezesik2000 pisze:

    Sławku wspomniałeś o podróży do Rio z dwójką małych dzieci – napisz proszę jak się do takiej podróży przygotować, na co zwrócić uwagę, czy 2 latka nie jest zamała kilkunasto godzinny lot samolotem ? Myślę o urlopie na Kubie …(dzieci 9 i 2 lata)

    0
    • Sławek Muturi pisze:

      Prezesik, wg mnie dzieci nigdy nie są zbyt młode by daleko podróżować. Moje zaczęły wcześnie – córka w wieku 8 miesięcy lotem z Kenii do Warszawy (z nocowaniem po drodze w Sofii), a syn – w wieku 2 lat był już na wszystkich kontynentach za wyjątkiem Antarktydy.

      Przed podróżą nie stosowaliśmy żadnych przygotowań. Zresztą tak jak zawsze – wystarczy paszport, ewentualnie wiza (dziś Polacy potrzebują wiz do coraz mniej krajów, co znacznie ułatwia podróże), bilet lotniczy i pieniądze (kiedyś musiałem pamiętać by wymieniać dolary dziś wystarczy nie zapomnieć karty bankomatowej, chyba że się jedzie do mało rozwiniętego gospodarczo kraju gdzie może nie być bankomatów).

      Za to mieliśmy doskonale opracowany system nocowania w samolotach długodystansowych. Braliśmy miejsca po środku samolotu, tam gdzie są obok siebie 3 albo nawet cztery fotele. Dodatkowo zawsze pytałem stewardesy czy nasz samolot będzie pełen („Is this going to be a full flight tonight?”) i jeśli nie to starałem się zająć jeszcze jeden dodatkowy rząd siedzeń (kluczowa jest tutaj info od kapitana przez intercom – „boarding completed”).

      Dzieci obowiązkowo siusiu, nie na zasadzie pytania „a może chcesz”, tylko na zasadzie prostego komunikatu „idziemy siusiu”.

      Po wystartowaniu i osiągnieciu wysokości przelotowej (znów przydatny komunikat kapitana (:we have reached our flight altitude”) pytałem stewardesy o podanie jedzenia dla dzieci. Chodziło o to, że one długo jadły. Jeśli dostały wcześniej, to kończyły – bez poganiania – mniej więcej z nami.

      A po jedzeniu żądnych tam kreskówek czy filmów, tylko jeszcze raz siusiu i spać. Żona z dziećmi rozciagnięta na owych 4 fotelach, a ja mościłem sobie kocami i poduszkami (zawsze starałem się o ich większy zapas; dodatkowe koce można znaleźć w lukach blisko toalet oraz środka samolotu lub po prostu o nie popprosić) wyrko w nogach, pomiędzy rzędami. Tak więc ja byłem na dole, a dzieci i żona nade mną.

      Spaliśmy w ten sposób jak susły całą drogę, budząc często podziw innych rodziców z dziećmi, ale też stewardes. Nasze dzieci nie płakały, nie marudziły, w ogóle nie było ich widać ani słychać.

      Na miejsce dolatywaliśmy wyspani i wypoczęci, w dobrych nastrojach.

      To co opomagało to też to, że ani ja ani moja była żona nie należeliśmy do obozu rodziców „Króla Maciusia Pierwszego”. To rodzice, którzy pozwalają dzieciom rządzić – „nasz synek nie miał ochoty pójść gdzieś tam” lub „nasza córka nie lubi”. Nasze dzieci przyzwyczailiśmy lubić to co my lubimy, więc nie byliśmy rodziną demokratyczną (gdzie każdy ma po jednym głosie), tylko raczej autokratyczną *wszystkie głosy ma jedna osoba). Może to nie eleganckie, ale w rodzinach Króla Maciusia Pierwszego wszystko się rozłazi, są ciągłe pretensje i fochy.

      Dlaczego tak się dzieje? Wg mnie dlatego, że małe dzieci nie potrafią dokonywać wyborów. Pytanie mamy czy chcą zrobić to czy tamto wywołuje u nich niepotrzebny stres. Bo dzieci są maksymalistami i wolą „i to i tamto” i pozbawienie ich tamtego postrzegają w kategoriach dużej straty. A już konsekwentne trzymanie się raz podjętego wyboru jest często zupełnie ponad ich siły.

      Zachęcam do wzięcia większej odpowiedzialności za wybory, których trzeba dokonać. Zrzucanie z siebie odpowiedzialności pod pretekstem demokracji nie jest wg mnie dobrym rozwiązaniem w stosunku do małych dzieci. I to dotyczy całego życia, a nie tylko podróży. Gdyby stosować pełnię demokracji to dzieci pewnie w ogóle nie poszłyby do szkoły, całe dnie by grały w gry komputerowe, byłyby całe pokryte tatuażami i najeżone kolczykami i objadałyby się tak, że miałyby jeszcze większą nadwagę niż mają. Nie mówię tu o swoich dorosłych już dzieciach:-) tylko o polskich dzieciach ogólnie.

      0
  2. prezesik2000 pisze:

    Dzięki Sławku za tą odpowiedź – właśnie o takie rady mi chodziło :)
    Życzę dużo pozytywnych wrażeń z olimpiady w Rio :)

    0
    • Sławek Muturi pisze:

      Prezesik, i jeszcze jedna obserwacja. Jeśli dziecko płacze czy wręcz drze się w samolocie wniebogłosy, to nie dlatego, że boi się latać. Dzieci mało czego się boją i pojęcia nie mają, że latania należy się bać. Wg mnie płaczą jednego z dwóch powodów:
      – albo udziela im się strach i panika rodziców (to akurat dzieci chyba potrafią wyczuć)
      – albo po prostu są głodne. Wg mnie to główna przyczyna płaczu w samolocie. Wiele razy radziłem matce, która nie wiedziała co robić by uciszyć dziecko, by po prostu dała mu cycka. To zwykle działa cuda:-) „Skąd wiedziałeś” – pytają jakbym odkrył przed nimi Amerykę:-)

      Jeśli dzieci płaczą przy podchodzeniu do lądowania, to prawdopodobnie dlatego, że zatkały im się uszy z powodu zmiany ciśnienia. Jeśli dzieci są wystarczająco duże by jej nie połknąć, to warto dać im przed schodzeniem do lądowania gumę do żucia. Żucie gumy otwiera kanały w uszach by się nie zatykały i ciśnienie się samo wyrównuje. Jeśli są za małe do żucia gumy, to warto je zachęcić do kilkukrotnego ziewnięcia.

      Powodzenia!

      0

Dodaj swój komentarz:





Chcesz, aby koło Twojego komentarza pojawiła się Twoja ikona lub zdjęcie?
Kliknij tutaj i dowiedz się jak to zrobić.

Powiadom znajomego o tym wpisie:

E-mail *
Wpisz wiadomość
Subskrybuj komentarze do tego wpisu

NAJBLIŻSZE SPOTKANIA FRIDOMIACZEK
I FRIDOMIAKÓW

 

30 maja, godzina 19:30-21:00 – webinar z Jankiem Dziekońskim pt. „Jakie są strategie inwestowania w mieszkania – część 3?”. Szczegóły tutaj

31 maja 2019 r., piątek – godz 19:00; live na profilu FB Sławek Muturi oraz – równolegle – webinar (konieczna wcześniejsza rejestracja). Szczegóły bliżej terminu.

Okazją do spotkania będzie już 10-ta (!!!!!!!!!!) rocznica mojego przejścia na wcześniejszą emeryturę:-). Choć będę tego dnia gdzieś w podróży po Afryce, to chciałbym byśmy się spotkali – choćby wirtualnie – przy kieliszku wina lub butelce piwa:-)

10-11 czerwca, Sopot – wystąpienie Jana Dziekońskiego w Forum Rynku Nieruchomości w Sopocie (szczegóły wkrótce).

15 czerwca, Warszawa, restauracja SixSeasons – wystąpienie Jana Dziekońskiego w Warszawskim Forum Nieruchomości (szczegóły wkrótce).

 

NAGRANIA OSTATNICH WEBINARÓW:

Social media:

Archiwum - miesiąc po miesiącu

Najwyżej cenione

Fridomia dla Młodzieży – 7 „C”-s of Success

Ostatnio - po spotkaniu Fridomiaków we Wrocławiu - otrzymałem mailem prośbę od Marcina, jednego z uczestników: „Sławek, chodzi o to, żebyś napisał, czy - twoim zdaniem - osoba, która jest na początku kariery może poważnie myśleć o inwestowaniu w małe nieruchomości. Przyjmijmy osobę, która kończy studia, ma pierwszą pracę i zarabia średnią krajową. Nie dostała w spadku domu po babci, nie wygrała też miliona na loterii. Z drugiej strony, nie jest obciążona dużymi kredytami. Chce [...]

Najnowsze komentarze

  • Kuneg: Znam przypadek, że najemcy celowo szukali najmu że zryczałtowanymi mediami. Prądu wyciągnęli na 1,5 tys. zł...
  • Paweł: Dzięki bardzo. To dużo wyjaśnia. Czyli licytacje komornicze na nieruchomościach z wpisaną hipoteką przymusową...
  • Jan Dziekonski: Jeszcze ciepły: https://www.youtube.com/watch? v=td7C2jSvZs0
  • Jacek: Byłem właścicielem mieszkania w Berlinie i potwierdzam, pełna komuna. Absolutnie nieopłacalny biznes,...
  • Franczeski: Tylko pierwotny, szkoda czasu na zabawę z byłymi właścicielami. Ja teraz kupiłem mieszkanie na Targówku...
  • Paweł: Witam kiedy będzie można obejrzeć zapis webinarium bo nie mogłem być niestety obecny
  • Yogi: Tomek, dzięki za sugestię. Mam porównanie zużycia, bo sprawdzałam 4 lata wstecz roczne rozliczenia ze...
  • Tomek: Obawiam się, że niewiele możesz zrobić, co najwyżej następną umowę zrobić z mediami nieryczałtowo. Nie bardzo...
  • Yogi: Witam, bardzo proszę o pomoc w rozwiązaniu problemu z najemcami. Otóż w umowie mają oni zapis, że media są...
  • Sławek Muturi: Jestem już w Noukchott, stolicy Mauretanii 🇲🇷. Normalnie stąd pojechał bym dalej na północ do Sahary...
  • Sławek Muturi: Cerwantes, dzięki za ciekawą propozycję. Zawsze dzieliłem wolność finansową na … %. Np jeśli...
  • Sławek Muturi: Aga-ta to ja Tobie dziękuję za towarzyszenie mi w drodze postkorporacyjnej. Dzięki za Twoje rzeczowe i...
  • Sławek Muturi: Xav, Nie, nie miałem. Może tylko chwile załamania spowodowane zachowania i niektórych najemców. Ale...
  • Sławek Muturi: Bolo, masz wiele racji. Utrzymanie wolności finansowej wcale nie jest automatem. Potrzeba silnej...
  • Bolo: Z doświadczenia wiem, że łatwiej osiągnąć wolność finansową niż ją utrzymać. Człowiek ma tyle ułomności, że:...
  • Jan Dziekonski: BiL – te będą po powrocie Sławka z wojaży, musimy razem ustalić :)
  • BiL: Hello, z gory przepraszam jesli cos przeoczylem, ale chyba jakos sie wam to troche wyslizgnelo spod radaru? :)...
  • Aga-ta: No tak, nawet mały krok do przodu jest lepszy niż stanie w miejscu :-) I pewnie dlatego też nie żałujemy....
  • Bolo: Cześć. Kilkanaście lat temu, w okolicach ogólniaka czułem już, że chcę być rentierem. Nie umiałem tego do końca...
  • Jan Dziekonski: Bartku, pytania dość szczegółowe, odpowiedzi oczywiście mam, zobaczymy jak czasowo się wyrobimy =)...

Najnowsze wpisy

created by Water Design