12

09.2017

Sytuacja w Korei Północnej

autor: Sławek Muturi|kategoria: Blog autorów, Nieruchomości za granicą, Podróżowanie po świecie

ilość komentarzy: 22

Ostatnie kilka dni spędziłem w ostatnim na świecie czysto komunistycznym kraju – w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej. Ze względu na rosnące ostatnio napięcie na linii KRLD – USA, wiele osób odradzało mi ten wyjazd. Turystom z innych europejskich krajów ich znajomi doradzali podobnie. Wiem też od lokalnych przewodników (nadal nie da się Korei Północnej odwiedzić na własną rękę, więc podróżowałem po nim w towarzystwie aż trzech osób – doświadczonej przewodniczki, młodego studenta polonistyki oraz milczącego kierowcy), że wiele grup zrezygnowało z przyjazdu i że dziś turystów jest mniej niż połowa liczby, która odwiedzała ten kraj rok temu. Dla północnokoreańskiej branży turystyki ten rok jest najgorszym od wielu lat.

Bardzo się cieszę, że jednak przyjechałem. Nie jestem specjalistą od analiz geopolitycznych ani militarnych i nie stałem się nim oczywiście dzięki czterodniowej wizycie. Ale ponieważ byłem tu już raz jakieś 13-14 lat temu, to udało mi się poczynić pewne obserwacje, które mam nadzieję Was zaciekawią (uwaga: wpis jest dość długi)

To co się chyba w Korei nie zmieniło

– Korea Północna nadal jest jedynym na świecie krajem komunistycznym czystej krwi. Nie ma tu ani jednej prywatnej fabryki (o pewnym wyjątku wspomnę poniżej), nie ma prywatnych restauracji ani sklepów. Nawet kobiety handlujące owocami na ulicy ponoć są zatrudnione przez państwo. Na ulicach prawie nie ma prywatnych samochodów – żółtych tablic rejestracyjnych udało mi się wypatrzeć zaledwie dwie w ciągu 4 dni pobytu. Wiara w socjalizm wydaje się tu nadal być bardzo silna.

– prawie dokładnie tak samo jak 14 lat temu wygląda dziś strefa zdemilitaryzowana, oddzielająca obie części Korei. „Prawie” bo tym razem nie widziałem tam ani jednego żołnierza z Korei Płd. Gdy byłem tam ostatnio, to żołnierze obu zwaśnionych armii stali tuż przy sobie, ramię w ramię, na wyciągnięcie ręki – wzdłuż linii demarkacyjnej zaznaczonej betonowym płotkiem wysokości 7 cm. Nie, nie jest to błąd w pisowni. Płot w tym miejscu granicy nie ma 7 metrów wysokości, tylko sięga żołnierzom do … kostek.

– nadal nie ma w KRLD reklam. Nie można tu kupić Coli, McDonald’s ani telefonów typu Samsung lub iPhone’ów. Największy szok przeżyłem jadąc kilka stacji lokalnym metrem. Ani na ścianach stacji, ani na ścianach w środku NRD-owskich wagoników metra nie ma ani jednej reklamy. Żadnej. Jest tylko biała, czysta przestrzeń. Dzięki temu kontrastowi jeszcze bardziej uświadomiłem sobie, że w Europie (także w Warszawie) metro przestaje być środkiem transportu, a w coraz większym stopniu staje się przede wszystkim nośnikiem reklamy przy okazji zarabiającym na przewożeniu ludzi. Niestety.

– dzieciaki ani młodzież nadal nie noszą tutaj koszulek Barcelony, Realu, Manchesteru lub Chelsea. Dopiero teraz przyszło mi do głowy i żałuję, że nie spytałem nikogo o to czy zna takie nazwiska jak Messi, Neymar czy Lewandowski. Nikt nie kojarzył Polski z nazwiskiem naszego reprezentanta. Raz tylko ktoś coś wspomniał o … Jaruzelskim:-) Mężczyźni i dzieci ubrani są czysto, skromnie – najczęściej w białe (lub różowe) koszule i granatowe spodnie. Kobiety jeszcze bardziej dbają o swój wygląd. Widziałem wiele eleganckich garsonek lub sukienek. Za wyjątkiem tradycyjnych, bajecznie kolorowych i długich do kostek sukien. większość kobiet nosi krótkie spódniczki, ukazując zgrabne kolana i bardzo zgrabne nogi. Większość chodzi w średniej wysokości szpilkach.

– nie słychać w tutejszym radio ani tv przebojów Rihanny, Beyonce. Ani razu nie słyszałem „Despacito” ani „Galway Girl” – odpocząłem sobie od tych światowych hitów tego lata.

– nadal nie ma tutaj dostępu do internetu.

– na wsiach nadal nie ma maszyn rolniczych. Większość prac wykonywana jest ręcznie.

– nadal czuć tu prawie na każdym kroku obsesję zewnętrznego zagrożenia, poczucie oblężonej twierdzy i wrogów czyhających na to by zadać śmiertelny cios. Uważa się tu, że armia jest absolutnie najważniejsza bo zapewnia bezpieczeństwo. Na ulicach widać wielu żołnierzy w mundurach. Przy autostradzie do Strefy Zdemilitaryzowanej przy każdym tunelu (a jest ich po drodze blisko 20) stoi budka z żołnierzem w pełnym rynsztunku. Podobnie jest wzdłuż linii kolejowej w stronę granicy z Chinami

– w sklepach z pamiątkami trudno jest kupić pocztówkę przedstawiającą atrakcje turystyczne stolicy. Prawie wszystkie pocztówki przedstawiają żołnierzy, wyrzutnie rakietowe, czy amerykańskie bomby miażdżone siłą koreańskiej, mocno zaciśniętej pięści

– na szczęście dalej pozostały wydarzenia kulturalne – śpiewy, uliczne przedstawienia teatralne oraz – największa atrakcja tego pobytu – masowe tańce. Kilka tysięcy młodych studentów oraz studentek ubranych w kolorowe (najczęściej różowe, żółte i zielone i niestety ogromnie rzadko pomarańczowe) tradycyjne suknie tańczyło przez ponad godzinę w jednym z miejsc obchodów święta rocznicy proklamowania KRLD. Choć ich układy taneczne były dość proste, to wykonywane na tak ogromną skalę robiły niewiarygodne wrażenie. Najniżej kopara mi opadała gdy pary robiły wykrok do przodu uginając prawą nogę w kolanie. Wówczas cały plac wydawał się falować jakby przy trzęsieniu ziemi. Coś niesamowitego.

– dla przyjemności oka, na każdym większym skrzyżowaniu ulic w centrum stolicy, stoją i kierują ruchem (niedużym bo samochodów nadal jest stosunkowo mało) bardzo zgrabne – ponoć specjalnie selekcjonowane pod kątem swojej urody – policjantki. Ubrane są w śnieżnobiałe marynarki i granatowe spódniczki, które niestety sięgają poniżej kolan i sprawiają, że ich łydki wyglądają na bardziej pulchne niż pewnie są w rzeczywistości. W 300-tyś mieście Kaesong, tuż przy Strefie Zdemilitaryzowanej ruchem kierują tylko policjanci (nie wiem czemu). Nie ma tam też nadal transportu miejskiego typu autobusy lub tramwaje, więc ludzie mogą się przemieszczać tylko albo pieszo albo na rowerach

– pozostało też doskonałe jedzenie. Kimchi (kwaszona kapusta przyprawiana na ostro), bulgogi (mięso z grilla), 12 przystawek zestawu koryo, pyszne zupy, zimne noodles i wiele innych potraw powodowało, że chyba znów nieco przytyłem. Oczywiście spodziewam się, że tak wykwintnie i tak obficie jak ja, część (a może nawet większość) miejscowej ludności nie je na co dzień, a być może nawet nigdy. Przewodniczka zapewniała, że w domu jada tak samo. Trudno mi to było zweryfikować

– dzięki temu, że uprawy nie są tu nawożone środkami produkowanymi przez Monsanto czy innych gigantów światowego przemysłu „żywności”, podejrzewam, że jedzenie jest tu nadal zdrowe. Dowód tego widać też po tym, że osób otyłych na ulicach widać naprawdę niewiele. Widziałem tylko jedno dość pulchne dziecko, które tu sprawiało wrażenie otyłego – w Polsce o tym samym dziecku pewnie byśmy powiedzieli, że ma co najwyżej lekką nadwagę.

– dopiero teraz pisząc te słowa, przypomniałem sobie, że nie widziałem w Pyongyang chyba ani jednego bankomatu. Banki też są – na szczęście – o wiele mniej widoczne niż w Polsce.

– tego akurat nie pamiętam z mojej poprzedniej podróży, ale dowiedziałem się, że pracownicy wszystkich firm (również biur obsługujących turystów z zagranicy) dwa razy w roku (na wiosnę w czasie sadzenia) oraz na jesień (w czasie zbiorów) muszą jechać na 10 dni na wieś pomagać na polach. W myśl zasady: „chcesz ryżu? to pomóż w jego uprawie”. Wyjeżdżając z KRLD pociągiem w kierunku Harbin w Chinach, widziałem po drodze kilka grupek młodych dziewczyn pracujących na roli, które nie wyglądały na miejscowe wieśniaczki – były bardzo elegancko ubrane jak na prace polowe, wyglądały raczej na kogoś kto na codzień pracuje za biurkiem

To co się w KRLD poprawiło

Powyżej opisywałem to co według mnie się nie zmieniło od czasu mojej pierwszej wizyty 13-14 lat temu. Niektóre aspekty są pozytywne, niektóre negatywne, a niektóre być może neutralne.

Jadąc do Korei, spodziewałem się, że niewiele się w tym kraju zmieniło przez ten czas. Że w odróżnieniu od reszty świata, KRLD zastygła w przeszłości jak jakaś skamielina i że liderzy nadal mocną się starają, izolując swój kraj, by jak najdłużej zachować status quo.

Ta wizyta bardzo mnie zaskoczyła. Choć zmiany nie są może tak szybkie i tak spektakularne jak zmiany jakie nastąpiły w Polsce po roku 1989, i nie od razu rzucają się w oczy, to jednak ich skala jest dość duża. I są to zmiany na lepsze. Nie odnotowałem – choć trzeba wziąć poprawkę na to, że byłem w KRLD krótko (zresztą poprzednim razem również:-) i nie miałem swobodnego dostępu do mieszkańców, do informacji – ani jednej zmiany na gorsze. Za to wiele in plus.

– Koreańska wieś stała się dużo bardziej zielona. Wszędzie widać uprawy, niemal każdy kawałek ziemi – nawet pomiędzy blokami mieszkalnymi – jest zajęty pod uprawę. Z okien pociągu na trasie Phenian – Shenyang w Chinach widziałem nawet kilka szklarni. Kultura agrarna chyba się bardzo poprawiła. Zresztą spotkałem gościa, który w Polsce uczył się hodowli cieplarnianej w W-wie (nie wiem jak się uczył bo po angielsku mówił fatalnie, w odróżnieniu od swojego kolegi z firmy). Moja przewodniczka mówiła mi, że od czasu ostatniej klęski głodu, wiedząc że KRLD nie ma co czekać na zewnętrzną pomoc, postanowiono wdrożyć program podwójnych zbiorów. Wczesną wiosną sadzi się zboże, które jest zbierane w lecie, a zaraz potem, na tym samym polu, sadzony jest ryż by zdążyć go zebrać przez nadejściem zimy

– dolatując nad lotnisko w Phenian (leciałem z Pekinu) widać jak zielona jest koreańska wieś. Z powodu systemu nawadniania, pola podzielone są na małe prostokąty i naprawdę przypominają z lotu ptaka krajobrazy Holandii. Niemiecka emerytka, która siedziała obok mnie w samolocie i która prosiła by jej relacjonować co widzę siedząc obok okna, nie mogła mi uwierzyć. Uwierzyła dopiero pochylając się mocno nade mną by zobaczyć skrawek ziemi nie zasłonięty skrzydłem samolotu

– same maszyny Air Koryo zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Spodziewałem się lecieć – tak jak poprzednio – starym, zdezelowanym Tu-134 lub może Tu-154 ze skrzydłami charakterystycznie opadającymi w dół, zamiast wznoszącymi się ku niebu jak w nowoczesnych samolotach i o wnętrzu mocno trącącym myszką. Zamiast tego, przy rękawie dostrzegłem skrzydła samolotu z końcówkami zadartymi mocno ku górze – ostatnim krzykiem mody w lotnictwie cywilnym. Wnętrze też było nowoczesne – czyste, przestronne, z bordowo-szarymi skórzanymi fotelami. Już myślałem, że to jakiś Boeing lub Airbus, ale okazało się, że lecimy samolotem Tu-204 300. Prawdę mówiąc nawet nie wiedziałem, że istnieje coś takiego. Rosjanie, których potem spotkałem w Phenianie mówili, że takich samolotów nie ma już nawet w Rosji

– jeszcze większe wrażenie niż sam samolot, zrobiły na mnie stewardesy. Nie chciałbym zabrzmieć zbyt seksistowsko, ale tak pięknych stewardes nie uświadczysz już więcej w samolotach innych linii lotniczych. Widać jak na dłoni, że tu nadal przy rekrutacji obowiązuje dyskryminacja i ostra selekcja ze względu na parametry wyglądu. Chyba nawet ostrzejsza niż była 14 lat temu.

Nie wiem czy organizowane są konkursy typu miss linii lotniczych, ale myślę, że w takim konkursie linie Air Koryo nie miałyby sobie równych na całym świecie – Koreanki z Północy mogłyby wygrać nawet z Singapore Girls:-) Choć ich strój jest o wiele bardziej skromny – granatowe sukienki, dość krótkie, z białymi obramówkami, które czynią je bardzo eleganckimi i kobiecymi

– bardzo pozytywne wrażenie zrobiło też na mnie lotnisko. Nowy terminal jest naprawdę na bardzo przyzwoitym, europejskim poziomie – o niebo lepszy niż nowy terminal lotniska w Sofii, na przykład.

– w centrum, ale również na obrzeżach stolicy wyrosły potężne i nowoczesne apartamentowce. Jest ich mnóstwo co znacząco zmieniło skyline Phenianu. Niektóre z nich są podobne do budynków budowanych w Polsce przez dobrych deweloperów, ale niektóre są o wiele lepsze niż większość nowych budynków w Polsce.

– w centrum Pehenian wyburzano stare bloki by na ich miejscu postawić większe, bardziej nowoczesne. Tak powstały w ostatnich latach całe nowe ulice, kwartały, np. ulica z blokami dla naukowców. Nie tylko same bloki robią wrażenie – jeden jest bardzo charakterystyczny, wysoki na 50-60 pięter i ma przekrój w kształcie cząstki atomu, albo półokrągłych płatków jakiegoś polnego kwiatka. Ładne też jest otoczenie owych bloków – ławeczki, posadzone drzewa, eleganckie i bardzo równe chodniki z podjazdami dla rowerów lub wózków dla dzieci. Na jednym ze skwerów, oprócz eleganckich, drewnianych ławeczek, stał też bardzo duży ekran, na którym puszczano lokalną telewizję, a przede wszystkim różnego rodzaju piosenki patriotyczne (o tym też więcej za chwilę)

– na ulicach widać więcej ludzi, więcej samochodów. 14 lat temu były to głównie stare, zdezelowane auta radzieckiej produkcji. Dziś są to głownie auta japońskie oraz chińskie. Nie widać tak wielu aut niemieckich jak 14 lat temu (wtedy moim samochodem było Audi A6, niemal identyczne z tym, którym jeździłem wówczas w Polsce; teraz podstawiono mi Toyotę Land Cruiser, która miała jeszcze naklejki UNDP na drzwiach, wzbudzając duże zdziwienie turystów z innych grup). Ponoć jest też jakaś marka lokalnych samochodów, ale przewodniczka była w stanie pokazać mi tylko jeden samochód owej marki w ciągu całego pobytu

– w stolicy KRLD pojawiły się też … taksówki, których kilkanaście lat temu w ogóle nie było, Nie istniało takie pojęcie jak „taxi”

– choć autobusy, trolejbusy i tramwaje są raczej dość stare i mało nowoczesne i choć chyba jest ich nadal za mało (widać to po długich kolejkach na przystankach oraz po tym, że wieczorami ludzie pchają się do przepełnionych i odjeżdżających z przystanku autobusów, próbując wskoczyć w biegu, tak jakby miał to być ostatni autobus tego wieczora), to pojawiły się nowoczesne przystanki z nowoczesnymi, podświetlonymi wiatami. Wiaty te wyposażone są nawet w podświetlone nośniki reklamy, na których dziś zamiast reklam są piękne krajobrazy koreańskich Gór Diamentowych.

– na ulicach też jest zdecydowanie mniej niż 14 lat temu socjalistycznych banerów, które starsi Fridomiacy będą pamiętać też z ulic PRL-u. Były to długie na kilkanaście metrów transparenty, najczęściej w kolorze czerwonym, na których wypisywano hasła typu „w służbie socjalistycznej ojczyźnie” albo „partia ludzi pracy gwarantem bezpieczeństwa i dobrobytu całego socjalistycznego narodu”

– na ulicach jest o wiele widniej niż było kiedyś

– oprócz sklepów, salonów fryzjerskich itp. na ulicach miast pojawiły się też małe kioski ze słodyczami, z napojami, z lodami (dość słabymi, muszę przyznać). Konsumpcja staje się nieco łatwiejsza i oby zbyt szybko nie poszło to w kierunku, w którym poszła Polska – hot dogi są teraz w Polsce sprzedawane wszędzie, nawet na stacjach … benzynowych (wkurza mnie gdy chcąc zapłacić za tankowanie skutera muszę czekać aż pani przede mną zdecyduje który sos wybrać do swojego hot doga i czy ma on być z takiego czy innego mięsopodobnego produktu)

– w wielu oknach świecą się światła (nie zawsze tak było). I choć nadal zdarzają się przerwy w dostawach prądu (i ludzie spodziewają się, ze to się może pogorszyć wraz z coraz poważniejszymi sankcjami nakładanymi na Koreę), to na bardzo wielu balkonach mieszkań – oprócz licznych kwiatów doniczkowych – pojawiły się też małe panele słoneczne. Ponoć są lokalnej produkcji i kosztują po USD 5 za małą sztukę. Na balkonach nadal nie widać za to anten satelitarnych

– 14 lat temu, w KRLD nie było sieci komórkowej. Dziś telefony mają prawie wszyscy – widziałem nawet rolników na wsiach czy robotników pracujących w terenie z komórkami przy uchu lub przy pasie

– zniknęły sklepy dla dewizowców (coś ala PRL-owskie Pewexy lub Baltony) i dziś turystom pozwala się odwiedzić jeden z domów towarowych otwartych dla mieszkańców stolicy. Choć przewodniczka zapewniała mnie, że jest to sklep jak każdy inny, to jednak pozostałem dość sceptyczny na jej zapewnienia. 4-piętrowy dom towarowy był szczelnie wypełniony importowanym (głównie z Chin) towarem. Ceny też były jak na KRLD chyba bardzo wysokie (o cenach materiałów budowlanych poniżej). Widziałem jak ludzie przede mną płacili w kasie za koszyki swoich zakupów spożywczych po 500 i 800 tyś wanów, choć wcześniej powiedziała mi, że pensje wynoszą około 1,5 miliona (czyli ok USD 200)

– ten sklep to jedyne miejsce gdzie zagraniczni turyści mogą mieć styczność z lokalną walutą zakupioną w kantorze (14 lat temu takiej możliwości w ogóle nie było) i zrobić zakupy w „normalnym” sklepie. Pomimo moich wątpliwości czy ceny w tym sklepie są osiągalne dla zwykłych obywateli, to prawdą jest też to, że 99% klientów sklepu stanowili mieszkańcy stolicy.

Te poprawy, o których piszę powyżej widać gołym okiem. Pokazują one, że władzom wydaje się zależeć na podnoszeniu jakości życia mieszkańców. Tego 14 lat temu nie widziałem wcale.

Jest też pewna poprawa, mniej uchwytna, bardziej subtelna, ale która wydaje mi się o wiele ważniejsza dla przyszłości całego Półwyspu. To zmiana atmosfery

 

Lepsza atmosfera

– w odróżnieniu od mojego przewodnika 14 lat temu, tym razem przewodniczka nie starała się nachalnie wciskać mi propagandy. Raczej informowała (oczywiście uwypuklając plusy) niż próbowała prać mój mózg. Dużo też pytali mnie o Polskę

–  moja przewodniczka wykazywała się też zauważalnym poczuciem humoru. O czymś tam dyskutowaliśmy, a po dłużej chwili lub nawet następnego dnia, przy okazji rozmowy na inny temat, nawiązywała poprzez szturchnięcie mnie przyjacielsko łokciem w łokieć do moich argumentów. Była w stanie przewidzieć jak zareaguję na jakąś tam informację, porozumiewawczo mrugała okiem

– uśmiechają się też inni. Prezenterzy wiadomości w tv – kiedyś śmiertelnie poważni – dziś się uśmiechają. Kącikiem ust, ale jednak

– wiecznie uśmiechnięty – na każdym zdjęciu i w każdym fragmencie jakiegoś nagrania – jest sam Lider Kraju, „Marszałek” jak mówią o nim miejscowi. Często widać, że nie tylko sam się śmieje od ucha do ucha, ale śmieją się też ludzie w jego otoczeniu. Idą z nim ramię w ramię – czasami dwie osoby z dwóch jego stron, trzymając go jednocześnie pod lewą i pod prawą rękę. Widziałem jak tak szedł bez pośpiechu, wyraźnie zrelaksowany w otoczeniu naukowców (hołubionych tutaj za swoje osiągnięcia militarne), w otoczeniu starszych kobiet z jakiegoś kołchozu, ale również z jakimiś generałami. Śmieje się szeroko i kuca by pogłaskać jakieś małe dzieci mijane po drodze. Poprzedni Lider – jego ojciec – był bardziej poważny i skupiony, czasami namarszczony, w zamyśleniu i trosce. Dziadek częściej się uśmiechał, ale jego uśmiech wyglądał nieco sztucznie. Marszałek wydaje się być całkiem naturalny. Ten Lider to raczej taki, który cieszy się z sukcesów swojego kraju. Widziałem jak na uroczystej gali ku czci naukowców, szeptał sobie i żartował z jednym z nich, tak jakby się po prostu po przyjacielsku przekomarzali.

–  na mieście nie widać jego portretów, choć wisi wiele portretów jego ojca i dziadka. Przewodnicy rzadko wspominają jego imię, tak jakby sobie nie życzył zbytniego szumu wokół siebie

– uśmiechają się też inni. Rzadko żołnierze, choć i im się zdarzało wybuchnąć śmiechem gdy mijając ich samochodem, nagle im zasalutowałem. Większość mi odsalutowywała poważnie, ale niektórzy się po prostu, po ludzku, uśmiechali. Pewien oficer, który od ponad 15 lat służy w Strefie Zdemilitaryzowanej i który nas po niej oprowadzał, na koniec wycieczki wsiadł do mojego samochodu byśmy go zabrali z powrotem do punktu zbiórki turystów. Po drodze zadałem mu kilkanaście pytań (poprzez tłumaczkę – przewodniczkę). Pytałem go o to ile lat służy, czy teraz jest bezpieczniej, czy nastąpi reunifikacja Korei, czy ma dzieci i czy jego dorosła córka też służy w armii, czy może byłaby zainteresowana moim przystojnym synem, itp. Śmiał się od ucha do ucha. Wydaje mi się, że na takie spoufalanie się z potencjalnym szpiegiem kiedyś by sobie raczej nie pozwolił

– o ile 14 lat temu rolą mojego przewodnika było jak najskuteczniejsze izolowanie mnie od miejscowej ludności (z może to raczej ich ode mnie) to dziś jest inaczej. Już pierwszego wieczoru po przylocie spacerowaliśmy z dwójką moich przewodników po ulicach stolicy. Następnego dnia rano poszliśmy do parku, gdzie setki rodzin robiły sobie pikniki na trawie. Kilka razy kosztowałem przysmaków, które tam przynieśli. Trzy razy poproszono mnie bym dołączył do par nowożeńców, którzy robili tam sobie sesje zdjęciowe. Okazało się, że ojciec jednego z panów młodych pracuje w Ambasadzie w Warszawie (przewodniczka powiedziała mi o tym dopiero po sesji). O ile nie wożę ze sobą aparatu i nie robię żadnych zdjęć, to przy tej okazji trochę tego żałowałem.

– z „lokalsami” (nie lubię tego słowa, ale cały czas używała go moja przewodniczka) robiłem tym razem zakupy, jadłem w restauracjach (kiedyś nie było to możliwe) piłem też piwo w pewnej przyulicznej knajpce z parasolami. Gdy 14 lat temu poprosiłem przewodnika byśmy poszli na piwo do szczelnie wypełnionego ludźmi baru tuż obok restauracji, w której jadłem kolację, to miałem wrażenie, ze w czasie gdy jadłem kolację on zaordynował … zamknięcie baru, by móc potem bezradnie rozłożyć ręce i powiedzieć, że niestety już nie jest czynny

– o tym, że na ulicach jest o wiele mniej socjalistycznych sloganów już wspominałem. Oczywiście nie znam języka koreańskiego i nie byłem w stanie zrozumieć czy zmienił się też może ich wydźwięk. Ale byłem to w stanie bardzo wyraźnie … usłyszeć. Patriotyczne pieśni typu „musimy za wszelką cenę bronić naszej socjalistycznej ojczyzny” (jak widać „patriotyzm” można bardzo różnie pojmować) dziś są śpiewane nie pod muzykę militarystyczną (ostry rytm, werble, tempo jak do szybkiego marszu, itp.) tylko pod muzykę … romantyczną. Autentycznie!

– zarówno 13 lub 14 lat temu (nie pamiętam w którym roku tu byłem dokładnie) jak i teraz przyjechałem do Korei w czasie obchodów święta rocznicy proklamowania KRLD, 9 września. Koniecznie chciałem zobaczyć te sławne na cały świat parady militarno-kwiatowe. Tym razem parady militarnej nie było. Zamiast niej świętowano masowym tańcami na kilku placach miasta

– tym razem nie widziałem też w trakcie mojego pobytu ani jednego weterana, którego garnitur byłby szczelnie obwieszony (aż po dolną krawędź marynarki J) medalami za bohaterstwo wojenne. Nie widziałem ani jednego medalu na ani jednej marynarce

– wiadomości tv kiedyś były czytane z kamienną powagą, z pewnym wręcz nabożeństwem w głosie, w bardzo szybkim tempie, na bezdechu. Dziś tempo spadło, pojawia się lekki uśmiech. Same newsy też się zmieniły diametralnie. Kiedyś pokazywano jakiegoś notabla przemawiającego do wypełnionej po brzegi sali. Ci przerywali jego krwiste przemówienie gromkimi brawami, czasami bojowymi okrzykami. Dziś w newsach dominuje propaganda sukcesu – pokazywana jest jakaś pani, która podlewa kwiatki na swoim balkonie, jakiś pan, który kosiarką kosi trawę przed swoim domkiem. Inni otwierają kolorowe place zabaw dla dzieci. Jeszcze inny news dotyczy konkursu modeli szybowców dla młodych chłopaków – zdolnych konstruktorów. Pokazywane są dorodne zbiory warzyw.

– w tv w moim hotelu (obydwa razy mieszkałem w 47-piętrowym hotelu na wyspie na rzece dzielącej stolicę na dwie części) kiedyś był tylko jeden kanał lokalnej telewizji. Dziś dodatkowo są stacje zagraniczne – kilka chińskich oraz angielska wersja stacji Al-Jazeera.

– to co również świadczy o otwieraniu się kraju jest sama liczba turystów. 14 lat temu odwiedzając jakieś muzeum lub jedząc w restauracji często byłem absolutnie jedynym gościem. Dziś kilka dużych grup zwiedza dane miejsce prawie równocześnie, restauracje są wypełnione po brzegi. Spotkałem ludzi z całego świata – grupę 20 niemieckich emerytów oraz ok 50 młodych działaczy pokojowych z Francji i Kamerunu. Kilkanaście grup turystów z Rosji i jeszcze więcej grup z Chin. Meksykanina z Meksyku, oraz innego mieszkającego w Gruzji. Brazylijkę. Dwóch Południowo Afrykańczyków. Małżeństwo Argentyńczyków i starsze małżeństwo z Izraela z jednym ze swoich trzech synów. Starsi mówili całkiem dobrze po polsku, zwłaszcza Heve (Ewa:-). Spotkałem też starszego Niemca z byłego NRD, którego żona pochodzi z Węgier. On jednak bardzo dobrze mówi po polsku bo miał przez wiele lat dziewczynę z Polski. Z grupą miłych Anglików grałem w pool, a pewien Szkot, który zamierza odwiedzić każdy kraj na świecie dopytywał o szczegóły dotyczące tego jak sobie zaplanować wyjazd do najtrudniejszych, najmniej dostępnych krajów.

– gdy pojawiłem się w KRLD 14 lat temu, to przyszedł do mnie do hotelu ktoś z zarządu lokalnej firmy turystycznej kto studiował w Polsce – tak rzadko przyjeżdżali wówczas Polacy. Ostatnio spotkałem grupę 10 turystów z Polski (na czele z Michałem), a z inną grupą – 15osobową jakoś się rozminęliśmy o centymetry. Kolejna ma przyjechać za parę dni.

– turystów dziś jest w KRLD naprawdę mnóstwo. Aż trudno mi sobie wyobrazić, że rok temu było ich dwa razy więcej.

 

Rynek nieruchomości

Ponieważ fridomia nie jest blogiem podróżniczym, to nie mogę nie wspomnieć tu o lokalnym rynku nieruchomości. Wzmianka będzie krótka. Bo rynek nieruchomości tu nie istnieje. Wszystkie budynki oraz mieszkania należą do rządu. Rząd przydziela mieszkania i ludzie mieszkają w nich bez jakichkolwiek opłat – ponoć nawet prąd, woda i ogrzewanie są „darmowe”.

W każdym bloku lub osiedlu jest jeszcze coś czego nie ma w Polsce i nie było nawet w PRL. Chodzi o punkt w którym można pobrać – za okazaniem talonu od pracodawcy – swój comiesięczny przydział ryżu, warzyw, itp. produktów pierwszej pomocy. Wygląda na to, że tutejsi Gospodarze Domów mają więcej władzy niż bohater serialu „Alternatywy 4” (nie mogę sprawdzić jak się w tym serialu nazywała postać grana przez Romana Wilhelmi bo w Chinach blokowany jest Google:-). Anioł?

Jeśli chodzi o koszty wykończenia mieszkania to są one chyba w Korei Północnej wyższe niż w … Polsce (pomimo o wiele niższych zarobków w KRLD). W sklepie widziałem, że ceny paneli podłogowych kształtowały się w przedziale USD 10 do 40 za m.kw. Kibelek (marki Ecoflush) kosztował aż USD 350, a 3-osobowa sofa z dwoma fotelami (styl późny Gierek) – USD 600.

Przyszłość

Pomimo tych wszystkich zmian, Korea nadal jest najbardziej izolującym się krajem na świecie. Biedny, zapóźniony w rozwoju kraj, mający wiele pretensji do zewnętrznego świata o doznane w przeszłości krzywdy, a w dodatku dysponujący bronią masowego rażenia mógłby być bardzo niebezpieczny.  I tego się pewnie świat obawia. Dodatkowo widzę, że to co przebija się do globalnych mediów to są jedynie zdjęcia z prób rakiet i bomb, ewentualnie zdjęcia z militarnych parad i masowych tańców. Nie wiem czy nie przedostają się informacje o normalnym rozwoju czy może osobom odpowiedzialnym za KRLD-owski PR w ogóle nie zależy na bardziej zbilansowanym obrazie swojego kraju.

Chcą straszyć, bo myślą, że w ten sposób zapewnią sobie bezpieczeństwo. Trudno mi zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Może chodzi im o to, że dysponując bronią atomową uda im się wynegocjować lepsze warunki przyszłego zjednoczenia z Koreą Południową?

Jest też pewnie jakiś element nieracjonalności w zachowaniu władz KRLD. Jest to mały kraj o niewielkim potencjale, a mimo to wydaje się podskakiwać większemu (USA). Niestety tak samo jak na podwórku, to zawsze ten większy, silniejszy wygrywa każdą bijatykę, nieważne że moralna racja może nawet leżeć po stronie tego małego. Nie twierdzę, że mali muszą zawsze podporządkować się dużemu, ale jeśli mały chce forsować swoje zdanie, swoją wyższość, to raczej sprytem, a nie siłą czy obrażaniem, prowokowaniem większego do walki. Prowokowanie większego to niebezpieczna gra, to niepotrzebne chojractwo. Takie działanie wygląda na halucynacje. Niestety władze Polski też zdają się lunatykować, odrzucać realia i walczyć o swoje wyimaginowane racje, choć na szczęście nie aż do takiego stopnia jak władze KRLD.

Oby te prowokacje nie zakończyły się interwencją militarną USA. Bo to – przy dysproporcji potencjału – mogłoby mieć katastroficzne skutki dla biednych, styranych codziennym życiem mieszkańców KRLD. Nie sądzę też by przyszły im z dużą pomocą Chiny – jeśli już to tylko chyba po to by zachować twarz i nie dopuścić do rozmieszczania amerykańskich wojsk bezpośrednio u swoich granic.

Osobiście ryzyko konfliktu oceniam na niskie. Widać, że władze KRLD postawiły na stopniową liberalizację życia oraz gospodarki. W wyniku sankcji nałożonych przez ONZ, Korea Południowa zamknęła fabryki wybudowane w specjalnej strefie ekonomicznej KRLD, tuż przy Strefie Zdemilitaryzowanej, w której zatrudniano ponoć aż 70% mieszkańców przygranicznego, 300-tyięcznego miasta Kaesong. W rozmowach z ludźmi słychać troskę (choć pocieszają się tym, że Koreańscy kapitaliści teraz mają mniejsze zyski) oraz obawy o efekty dalszych sankcji – benzyna już ponoć bardzo podrożała. Spodziewają się pogorszenia się sytuacji w najbliższych miesiącach.

Jeśli nie wojna, to powstaje pytanie w jakim kierunku pójdzie KRLD? Z tego co zobaczyłem, to nie wystarcza im już jedynie pozostawanie w stanie uśpienia i konserwowania skamieliny. Widać, że chcą się rozwijać.

Domyślam się, że pewnie pójdą bardziej modelem Chin lub Wietnamu (socjalizm w teorii i postępujący kapitalizm w praktyce) niż drogą Polski (radykalne przestawienie się na kapitalizm oraz demokrację, jak widać z tym ostatnim nie idzie nam najlepiej, a dodatkowo Polska jest daleka geograficznie oraz mentalnie), ale i tak będą to zmiany w kierunku stawiania dobrobytu ponad ideologię. I tego im życzę. Pokój jest zawsze lepszy od wojny, a rozwój gospodarczy od rozwoju militarnego.

Mam nadzieję, że gdy przyjadę do Pyongyang po raz trzeci to będzie to jeszcze inne miasto. Otwarte, bogate, w pełni bezpieczne. I że nie będzie już stolicą KRLD, tylko dużym ośrodkiem akademickim (jest tu ponoć ponad 70 uczelni wyższych), naukowym i kulturowym połączonej Korei. Tego życzę sobie, obu Koreom oraz całemu światu.  I mam nadzieję, że nie będę musiał na to czekać kolejnych 13-14 lat:-)

Komentarze:

  1. xav napisał(a):

    Hej Sławku, dobrze znowu od Ciebie usłyszeć i wiedzieć, że wróciłeś cały i zdrowy! Tak z ciekawości – ile kosztuje taka wycieczka ? Na miejscu płaciłeś dolarami czy wszystko było już wliczone? Czy miałes w którymś momencie przeczucie, że Cię aresztują jak tego biednego teksańczyka, który zabrał plakat ? Czy mogłeś wywieść lokalne gazety ? czy ukazują się jakieś gazety po angielsku ?

    a z innej beczki – co ile lat musisz wymieniać paszport – ze względu na brak wolnych stron ?

    a za brak aparatu i zdjęć – moge powiedzieć tylko „Shame shame shame !!”

    • Sławek Muturi napisał(a):

      xav, dzięki za troskę.
      a) Koszt wycieczki – oprócz biletu dolotowego do Pekinu, zapłaciłem za 3 noce/4 dni Euro 1100 (obejmuje przelot z/i do Pekinu, hotel, pełne wyżywienie, przejazdy, wejściówki do atrakcji, opiekę 3 przewodników, itp; płaci się tylko za ponadprogramowy alkohol, pamiątki, itp) + PLN 1500 dla biura w Polsce (opłata wizowa, ubezpieczenie oraz bardzo wysoka prowizja biura). Ogólnie koszty w Polsce wyższe niż w Anglii, Niemczech lub innych krajach
      b) Aresztowanie? ani przez chwilę nie miałem takiego przeczucia. Podejrzewam, że być może ten chłopak naraził się czymś jeszcze
      c) lokalnych gazet w jęz koreańskim nie czytałem z oczywistych powodów i też nie próbowałem wywieźć. Angielskie Pyongyong News oraz Korea Today mam ze sobą – nic w nich ciekawego
      d) paszport wymieniam średnio co kilkanaście miesięcy – mam ich już ponad 30:-) Za każdym razem dostaję 90- lub 80%-ową zniżkę (dostaje się 10% zniżki za każdy niewykorzystany rok ważności)
      e) no wiem. Jakoś nie mogę przezwyciężyć niechęci do stawiania aparatu pomiędzy sobą, a tym co akurat ciekawego widzę. Niedawno nawet kupiłem aparat, ale nie wyciągam go z plecaka. Koreańscy przewodnicy dziwili się, że ten gościu w pomarańczy nie robi w ogóle zdjęć:-)

  2. Krzysztof napisał(a):

    Panie Sławku, czytam Pana bloga od jakiegoś już czasu i musze przyznać, że pozytywnie się zaskoczyłem -bardzo fajnie, przyjemnie Pan pisze; dla mnie Korea Północna od zawsze miała PR biednych, styranych ludzi zamkniętych na świat i trochę jestem w szoku, że cokolwiek u nich zmienia sie na lepsze:)

    Jaki następny kierunek?

    I jak praca w kwiaciarni?:)

    pozdrawiam z Wrocławia!

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Krzysztof (wszyscy jesteśmy tu „na ty”), dzięki za miłe słowa.
      Następny kierunek? Jutro rano wjeżdżam do Rosji. Mongolia, Chiny i Korea Północna były dla mnie tylko etapami tranzytowymi przed zasadniczą podróżą – powrotem z Władywostoku do Warszawy pociągiem:-)
      A po powrocie do Polski? Pewnie pojadę – jak co roku – na dwa tygodnie do sanatorium, znów do Druskiennik na Litwie. W tym roku planuję jeszcze miesiąc w Kenii, a także krótsze wypady na Bliski Wschód oraz na afrykańskie wyspy na Oceanie Indyjskim.

      Na pracę w kwiaciarni chyba nie starczy już mi czasu. Niestety.

      A zimę zamierzam spędzić w Azji. Polecę z Warszawy do Timoru Wschodniego i stamtąd statkami, autobusami i pociągami spowrotem do Polski. Tym samym w krótkim odstępie czasowym dwukrotnie przemierzę całą Azję – teraz pociągiem północną trasą syberyjską, a w zimie południową, tropikalną.

      Pozdrawiam z granicy chińsko-rosyjskiej. Spotkałem tu mnóstwo sympatycznych Rosjan. Handlują tu na potęgę!

  3. wiki napisał(a):

    Sławku rozśmieszył mnie twój wpis o tym, że brak nadwagi w tym państwie u dzieci jest spowodowany przez zdrową uprawę, w latach dziewięćdziesiatych ludzie marli tam z głodu, teraz tez pewnie gospodarka sterowana powoduje że zywności nie ma nadmiaru, w polsce przed nastaniem gospodarki rynkowej czekolada nie była dostępna tak jak teraz , żywność była zdrowsza ale nie było głodu bo rolnictwo było w wiekszości prywatne, natomiast tam wszystko jest państwowe czyli niczyje, a te dziecko otyłe to pewnie dziecko jakiegoś notabla

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Wiki, masz rację. Chciałem dopisać, że dobra figura może być efektem tak zdrowej żywności oraz braków w transporcie publicznym zmuszającym ludzi do ruchu jak i – z drugiej strony – niedożywienia, choć pewnie raczej nie w przypadku mieszkańców stolicy. Ale zapomniałem, a mimo to tekst i tak wyszedł mi przydługi…:-)

  4. Kuneg napisał(a):

    Sławku, bardzo fajny opis realiów KRLD – taki plastyczny, że mam wrażenie, że również tam z Tobą byłam :)

    Również jestem ciekawa, w jakim kierunku pójdzie rozwój tego kraju. Tak samo mam nadzieję, że w kierunku dalszego rozwoju gospodarczego. Niech sobie będą niezależni i samowystarczalni. Tego im życzę.

    Dużo miejsca poświęciłeś opisowi upraw, żywności, sposobu życia. Wszystko mieści się w kategoriach zdrowego trybu życia: brak chemii w rolnictwie, dużo ruchu (konieczność pracy fizycznej nawet pracowników biurowych oraz kiepski transport publiczny przy braku transportu prywatnego), nieprzejadanie się… Ciekawa jestem danych statystycznych dotyczących tzw. chorób cywilizacyjnych oraz długości życia w tym kraju. Baaaardzo mnie to ciekawi w porównaniu do krajów wysoko rozwiniętych.

    Przyznam się, że trochę tęsknię za spokojniejszym życiem, jakie było za czasów PRL (z wyłączeniem okresów strajków i stanu wojennego). Chodzi mi wyłącznie o to, że ludzie nie byli tak zabiegani, bo i tak prawie nie było za czym gonić. Ludzie za to byli serdeczniejsi dla siebie i częściej się spotykali, częściej było widać panie plotkujące na rogu ulicy w trakcie robienia zakupów, czy spacerów z dziećmi. Teraz ludzie mają mniej czasu na proste życie i dla siebie nawzajem. Nawet ja nie byłam się w stanie „urwać” z tego kieraciku, jak byłeś we Wrocławiu w zeszłym roku. Kiedy będziesz następnym razem?

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Małgosiu, dzięki za komplement. Spokojniejsze czasy były przyjemne, ale dla mnie raczej bez socjalizmu:-)

      Niestety nie wiem czy w tym roku będę jeszcze we Wrocku. W ogóle do końca roku niewiele dni spędzę w Polsce, a do Wrocka nikt mnie – póki co – nie zaprosił. Przyjeżdżam najczęściej na jakąś prezentację dla studentów lub dla organizacji biznesowych.

      Pozdrowienia z Władywostoku. Jest cudnie!!!! i kiedyś z pewnością tu wrócę na dłużej:-)

  5. AltAir napisał(a):

    To i ja mam też dwa pytania:
    W jaki sposób się odżywiasz w tych podróżach?
    W jaki sposób chronisz się przed lokalnymi chorobami?

    • Sławek Muturi napisał(a):

      AltAir, Odżywienie? Czym popadnie. Najczęściej wybieram jak najbardziej lokalną kuchnię. Jeśli jest coś w menu czego w ogóle nie rozumiem, to właśnie to zamawiam. Rzadko źle trafiam.
      Lokalne choroby? Często, bardzo często staram się myć ręce:-) To wystarcza – prawie wcale w podróży nie choruję, a problemy żołądkowe miewam bardzo, bardzo rzadko i to raczej jednorazowe, a nie przewlekłe (np kilka pójść do łazienki pod rząd). Odpukać:-)

  6. AltAir napisał(a):

    Jeszcze jedno pytanko:
    Jak duży zwykle masz bagaż?

    • Sławek Muturi napisał(a):

      AltAir, najczęściej tylko mały plecaczek. Tym razem jednak – nie wiedziałem jakiej pogody się spodziewać – mam dwa nieduże plecaczki. W sumie ok 20 kg. Na ponad miesiąc, może półtora:-)

      • Przemek napisał(a):

        Właśnie, Sławku, byłoby fantastycznie, gdybyś kiedyś poświęcił wpis swojemu stylowi pakowania się i przygotowywania do podróży.

        • Sławek Muturi napisał(a):

          Przemek, nie wiem czy mój styl odpowiadał by większości z Was. Pakować się do 6-8 tygodniowego wyjazdu do Azji (nawet nie wiem ile dokładnie potrwa moja podróż) zacząłem z dniu wyjazdu (wylatywałem o godz 14-stej). Ponieważ nie mogłem znaleźć przewodnika o Koleji Transsyberyjskiej (wybieram się tam od dawna i przewodnik gdzieś mi się zawieruszył) to po drodze na lotnisko wpadłem jeszcze do sklepu podróżnika by go kupić. Nie wiem czy to wszystko nadaje się na wpis.

          Ja się do podróży (nawet tych dalszych) praktycznie wcale nie przygotowuję. Paszport, wizy i pieniądze to jedyne rzeczy, o których wcześniej myślę. Cała resztę da się załatwić na miejscu:-)

  7. Robert napisał(a):

    Witaj Sławku,

    Sam zastanawiałem się nad wizytą w Korei Północnej jako, że udało mi się już odwiedzić większość krajów z tego regionu.

    Mam natomiast wątpliwości moralne. Czy powinienem sponsorować państwo totalitarne swoimi pieniędzmi.

    Od razu zastrzegam, że to nie jest krytyka Twojego wyjazdu.

    Po prostu sam nie wiem na ile obraz Korei Pół. przedstawiany na Świecie jest prawdziwy. Czytałem wywiady z nielicznymi osobami, którym udało się uciec i z ich opowieści ten kraj to piekło. Masowe egzekucje, ciężkie obozy i tortury dla wolnomyślicieli, handel organami.

    Ale może moje wyobrażenie jest mylne.

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Robert, moralną zaletą wizyty jest – według mnie to- że spotykając się z ludźmi zaszczepiasz w nich wiedzę o tym, że można też żyć inaczej. Mogą się te wzajemne sprzeczności nieco kompensować. Ale to oczywiście bardzo indywidualna ocena.

      W ogóle podróżowanie jest szkodliwe – szkodzimy lokalnym kulturom, szkodzimy środowisku (i to bez względu na cel podróży), pieniądze moglibyśmy przeznaczać na cele charytatywne. Ja jednak podróżowania sobie nie odpuszczę – taki ze mnie samolub:-)

  8. Rafal Santoro napisał(a):

    Jeden z najciekawszych wpisów jaki ostatnio czytałem, napakowany konkretami, idealnie.

    Jakiś czas temu czytałem Nothing to Envy Barbary Demick. Opisywała wspomnienia uciekinierów z Korei Północnej. Opowiadali, że między Phenianem, a resztą kraju jest ogromna różnica. W stolicy mieszka „elita” dzięki czemu ma najlepsze wyżywienie i przydziały. Podczas klęski głodu w latach ’90 najwięcej ludzi umierało na prowincjach.

    Czy poza stolicą, np. po drodze do DMZ odniosłeś wrażenie, że żyje się ludziom dużo gorzej?

    • Sławek Muturi napisał(a):

      Rafał, może oprócz sztucznych stolic typu Bonn (kiedyś) czy Waszyngton lub Ottawa, w większości krajów ludziom w stolicy żyje się lepiej (lub choćby dostatniej) niż na wsiach czy nawet w mniejszych miasteczkach. Jadąc do DMZ czy później pociągiem do Shengyang przejechałem dość duży kawałek prowincji. Oczywiście to nie to samo co zatrzymanie się w jakiejś wiosce i pospacerowanie po niej.

      Nie widziałem oznak piszczącej biedy lub głodu. Wręcz przeciwnie – teren wokół chatek był posprzątany, czysty. Ogólnie było dużo czyściej niż w wioskach, które mijałem jadąc pociągami w północnych Chinach czy wcześniej w Mongolii. Na polach rosło naprawdę dużo jedzenia. Chyba, że jest ono w całości eksportowane, to wątpię by teraz mógł w KRLD panować głód. Poważny głód dotknął KRLD w latach 1997-98 i sama przyznawała to moja przewodniczka. Dziś to już jest chyba (piszę „chyba” bo oczywiście pewności mieć nie mogę) pieśn przeszłości. Na szczęście.

      Oczywiście wieś jest biedniejsza niż polska wieś. Ludzie chodzą tam pieszo. Najczęściej po nieasfaltowych drogach. nie widać przystanków autobusowych. Nawet jadąc autostradą niewiele mijałem lokalnych autobusów, a zwracałem na to szczególną uwagę – bo na Kubie, na przykład, nie ma transportu międzymiastowego dla nie-turystów. Tutaj rzadkie autobusy jednak widziałem.

      Podkreślę jednak raz jeszcze – nie czuję się ekspertem od współczesnego KRLD. Kilkudniowy pobyt (nawet jeśli był to już drugi pobyt w moim życiu) nie uprawnia mnie do zajmowania zdecydowanego stanowiska. Wiem tylko tyle, że my na Zachodzie też jesteśmy poddawani propagandzie. Nikt z Polski tu nie był, ale wszyscy mają w głowach wyraźny obraz KRLD. Na podstawie czego?

      Wczoraj wieczorem rozmawiałem we Władywostoku z miłą turystką z Korei Południowej. Choć wydawać by się mogło, że mieszkańcy Południowego sąsiada powinni mieć lepszy obraz swojego Północnego sąsiada niż my w Polsce, to okazało się jednak, że ona też nic nie wie o tym, że w Pyongyang wybudowano nowoczesne bloki i dzielnice. To mi wiele mówi.

      • Robert napisał(a):

        Mam tylko nadzieję, że te widoczki które widziałeś na wsi, to nie były „wsie pokazowe” a więc wszystko sztucznie wyreżyserowane i ładnie ułożone żeby turyści widzieli że jest w miarę ładnie. A za ścianą z dykty….

        • Sławek Muturi napisał(a):

          Robert, nie sądzę by zadawali sobie aż tyle trudu – turystów jeżdżących pociągami nie ma chyba aż tylu:-)

        • Robert W napisał(a):

          Oglądałem program dokumentalny i pokazywano tam takie rzeczy właśnie w Korei Płn. Wsie pokazowe, żeby ładnie wyglądały dla turystów czy zagranicznych dziennikarzy. A za domami ruina i ludzie głodni, uprawiający ziemię motykami… Właśnie dlatego tak mocno pilnują tam turystów, żeby nikt nie zbaczał z oficjalnej ścieżki zwiedzania.

          Historia zna już takie przypadki, w latach 30-tych na Ukrainie ludzie masowo padali z głodu, jednak Stalin zapraszał na objazdy na ukraińską wieś, żeby pokazać że nie ma żadnego głodu tylko wszyscy są szczęśliwi. Zachodnich intelektualistów (np. znanych pisarzy, ,dziennikarzy, polityków) ściągano do takiej pokazowej wsi, potem pisali jak to w ZSRR jest wspaniale…

  9. Piotr napisał(a):

    KP to żart. Nie wiem nawet jak taki kraj wciąż mogę funkcjonować w takich warunkach w dzisiejszych czasach.

Dodaj swój komentarz:





Chcesz, aby koło Twojego komentarza pojawiła się Twoja ikona lub zdjęcie?
Kliknij tutaj i dowiedz się jak to zrobić.

Powiadom znajomego o tym wpisie:

E-mail *
Wpisz wiadomość
Subskrybuj komentarze do tego wpisu

NAJBLIŻSZE SPOTKANIA FRIDOMIACZEK I FRIDOMIAKÓW

sobota, 12 sierpnia – Dublin, konferencja Polskiego Klubu Biznesu w godz 10:00 – 14:00 i potem spotkanie ze mną w godz 15:00-18:00, Hotel Wynns

sobota, 25 listopada – Łódź, szczegóły bliżej terminu

czwartek, 30 listopada – Łódź, szczegóły bliżej terminu

piątek, 1 grudnia – Warszawa, wystąpienie podczas Kongresu BusinessWoman&Life. Rejestracja – wkrótce

sobota, 13 stycznia 2018 – Łódź, szczegóły bliżej terminu

 

Archiwum - miesiąc po miesiącu

Najwyżej cenione

Najważniejsza inwestycja w życiu ?

Podczas jednego  z ostatnich weekendów mieliśmy okazję rozmawiać ze znajomą, bardzo dumną z powodu nadchodzącej realizacji jej głęboko skrywanego marzenia. Okazało się, że cała jej rodzina przeprowadza się wkrótce do nowo zakupionego domu za miastem.  Pogratulowaliśmy jej goraco odwagi i konsekwencji tym bardziej, że znaliśmy sytuację finansową rodziny. Wiadomo było, że kredyt zaciągnięty na tę „inwestycję” rodzina będzie musiała spłacać przez 25 lat, ale ileż płynęło z tego radosnego faktu korzyści! Kazde z dzieci będzie teraz [...]

Najnowsze komentarze

  • Sławek Muturi: Piotrze, cieszę się, że zaglądasz na fridomię. To bardzo miłe. Twoje porównanie do „kolegi z...
  • BiL: Pawel, Kazdy inwestor zastanawia sie nad tym co sie stanie w przyszlosc i wedlug swojej wiedzy i intuicji...
  • adam: „Jak slysze teksty, ze jedynym prawdziwym pieniadzem jest zloto, to wrecz troche mi zal ludzi ktorzy w to...
  • Piotr P.: Sławku, Grupa Andersen Alumni rzeczywiście pozostaje nadal silna. „Kolega z Andersena” to...
  • Paweł: BiL, Nie bardzo rozumiem. Piszę tylko, że ceny nieruchomości, jak i innych towarów, przechodzą cykle. Jeżeli...
  • Tomek: He-he. Większość mieszkań z tej galerii chętnie kupiłbym jako inwestor i co najwyżej lekko odświeżył :)
  • nibul: 1) Ciężko powiedzieć bo nie napisałeś jaki masz cel. 2) Możesz wziąć kredyt na mieszkania od razu z...
  • Robert: http://www.rp.pl/Mieszkaniowe/ 309179979-70-tysiecy-na-mieszk anie.html O inwestowaniu w mieszkania na...
  • Marek: http://www.rp.pl/Wynajem/30917 9922-Najem-instytucjonalny-tyl ko-dla-prowadzacych-firme.html #ap-3
  • Robert W: http://metrowarszawa.gazeta.pl /metrowarszawa/56,141635,20596 504,Tak_wygladaja_najtansze...
  • Robert W: Oglądałem program dokumentalny i pokazywano tam takie rzeczy właśnie w Korei Płn. Wsie pokazowe, żeby...
  • Sławek Muturi: Robert, nie sądzę by zadawali sobie aż tyle trudu – turystów jeżdżących pociągami nie ma chyba...
  • wiki: A Twoja wypowiedź, że stopy pozostana niskie na długie lata przypominaja mi sytuacje gdy mój kolega chciał...
  • wiki: Niestety musze Cię rozczarować, ale ekonomia się nie zmieniła, czy stopy zostana na niskim poziomie na długie...
  • mark2: Inwestorzy zaczynają tracić na tym biznesie bo zmieniło się otoczenie inwestycji. Obecne władze obniżyły ceny...
  • Piotr: KP to żart. Nie wiem nawet jak taki kraj wciąż mogę funkcjonować w takich warunkach w dzisiejszych czasach.
  • Robert: Mam tylko nadzieję, że te widoczki które widziałeś na wsi, to nie były „wsie pokazowe” a więc...
  • Robert: To są pytania do doradcy kredytowego, najlepiej tam skieruj kroki w pierwszej kolejności. Wyliczy ci zdolność...
  • Paweł: BiL, To czy pomysł jest dobry czy beznadziejny zależy od tego co się stanie w przeciągu roku, dwóch, pięciu....
  • BiL: Pawel, nawiazujac jeszcze do pierwszego zdania z Twojego wpisu, jesli faktycznie mialaby miejsce taka sytuacja...

Najnowsze wpisy

created by Water Design