17

09.2017

Granice lądowe

autor: Sławek Muturi|kategoria: Blog autorów, Podróżowanie po świecie

ilość komentarzy: 2

Uwielbiam granice lądowe. Samolot na trasie międzynarodowej przekracza granice państw bez Twojej świadomości, chyba, że akurat pilot samolotu wspomni o tym fakcie poprzez samolotowe głośniki. Dopiero lądując na lotnisku przekracza się sztuczną granicę, które są bardzo podobne na różnych lotniskach w różnych krajach – czasami zdarzy się, że celnicy prześwietlają bagaże przylatujących pasażerów; granice na lotniskach w USA charakteryzują się zwykle bardzo długimi kolejkami do odprawy paszportowej. Zwykle jednak niczym szczególnym się nie wyróżniają.

Dla mnie prawdziwe granice to granice lądowe. Przekraczając granicę dzielącą sąsiadujące ze sobą kraje widać w którym kraju jest lepsza organizacja, większy porządek, lepszej jakości drogi, kto z sąsiadów co i w którą stronę granicy przewozi. Granice lądowe bardzo się pomiędzy sobą różnią. Niektóre są w szczerym polu, inne na moście przez rzekę lub na przełęczy wysoko w górach. Wiele z nich – w odróżnieniu od sztucznych granic na lotniskach – dobrze mi się wpisały w pamięć.

Pamiętam jak czechosłowaccy celnicy na granicy z PRL, a potem z NRD kazali nam któregoś razu wyjąć dosłownie wszystko z samochodu, którym jechaliśmy. Granica pomiędzy Berlinem Wschodnim, a Berlinem Zachodnim była naszpikowana kontrolami, robiła bardzo przygnębiające wrażenie. Granica pomiędzy USA, a Tijuaną w Meksyku sprawiała wrażenie sporego chaosu. Na granicy Algierii i Nigru złapała nas burza piaskowa i musieliśmy tam poczekać cały dzień nim nam pozwolono opuścić przejście graniczne. Nigdy nie widziałem więcej ludzi niż na przejściu granicznym pomiędzy Chinami i Hong Kongiem, mimo, że technicznie rzecz biorąc jest to jeden kraj. Tłok był taki że aż mdliło – na szczęście dla cudzoziemców przewidziano odrębne przejścia, które pozwalały istotnie skrócić czas oczekiwania. Na granicy Estonii z Rosją po stronie Narva cofnięto nas z granicy do puntu zamawiania kolejki kilka km w głąb kraju (trzeba było zapłacić za miejsce w kolejce:-), a po stronie Rosji – policjanci chcieli nam wlepić mandat za to, że chcieliśmy zobaczyć atrakcję turystyczną (stary zamek, drugi stoi naprzeciw, po drugiej stronie granicznej rzeki).

W środku Mołdawii zaskoczyła mnie nagle jakaś granica na polnej drodze, gdzie przekonałem się, że mołdawski region Transdniestrze jest bardziej autonomiczny niż mi się wcześniej wydawało. Na granicy Mali z Senegalem moim kolegom nie chciano dać wcześniej obiecanej wizy i koczowaliśmy tam bezskutecznie kilka dni nim się poddaliśmy i wróciliśmy do Mali. A na granicy Senegalu z Gwineą Bissau okazało się, że niespodziewanie znalazłem się w strefie objętej działaniami wojennymi. Na granicy Somalilandu i Etiopii urzędnik imigracyjny nie chciał mnie wpuścić z powrotem do Etiopii pomimo, że Kenijczycy (jako jedyni na świecie) nie potrzebują wizy wjazdowej do tego kraju, Urzędnik nalegał, że mam użyć polskiego paszportu, w którym nie miałem – niestety – ważnej wizy do Etiopii. Pomimo moich sprzeciwów musiałem wrócić do Somaliland by tam zdobyć stempel wizowy do swojego polskiego paszportu. Zupełnie niepotrzebnie. Na wylot zmokłem na granicy Mozambiku z Tanzanią gdy przepływaliśmy otwartym (bez dachu) promem graniczną rzekę, która roiła się od hipopotamów.

Takich pamiętnych przejść granicznych mam długą listę i do tej listy ostatnio dopisałem granicę chińsko-rosyjską. Choć w obu krajach miałem już okazję być wielo, wielokrotnie, to pierwszy raz miałem okazję przekraczać granicę przyjaźniących się potęg terytorialnych, militarnych, gospodarczych. Już same miasto graniczne po stronie Chin – Sulfhene – brzmi bardzo mało chińsko, wręcz nieco egzotycznie. Wygląda też bardzo egzotycznie – napisy na sklepach są w języku chińskim oraz rosyjskim (tych ostatnich jest nawet więcej). Wynika to z tego, że przyjeżdża tam mnóstwo Rosjan na zakupy. Duże zakupy.

Tuż po przyjeździe natknąłem się na grupkę trzech młodych Rosjan, którzy byli bardzo sympatyczni. Pytałem ich o to jak się dostać na granicę, jak się nazywa rosyjskie miasto po drugiej stronie granicy, itp. Pomimo, że szli coś zjeść i swoimi pytaniami spowodowałem ich odłączenie się od swojej grupy, to zdecydowali, że pokażą mi jak dojść do hotelu, w którym sami nocowali i potem poczekali aż się zarejestruję by zabrać mnie ze sobą na kolację. Miałem okazję dobrze poznać ich oraz całą resztę ich grupy.

Okazało się, że owi Rosjanie to coś w rodzaju polskich „mrówek”, czyli ludzi, którzy przekraczają granicę codziennie lub nawet po kilka razy dziennie by przewozić towary, na których mogą zarobić. Polskie „mrówki” przywoziły papierosy i/lub alkohol z Ukrainy, z Rosji lub z innych sąsiadujących krajów. Zatykali te papierosy pod ubrania, czasami nawet pod spódnice i pod pończochy. Spotkanych Rosjan należałoby raczej nazwać „słoniami” bo każdy z nich przewoził towary ważące dokładnie lub prawie dokładnie po 50 kg każdy. Ten limit wagi wynika z przepisów celnych w Rosji. Każdy miał po kilka toreb, pudeł, itp. pakunków. A w pakunkach ubrania, elektronikę, wszystko to co dawało zarobić na różnicach cenowych pomiędzy krajami. Być może to właśnie od widoku prostokątnych pakunków, stawianych w rzędach jeden na drugim, nazywani są oni przez innych Rosjan „Kierpiczkami”, czyli „Cegiełkami”.

W Sulfehne jest ich tylu, że niektóre hotele są zajmowane wyłącznie przez Rosjan. Chińska obsługa hoteli, restauracji, a nawet taksówkarze i inni mówią już całkiem dobrze po rosyjsku. Hotel, w którym się zatrzymałem też był rosyjski. Bez wstawienia się za mną przez moich rosyjskich znajomych odprawiono by mnie z kwitkiem – bo nie było wolnych pokoi. Jeden z Rosjan zaproponował recepcjonistce by mi dała pokój jakiegoś rosyjskiego „słonia” (i to chyba jednego z potężniejszych sądząc po bogatym, zupełnie niestandardowym wystroju jego pokoju – duży i drogi system muzyczny w pokoju, a w łazience gruszka do boksowania), który tego dnia akurat do Sulfhene nie dojechał. Zabrali mnie też do „swojej” restauracji, w której za 20 yuanów (czyli ok USD 3) był oferowany bardzo bogaty szwedzki stół (m.in. z owocami morza), łącznie z nieograniczonym piwem i koniakiem. Po obfitej kolacji moi trzej koledzy, a także cała reszta ich grupy jeszcze do 3-ciej nad ranem przepakowywali na korytarzu swoje pakunki, a potem spokojnie wstali o siódmej rano by pojechać na dworzec.

Okazało się, że zwykle dostają oni swoje bagaże do transportu bezpośrednio na dworcu autobusowym (nie muszą nawet sami robić zakupów) i za ich przewiezienie otrzymują 1000 rubli zapłaty (ok USD 16) i wydaje mi się, ze z tego muszą opłacić hotel i jedzenie (razem około USD 6). Dlatego też zwykle przyjeżdżają do Sulfehne rano i wieczorem wracają do Rosji z 50 kg bagażu. Ich zleceniodawcami są chińscy handlarze, którym w rekrutacji granicznych „kierpiczi” oraz w koordynacji transportu pomagają rosyjscy kierownicy.

Moi koledzy okazali się bardzo miłymi i serdecznymi chłopakami. Byli też całkiem nieźle wykształceni i przykro mi było, że życie zmusiło ich do tego by pomagać chińskim handlarzom zalewać swój krajowy rynek chińskimi towarami. Doradzili mi bym nie jechał z nimi tylko wsiadł do autobusu jadącego bezpośrednio do Władywostoku. Ten autobus był dość koszmarny. Po pierwsze, wyjazd opóźnił się o ponad 2 godziny. Przed nami przepuszczano autobusy mające późniejszą godzinę odjazdu. Nie mogłem się zorientować czy mój autobus może już niepostrzeżenie nie odjechał. Po drugie, przed wejściem do autobusu trzeba było odprawić bagaż, co też długo trwało i było dość chaotyczne. Nie rozumiałem lokalnych zwyczajów – np. okazało się, że muszę zapłacić za nadbagaż (pomimo że wszyscy mieli po 50 kg bagażu, to okazało się, że przysługujący pasażerom limit to 15 kg, a ja miałem 20kg. W tym butelki wody, które normalnie mogłem wyjąć z bagażu, ale myślałem, że skoro 20 kg to o wiele mniej niż dozwolony limit, to nie zawracałem sobie głowy drobnostkami. Potem podczas strasznego tłoku przy wsiadaniu i wysiadaniu z autobusu w ruch szły łokcie starszych „słonic”.

Ale najtrudniejsza była kontrola celna po stronie rosyjskiej. Najpierw te kilkaset metrów od kontroli chińskiej pokonywaliśmy w żółwim tempie i zajęło nam to ładnych kilka godzin. Nie wypuszczano nikogo z autobusu – nawet na siusiu – aż dojechaliśmy do czegoś w rodzaju parkingu z toaletami. Ale wtedy wypuszczano z autobusu tylko po 2 osoby, mimo że toalet było 5 czy 6. Na dodatek autobus stanął – nie wiedzieć czemu – w dość sporej odległości od owych toalet więc chcący z niej skorzystać marnowali sporo czasu na chodzenie. Gdy już wreszcie nadeszła moja kolej by pójść za potrzebą, to nagle okazało się, że możemy wjechać do strefy kontroli celnej i po odstaniu swego w wewnątrzautobusowej kolejce musiałem wrócić na swoje miejsce. A w strefie kontroli nadal staliśmy ponad godzinę, nie wychodząc z autobusu.

Po stronie rosyjskiej należało zabrać ze sobą cały bagaż do prześwietlenia, co nie było łatwe biorąc pod uwagę ilość bagażu niemal każdego z pasażerów autobusu (turyści tacy jak ja stanowili w nim zdecydowaną mniejszość). Po kontroli trzeba się było z powrotem wpakować do autobusu oraz do przyczepki bagażowej. Ale o ile na dworcu pakowali te bagaże ludzie doświadczeni w sztauerce i nie faworyzowali żadnych pakunków, to na granicy robili to sami pasażerowie, którzy nie mając aż tak dużego doświadczenia dodatkowo chcieli swoje bagaże umieścić w najdogodniejszych miejscach. Przejście tej kontroli zabrało nam kolejne 2-3 godziny.

Potem, zaraz po przejściu przez granicę, znów się zatrzymaliśmy by przepakowywać towar. Tym razem nawet nie wiem jaki był w tym cel. Ponieważ padał lekki deszczyk to nawet nie wychodziłem z autobusu. Ogólnie całe przejście graniczne zajęło nam jakieś 7-8 godzin i przez to do Władywostoku autobus dojechał zamiast wczesnym popołudniem o 1-szej w nocy.

Niedogodności podróży wynagrodziło mi bardzo miłe towarzystwo oraz piękno położenia stolicy rosyjskiego Dalekiego Wschodu. Granicę tę jednak będę pamiętał jeszcze przez długie lata:-)

Komentarze:

  1. Marzena D. napisał(a):

    Ciekawie opisane. Nie wiem jak to robisz, ale zawsze Twoje teksty wciągną mnie tak, że nie daję rady się od nich oderwać i zawsze rezerwuję sobie czas w ciągu dnia na ich czytanie :) Pozdrawiam!

Dodaj swój komentarz:





Chcesz, aby koło Twojego komentarza pojawiła się Twoja ikona lub zdjęcie?
Kliknij tutaj i dowiedz się jak to zrobić.

Powiadom znajomego o tym wpisie:

E-mail *
Wpisz wiadomość
Subskrybuj komentarze do tego wpisu

NAJBLIŻSZE SPOTKANIA FRIDOMIACZEK I FRIDOMIAKÓW

sobota, 25 listopada – Łódź, szczegóły bliżej terminu

czwartek, 30 listopada – Łódź, szczegóły bliżej terminu

piątek, 1 grudnia – Warszawa, wystąpienie podczas Kongresu BusinessWoman&Life. Rejestracja – wkrótce

sobota, 13 stycznia 2018 – Łódź, szczegóły bliżej terminu

 

Archiwum - miesiąc po miesiącu

Najwyżej cenione

Zdeteminowani Fridomiacy – Szymon i Asia z Krakowa

Witaj Sławku, piszę do Ciebie, bo chciałem się pochwalić zrobieniem wczoraj pierwszego małego kroku w kierunku wolności finansowej. A z drugiej strony serdecznie Ci podziękować za Twój wkład w ukształtowanie procesu myślowego, który myślę, że w ostatecznym rozrachunku doprowadzi do jej osiągnięcia mnie i moją Małżonkę. Ale jak to mówią first things first - katalizatorem decyzji o rozpoczęciu inwestowania w nieruchomości na wynajem był Twój wykład w Krakowie w ramach Festiwalu Inteligencja Finansowa 2012, na [...]

Najnowsze komentarze

  • Sławek Muturi: Mariusz, dzięki za … komplement? :-)
  • Tomek: Walmaj, wybacz że napiszę dość bezpośrednio, ale jeśli boisz się od strony emocjonalnej zmienić pracę, mimo że...
  • Mariusz: Moim zdaniem warto być obeznanym w literaturze branżowej, bo nikt tak dobrze nie doradzi jak specjaliści z...
  • xav: Walmaj, Po pierwsze – nawet znaim osiągniesz wolnośc finansową na 99% nie ma sensu tkwić w pracy, która...
  • Sławek Muturi: Robert, duże dzięki!
  • Robert: http://next.gazeta.pl/next/7,1 51003,22496812,czesi-i-wlosi-n a-dwoch-roznych-biegunach-g...
  • Sławek Muturi: Aga-ta, duże dzięki za zachętę na kredyt. Mam nadzieję, że zechcesz ją powtórzyć już po przeczytaniu...
  • Sławek Muturi: Marek, będzie to dla Ciebie z pewnością bardzo ciężka emocjonalnie podróż. Nawet dla mnie wspomnienie...
  • Aga-ta: Wreszcie więcej piszesz o podróżowaniu, które przecież było Twoją pasją o wiele wcześniej niż nieruchomości...
  • Aga-ta: Jeśli chodzi o ubezpieczenie zdrowotne, żona zgłosi Cię przez swoją firmę, w której pracuje i będziesz mógł...
  • Marek: Może kiedyś się wybiorę w taką podróż śladami mojego dziadka zesłanego na Syberię w 1944 roku za działalność w...
  • Filonski: Walmaj. Tak jak Ty, również jestem nieśmiały, nie lubię zmian i przez 7 lat tkwiłem w pracy, której miałem...
  • Parking: Bardzo ciekawy wpis. :)
  • TX: Mozna. Dobrowolne ubezpieczenie w NFZ. Ok 400 zl miesiecznie za cala rodzine ale z tego co pamietam jakies 3/4...
  • walmaj: Slawku pewnie masz racje ale z niesmialoscia nie da sie wygrac ot tak… Powiem Ci,ze teraz i tak jest o...
  • Sławek Muturi: Piotr, każda większa zmiana w życiu jest trudna do przeprowadzenia. Niesie ze sobą ryzyka, trudności....
  • Sławek Muturi: Pamiętałem, że pod moją wzmianką o udziale w koncercie Hansa Zimmer, pojawił się ciekawy dla mnie...
  • Piotr: Ja sam myslałem nad rzuceniem pracy i przejściem na jakiś niezależny od lokacji biznes, podrózować itp. ale...
  • Sławek Muturi: Walmaj, proszę bardzo. Gdyby odpowiedź na Twoje pytanie była oczywista, to pewnie sam byś na nią wpadł...
  • Sławek Muturi: Wik, masz rację, że w kalkulacjach należy wziąć pod uwagę wszystkie rodzaje kosztów lub wydatków....

Najnowsze wpisy

created by Water Design